Battlefield 6 to bestseller, więc EA zwalnia twórców. Branża gier to rak
Battlefield 6 bije rekordy, a EA tnie etaty. Co tu się właściwie dzieje? Bo z zewnątrz wygląda na to, że dobre czasy w Electronic Arts się już skończyły. Korporacja wraca do trybu chciwości.

Z jednej strony Battlefield 6 to dokładnie taki sukces, o jakim wydawca marzył: rekordowe wyniki sprzedaży, świetny start na Steamie, najlepszy debiut w historii serii. Z drugiej - w studiach odpowiedzialnych za markę właśnie lecą głowy. Zwolnienia dotknęły ludzi pracujących w Criterion, Dice, Ripple Effect i Motive Studios, czyli całego „ekosystemu Battlefielda”.
Rekordowy Battlefield 6
Battlefield 6 był najlepiej sprzedającą się grą w Stanach Zjednoczonych w minionym roku. W ciągu zaledwie trzech dni od premiery produkcja sprzedała się „rekordowo”: 7 mln egzemplarzy, co uczyniło ją najlepszym startem w historii całej serii. To jest poziom, na którym EA może spokojnie stawiać się obok Call of Duty i mówić: „tak, my też potrafimy”.

Czytaj też:
W recenzjach też nie było dramatu. Kampania zebrała mieszane opinie, ale multiplayer - czyli to, co w tej serii naprawdę się liczy - dostał od IGN 8/10. W innych mediach dominował podobny ton: nie jest idealnie, ale to powrót do formy po potknięciach Battlefielda 2042. A jeśli da się streścić do jednego zdania naszą recenzję - zachęcam do lektury - to byłoby to „fatalne mapy, świetna strzelanina”. Na starcie wyglądało więc na to, że EA ma w rękach dokładnie to, czego chciało: hit, który można doić latami w modelu live service.
Było „record breaking”. Jest „realignment”
I właśnie w tym momencie wchodzi korporacyjna rzeczywistość, cała na szaro. IGN ustalił, że EA zwolniło nieokreśloną liczbę pracowników z całej „rodziny” Battlefielda - z Criterion, DICE, Ripple Effect i Motive Studios. Wewnętrznie ludzie mieli słyszeć, że to część „realignmentu” w ramach zespołów Battlefielda, czyli „przestrajania” organizacji na dalsze wsparcie gry jako usługi.
W oficjalnym komentarzu dla mediów EA używa dokładnie tego typu języka, który gracze znają aż za dobrze: „We’ve made select changes within our Battlefield organization to better align our teams around what matters most to our community. Battlefield remains one of our biggest priorities, and we’re continuing to invest in the franchise, guided by player feedback and insights from Battlefield Labs”.
W tłumaczeniu na mniej PR-owy: „tak, zwalniamy ludzi, ale prosimy się nie martwić, marka jest dla nas bardzo ważna, a wszystko robimy dla dobra społeczności”. Problem w tym, że trudno to kupić, gdy mówimy o grze, która właśnie pobiła rekordy sprzedaży - a mimo to zespoły odpowiedzialne za jej rozwój są redukowane.
Battlefield 6: świetny start, trudna codzienność

Sukces premierowy to jedno, utrzymanie gry jako usługi - zupełnie inna bajka. I tutaj Battlefield 6 zaczyna mieć kłopoty. Od premiery gra zaczęła mieć problemy z patcha na patch. Gracze krytykowali kolejne aktualizacje -od kosmetyki, przez zmiany w poruszaniu się, po tempo dodawania nowej zawartości. Po trzech miesiącach od premiery oceny użytkowników na Steamie spadły z „Mostly Positive” do „Mixed”. Do najważniejszych zgłoszonych problemów należą krytyka nadmiernej monetyzacji, wykorzystanie sztucznej inteligencji do tworzenia elementów kosmetycznych w grze oraz mniejsza niż oczekiwano liczba aktualizacji treści
To jest bardzo konkretna lista grzechów.
Najbardziej brutalnie sytuację Battlefielda 6 pokazują jednak liczby. Na starcie gra osiągnęła na Steamie imponujący szczyt 747 440 jednoczesnych graczy. To wynik, który stawia ją w jednym szeregu z największymi premierami ostatnich lat. Dziś jest zupełnie inaczej. Obecnie liczba jednoczesnych graczy na Steamie to zazwyczaj dziesiątki tysięcy.
Oczywiście to nie wszystko - gra jest też dostępna na PlayStation 5 i Xbox Series X|S, a konsolowych statystyk nie znamy. Ale trend jest jasny: gigantyczny hype startowy nie przełożył się na długoterminowe przywiązanie graczy na PC. Do tego dochodzi jeszcze problem z darmowym battle royale w uniwersum Battlefielda - Redsec. Ten tryb miał być odpowiedzią na Warzone i Apex Legends, ale boryka się z kiepskim odbiorem.

Na całą sytuację nakładają się jeszcze dwa duże wydarzenia, które sprawiają, że atmosfera wokół Battlefielda jest wyjątkowo gęsta
Kilka miesięcy temu w wypadku samochodowym zginął Vince Zampella - szef franczyzy Battlefield, współtwórca Call of Duty i Titanfalla, jedna z najważniejszych postaci w strzelankach ostatnich dwóch dekad. Zampella był człowiekiem, który miał autorytet zarówno u graczy, jak i wewnątrz EA. To on miał być twarzą „nowego Battlefielda” po problemach gry Battlefield 2042. Jego nagła śmierć musiała wstrząsnąć zespołami pracującymi nad serią.
Na dodatek EA jest w trakcie gigantycznej transakcji. Firma ma zostać przejęta przez konsorcjum złożone z saudyjskiego funduszu inwestycyjnego Public Investment Fund, Silver Lake i Affinity Partners. Wartość transakcji to około 55 mld dol., a jej finalizacja jest spodziewana w pierwszym kwartale roku finansowego 2027 - czyli między kwietniem a czerwcem tego roku.
Oficjalnie EA zapewnia wewnętrznie, że zwolnienia nie mają związku z przejęciem. Ale każdy, kto choć raz widział duży deal w korporacyjnym świecie, wie, że „porządkowanie struktury” i „realignment” przed zmianą właściciela to raczej reguła niż wyjątek.
Co dalej z Battlefieldem?
Na razie EA trzyma się oficjalnej linii: seria jest priorytetem, inwestycje trwają, roadmapa jest, feedback społeczności jest ważny. Poza tym Battlefield 6 wciąż ma solidny fundament - recenzje trybu wieloosobowego były dobre, a wielu graczy uważa tę odsłonę za „najlepszą od lat”. W branży gier jest już najwyraźniej tak źle, że nawet rekordowy hit nie jest już tarczą ochronną dla twórców. A to jest sygnał, który gracze - i cała branża - powinni potraktować bardzo poważnie.



















