Dlaczego 2026 może być pierwszym normalnym rokiem technologii. Oto 7 oznak 

Kiedy opada fala hype’u, zostaje rzeczywistość. Rok 2026 to czas po zachwycie nad AI, po gadżetowym przesycie i po iluzji, że algorytm wie lepiej. Zamiast fajerwerków dostajemy coś cenniejszego: porządkowanie, kontrolę i sens.

Dlaczego 2026 może być pierwszym normalnym rokiem technologii. Oto 7 oznak 

W listach i rozmowach telefonicznych pytacie nas, dlaczego przedstawiamy tu tak mroczną wizję. Ostatnio jeden z czytelników zarzucił nam, że w noworocznym podsumowaniu, pisząc o AI, jesteśmy zbyt krytyczni. Owszem, mogło tak to zabrzmieć. Z drugiej strony wielokrotnie wyjaśnialiśmy, że nie podzielamy taniego entuzjazmu w stylu Macieja Kaweckiego, a do wszelkiej maści szamanów AI, widzących wyłącznie korzyści rozwoju technologii, jest nam bardzo daleko. Być może wychodzimy z założenia, że ewangeliści i entuzjaści AI są dziś tak głośni, iż każdy krytyczny, racjonalizujący głos jawi się jako aberracja.

Nie chce nam się po raz tysięczny tłumaczyć, dlaczego sztuczna inteligencja nie ma uczuć. Ani dlaczego wciąż "człowiek" brzmi dumnie. Nie chcemy też straszyć zalewem sieci przez ściek AI ani kolejną falą dezinformacji.

Skoro jednak Nowy Rok, Nowy Ja i Stary Dobry Magazyn Spider’s Web+, proponujemy na początek sezonu odrobinę optymizmu. Oto siedem oznak, że – wbrew zapowiedziom i przypuszczeniom – 2026 rok może być dobry. Także dla świata technologii.

1. W końcu higiena cyfrowa stała się czymś ważnym

Przez ostatnie lata hasło "higiena cyfrowa" budziło mieszankę zaciekawienia i politowania. Poziom zajebistości mierzony był grubością kalendarza. Im bardziej jestem zajęty, im więcej robię, tym lepiej. Zmęczenie było oznaką statusu, a brak czasu – powodem do dumy. Po pandemii, która przyspawała nas do ekranów, coraz częściej zaczynamy jednak myśleć, że higiena cyfrowa to nie fanaberia, lecz konieczność. Nie dlatego, że użytkownicy nagle dojrzeli, ale dlatego, że alternatywą jest chroniczne przeciążenie. Higiena cyfrowa nie jest więc luksusem, lecz mechanizmem obronnym. Warunkiem przetrwania w świecie cyfrowym. "Otyłość cyfrowa", uzależnienie od mediów społecznościowych (czytaj: platform antyspołecznościowych), chatbotów AI czy aplikacji to dziś zjawiska masowe, a nie niszowe przypadki z gabinetów terapeutycznych.

– Musimy zrozumieć, że to, jak wpływają na nas ekrany, zależy przede wszystkim od tego, jak zbudowany jest nasz mózg. Nie ma znaczenia, jakiej jesteś płci ani jakie masz wykształcenie. To oczywiście może wpływać na poziom samokontroli czy umiejętności samoregulacji, ale zdecydowanie nie jest czynnikiem dominującym. Mózg posiada ośrodek nagrody, który – upraszczając neurobiologię – jest taką szufladką pamięci dla nagród. Jego zadaniem jest zapamiętywanie tego, co jest przyjemne, żeby następnym razem sięgnąć po tę przyjemność szybciej i sprawniej – mówiła swego czasu na naszych łamach Magdalena Bigaj.

Trzy lata temu pisałem o swoich zdrowych nawykach cyfrowych: spacerach bez telefonu, papierowych notatnikach, tradycyjnym budziku stojącym na szafce nocnej. Wtedy brzmiało to jeszcze jak osobliwa fanaberia. Dziś coraz więcej osób szuka własnych sposobów na wytchnienie od ekranów, bo zwyczajnie nie da się już funkcjonować w trybie ciągłego bodźca. W szkołach od września, w ramach zajęć z edukacji zdrowotnej, mają pojawić się podstawy higieny cyfrowej. Dyskusje nad zakazem mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 16. roku życia przestały być akademickim ćwiczeniem.

Stały się realnym tematem politycznym i społecznym.

Także biznes zaczyna rozumieć, że cyfrowy wyzysk użytkowników przestał się opłacać. Systemy projektowane wyłącznie pod maksymalizację zaangażowania wygrały. I właśnie dlatego przegrały. Użytkownik stale "online" przestaje reagować. Algorytmy mogą wygrywać walkę o sekundę uwagi, ale przegrywają w dłuższej perspektywie. Spada satysfakcja, znika zaufanie, a relacja z produktem staje się czysto transakcyjna i krótkotrwała. W 2026 roku coraz więcej firm rozumie już, że użytkownik wypalony cyfrowo to użytkownik tymczasowy. I że nie da się budować trwałej wartości na zmęczeniu. Wierzę, że ten rok będzie rokiem wytchnienia.

2. Mamy dość ścieku AI

Najpierw była ciekawostka. Chałkoń; krewetkowy Jezus; kobieta, z którą się nie przywitasz, bo "jest ze wsi". Ot, niewinna zabawa. Internetowy folklor epoki algorytmów. Potem jednak treści wygenerowanych przez – a właściwie za pomocą – sztucznej inteligencji zaczęło przybywać. Hitem roku 2025 okazał się gówniany, ale poruszający niczym Paulo Coelho filmik o mopsie ratującym psa. Parafrazując klasyka: niby człowiek wiedział, że to AI, ale jednak się łudził.

Dziś nawet koneserzy najdalszych odmętów internetu mają już dość ścieku AI.

Już pal licho, że te treści są brzydkie i złe. To w końcu rzecz gustu – są przecież i fani tureckich seriali na TVP. Problem polega na czymś innym. Ściek AI nie jest błędem jakościowym. To błąd skali. Gdy wszystkiego jest za dużo, wszystko traci znaczenie. Jakościowe treści – sensowne, mozolnie tworzone, dopieszczane z pietyzmem i pasją – toną w zalewie miałkich, bezwartościowych symulacji. Ludzie naprawdę wolą, gdy prawdziwy człowiek opowiada prawdziwą historię, niż gdy LLM-y produkują kolejne wariacje tego samego banału.

Zaczynamy też rozumieć, że musimy się przed tym ściekiem bronić. Coraz więcej osób domyślnie zakłada, że treść, którą widzi, jest wygenerowana, przetworzona albo bezwstydnie przepisana z czegoś innego. To prowadzi do inflacji wiarygodności. Nie pytamy już: "czy to prawda?", tylko: "czy w ogóle warto poświęcić temu uwagę?". Wielu firmom wydawało się, że AI rozwiąże problem "braku contentu". W 2026 roku widać wyraźnie, że rozwiązała jedynie problem kosztu produkcji. Problemu sensu nie rozwiązała wcale. Zalane automatycznymi treściami kanały komunikacji zaczynają przypominać hałas o stałym, męczącym natężeniu. Marki mówią więcej niż kiedykolwiek, a jednocześnie są słuchane rzadziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Algorytmy mogą wygrywać walkę o sekundę uwagi, ale przegrywają w dłuższej perspektywie. Spada satysfakcja, znika zaufanie, a relacja z produktem staje się czysto transakcyjna i krótkotrwała. Ilustracja: Shutterstock/lineartestpilot.

3. Zobaczymy, kto pływa bez majtek

Kiedy opada fala, widać, kto pływał bez majtek. W tym słynnym biznesowym powiedzeniu chodzi oczywiście o falę inwestycji. O wielkiej fali sztucznej inteligencji mówi się od dawna, a teraz nadchodzi moment jej opadnięcia. Widok może okazać się zaskakujący.

Wiele na to wskazuje, że w 2026 roku zobaczymy, kto jedynie próbował surfować na fali sztucznej inteligencji, a kto faktycznie buduje prawdziwą i użyteczną technologię. Nawet w segmentach, które jeszcze niedawno uchodziły za najbardziej perspektywiczne, AI zaczyna grzęznąć we własnym medialnym hałasie. Mówimy przecież o sektorze, do którego wpompowano już miliardy dolarów. Coraz częściej słychać głosy analityków, którzy bez ogródek mówią o bańce spekulacyjnej gotowej do pęknięcia.

Skala tej bańki jest trudna do zignorowania. Z danych portalu Where’s Your Ed At wynika, że firmy działające w obszarze AI przeznaczyły na inwestycje kapitałowe ponad bilion dolarów, podczas gdy ich łączny roczny przychód sięga zaledwie około 45 miliardów dolarów – i to według samych zainteresowanych, którzy przyznają, że te wyliczenia są hojnie podrasowane. Zwrot z takich nakładów to perspektywa liczona w dekadach. Problem w tym, że czasu może po prostu zabraknąć.

Powód jest prozaiczny. Układy graficzne, na których opierają się tzw. modele bazowe – faktyczne centrum ciężkości współczesnej AI – fizycznie zużywają się po dwóch, maksymalnie trzech latach pracy, mimo że w księgach amortyzowane są przez pięć. Przy naprawdę intensywnym obciążeniu potrafią paść znacznie szybciej – nawet po niespełna dwóch miesiącach.

Oczywiście nie oznacza to kresu sztucznej inteligencji. Raczej korektę i… nowy, lepszy impuls do rozwoju. Niekoniecznie w postaci przepalania budżetów i agresywnego, pustego marketingu. Opadnięcie fali naiwności to korzyść dla wszystkich. No, może poza Szamanami AI.

4. Użytkownicy nie chcą być biomasą

Jeszcze niedawno personalizacja oznaczała jedno: algorytm wie lepiej. W 2026 roku coraz częściej oznacza coś zupełnie innego: użytkownik decyduje, co chce widzieć – i czego nie. Filtry tematyczne, wyciszanie całych kategorii treści, realna możliwość "oduczenia" algorytmu określonych schematów przestają być niszową ciekawostką, a stają się standardem.

To drobne zmiany, ale mają ogromne znaczenie psychologiczne. Media społecznościowe przestają być maszyną losującą nastroje. Zaczynają przypominać narzędzie, które można ustawić pod siebie, zamiast nieustannie dostosowywać się do jego logiki.

Chcemy odzyskać kontrolę nad feedem. Chronologiczne feedy przestają być traktowane jak relikt przeszłości. Dla wielu użytkowników stają się antidotum na algorytmiczny chaos. Widzę to, co zostało opublikowane – nie to, co system uznał za najbardziej reakcyjne.

Rok 2026 będzie też rokiem, w którym wstydem nie będzie zgłaszanie, usuwanie czy blokowanie osób siejących dezinformację i nienawiść. Chcemy czuć się bezpiecznie w sieci i coraz rzadziej akceptujemy przemocowe zachowania, ucząc się na nie reagować. To daje psychologiczny efekt sprawczości. Nawet jeśli użytkownik nie korzysta z każdej opcji kontroli, sama świadomość, że może to zrobić, radykalnie zmienia sposób odbioru mediów społecznościowych. Przestają być czymś, co się "przydarza", a zaczynają być czymś, z czego się korzysta.

Możemy mieć mniej platform cyfrowych, ale lepszych. To minimalizm, który maksymalizuje korzyści.

5. Nudzimy się gadżetami. I dobrze

Mamy dość gadżetów. Smartwatche w 2026 roku wciąż będą passé. Tak samo cała „ubieralna” technologia.

Przez długi czas smartwatche były symbolem postępu. Mały ekran na nadgarstku miał oznaczać, że panujemy nad czasem, zdrowiem i technologią jednocześnie. Że wiemy więcej o sobie, a więc żyjemy lepiej. W 2026 roku coraz trudniej traktować tę narrację poważnie. Nie dlatego, że urządzenia są złe. Dlatego, że okazały się… męczące.

Smartwatch miał ograniczyć naszą zależność od telefonu. W praktyce zrobił coś dokładnie odwrotnego – przeniósł centrum rozproszenia z kieszeni prosto na ciało. Każde wibrujące powiadomienie to ingerencja w uwagę, której nie da się zignorować tak łatwo jak dźwięku dobiegającego z biurka. Technologia, która miała być dyskretna, stała się natarczywa. I nie jest to drobny błąd projektowy, lecz fundamentalne nieporozumienie.

Do tego doszło nieustanne mierzenie. Kroki, sen, tętno, stres. Wszystko w czasie rzeczywistym, wszystko opatrzone wykresem i oceną. Po początkowym entuzjazmie zostaje jednak coś niepokojącego: poczucie bycia obserwowanym. Zamiast lepszego kontaktu z własnym ciałem pojawia się lęk, czy dziś "wyrabiam normę". W 2026 roku coraz więcej osób zaczyna rozumieć, że zdrowie nie poprawia się od samego faktu, że jest mierzone.

Problemem okazała się także użyteczność. Po kilku miesiącach większość użytkowników korzysta z zegarka jak z bardzo drogiego krokomierza z funkcją pokazywania godziny. Zaawansowane funkcje zdrowotne i "smart" lądują w menu, do którego nikt nie zagląda. To nie wina użytkowników. To efekt technologii, która potrafi więcej, niż ktokolwiek realnie potrzebuje.

Jest jeszcze bateria – cichy zabójca idei "noszenia cały czas". Urządzenie, które trzeba regularnie zdejmować, ładować i pamiętać o nim jak o kolejnym gadżecie, przestaje być naturalnym elementem codzienności. A gdy do tego dochodzą pytania o prywatność danych zdrowotnych przechowywanych w chmurze, entuzjazm topnieje jeszcze szybciej.

W 2026 roku zmienia się jednak coś jeszcze ważniejszego: nasze podejście do technologii. Po latach cyfrowego przeciążenia zaczynamy cenić rozwiązania, które się wycofują, zamiast narzucać. Które działają w tle, zamiast domagać się uwagi. Smartwatch – jako ekran przyczepiony do ciała – coraz słabiej pasuje do tej logiki.

Rok 2026 nie będzie rokiem ucieczki od technologii. Będzie rokiem jej udomowienia. AI, dane i cyberbezpieczeństwo przestają być abstrakcją z nagłówków. Ilustracja: Shutterstock/lineartestpilot.

6. Recykling technologiczny nabierze sensu

Dziś wiemy już, że statystyczny Europejczyk produkuje ponad 17 kilogramów elektroodpadów rocznie. To bezpośrednia konsekwencja modelu, w którym szybka wymiana sprzętu przez lata była cichym, ale fundamentalnym źródłem wzrostu. Kup, zużyj, wyrzuć, kup ponownie. Nadchodzące miesiące przyniosą więc zmianę narracji. "Prawo do naprawy" i "ekoprojektowanie" przestają być hasłami z prezentacji i paneli dyskusyjnych, a zaczynają funkcjonować jako realne przepisy, które można – i trzeba – egzekwować. A to zawsze moment niewygodny. Bo zmusza do konfrontacji nie z wizją przyszłości, lecz z realnymi kosztami dawnych decyzji projektowych i biznesowych.

W centrum tej zmiany znajdują się trzy akty prawne, które w pełnym wymiarze zaczną obowiązywać w 2026 roku. Najbardziej namacalna będzie "Dyrektywa o Prawie do Naprawy". Od sierpnia 2026 roku projektowanie urządzeń, których nie da się otworzyć bez ich zniszczenia, przestanie być sprytnym zabiegiem inżynieryjnym, a zacznie być po prostu naruszeniem prawa. Producenci zostaną zobowiązani do zapewnienia dostępu do części zamiennych i dokumentacji długo po zakończeniu sprzedaży danego modelu. Serwis ma wreszcie stać się usługą przewidywalną, a nie formą loterii, w której koszt naprawy „przypadkiem” zbliża się do ceny nowego urządzenia.

Drugim filarem zmian jest rozporządzenie ESPR i wprowadzenie Cyfrowego Paszportu Produktu. To pozornie techniczny detal, ale w praktyce może on radykalnie zmienić sposób podejmowania decyzji zakupowych. Gdy informacje o śladzie węglowym, trwałości i możliwości recyklingu staną się łatwo dostępne, znacznie trudniej będzie udawać, że „nie dało się zrobić tego lepiej”.

Zakaz niszczenia niesprzedanej elektroniki i odzieży, który wejdzie w życie w 2026 roku, będzie z kolei symbolicznym końcem epoki marnotrawstwa usprawiedliwianego optymalizacją procesów i tabelkami w Excelu. Palenie nadwyżek przestaje być "kosztem prowadzenia biznesu", a zaczyna być patologią.

Całość domyka dziesięciostopniowy indeks naprawialności. Mechanizm prosty aż do bólu – i właśnie dlatego groźny. Konsument po raz pierwszy dostaje czytelny sygnał: czy kupuje sprzęt, który da się naprawić, czy jednorazowy produkt w eleganckim opakowaniu. W dłuższej perspektywie to może okazać się bardziej rewolucyjne niż niejedna kampania edukacyjna.

Warto jasno powiedzieć: te regulacje nie są atakiem na innowację, jak próbuje się je czasem przedstawiać. Są próbą przywrócenia elementarnej równowagi między tempem rozwoju technologii a jej realnym kosztem społecznym i środowiskowym. Przez lata przyzwyczailiśmy się do świata, w którym "nowe" było ważniejsze niż "trwałe". Unia Europejska wysyła dziś sygnał, że ta logika przestaje być akceptowalna.

Oczywiście prawo samo w sobie nie naprawi świata. Firmy będą szukały obejść, a konsumenci nadal często wybierać wygodę zamiast długowieczności. Ale 2026 rok może okazać się momentem granicznym – chwilą, w której trwałość, naprawialność i odpowiedzialność przestają być niszową postawą, a zaczynają być nowym minimum.

7. To będzie rok wejścia "na twardo" kluczowych regulacji chroniących dane

Last but not least. Dla miłośników deregulacji nie będzie to udany rok. Dla całej reszty – czyli użytkowników i konsumentów – to może być moment, w którym po raz kolejny zaczniemy odzyskiwać realną kontrolę.

Fundamentem nowych technologicznych porządków w Europie jest unijny AI Act, który w 2026 roku wchodzi w swoją najbardziej bezkompromisową fazę. To moment, w którym kończy się era "czarnej skrzynki". Sztuczna inteligencja nie może już działać jak cyfrowa wyrocznia – podejmować decyzji o ludzkim życiu, pracy czy pieniądzach bez wyjaśnień i odpowiedzialności. Jeśli algorytm ocenia Twoje CV albo wniosek kredytowy, musi robić to według jawnych, niedyskryminujących zasad. Koniec gry pozorów.

To nie jest kosmetyczna regulacja. To cywilizacyjny reset. Prawo do wiedzy, czy rozmawiamy z człowiekiem, czy z maszyną, staje się podstawowym prawem obywatelskim. "Deepfake’owa partyzantka" – zalew treści bez autora, źródła i konsekwencji – dostaje wreszcie cyfrową metkę. Europa próbuje zrobić coś elementarnego: dołączyć instrukcję obsługi do świata, który przez lata funkcjonował jak permanentna beta.

Porządki idą jednak dalej. Data Act uderza w jeden z najbardziej przemilczanych mitów nowoczesnej technologii – mit własności. Kupując inteligentny samochód, zegarek czy lodówkę, przez lata byliśmy właścicielami sprzętu, ale już nie danych, które ten sprzęt generował. Te należały do producenta, który dzięki temu skutecznie zamykał użytkownika w swoim ekosystemie. Od 2026 roku ten układ zaczyna się kruszyć. Dane wytwarzane przez Twoje urządzenia należą do Ciebie. Możesz je pobrać i przekazać komu chcesz – także tańszemu, niezależnemu serwisowi. To realny cios w cyfrowe monopole i jeden z rzadkich przykładów regulacji, która faktycznie wzmacnia pozycję użytkownika.

Dopełnieniem tej zmiany jest Akt o Cyberodporności. Kończy się naiwna wiara, że skoro coś działa, to znaczy, że jest bezpieczne. Każde urządzenie podłączone do sieci – od elektronicznej niani po smart TV – będzie musiało spełniać konkretne standardy bezpieczeństwa i otrzymywać obowiązkowe, wieloletnie aktualizacje. Cyberbezpieczeństwo przestaje być łaską producenta, a zaczyna być standardem. I bardzo dobrze, bo spokój we własnym domu to dziś infrastruktura, a nie luksus.

Na koniec coś najbardziej przyziemnego: system kaucyjny wchodzi "na pełnej". Automaty do zwrotu butelek i puszek nie są symbolem technologicznej rewolucji, tylko jej zdrowego rozsądku. Technologia, która porządkuje rzeczywistość, zamiast ją komplikować.

***

Rok 2026 nie będzie rokiem ucieczki od technologii. Będzie rokiem jej udomowienia. AI, dane i cyberbezpieczeństwo przestają być abstrakcją z nagłówków. Zaczynają podlegać prawu, odpowiedzialności i kontroli. I być może po raz pierwszy od dawna to technologia musi dostosować się do człowieka, a nie odwrotnie. To może być naprawdę dobry rok dla technologii.