Wywozi butelki z Polski, bo za granicą płacą więcej. Migracja kaucyjna ruszyła
System kaucyjny doprowadził do powstania pierwszych butelkowych oraz puszkowych biznesów i rozkręcił się na tyle, że czasami warto rozszerzyć działalność poza granice kraju. Ta sama butelka, a suma za zwrot inna.

Sklepy często informują o pierwszych kaucyjnych rekordzistach – klientach, którzy przynoszą wiele opakowań i za jednym zamachem zgarniają naprawdę sowite zwroty. W teorii trudno mówić tutaj o zarabianiu czy zyskach, wszak kaucja po prostu do danej osoby wraca. O ile przyjmiemy, że kupon czy gotówkę zabiera ten konsument, który wcześniej za butelki czy puszki zapłacił.
A już wiadomo, że nie zawsze tak się dzieje. Powstają pierwsze kaucyjne biznesy. Obrotni mieszkańcy dogadują się z sąsiadami lub pobliskimi lokalami ws. odbioru opakowań z kaucją. Zabierają butelki i puszki, odzyskują kaucję i – w zależności od wzajemnych ustaleń - zwracają jej część lub całość ląduje w kieszeni jako wynagrodzenie za fatygę. W ten sposób niektórzy Polacy potrafią dorobić 200-300 zł tygodniowo.
Międzynarodowa ekspansja kaucyjna
Okazuje się, że czasami kaucja nie zna granic. Na niektórych opakowaniach widnieje logo nie tylko polskiego systemu kaucyjnego, ale też zagranicznego. Logiczne: producent wypuszcza produkt do wielu regionów i czasami nie warto się rozdrabniać z osobnymi oznaczeniami. Tylko co, jeśli tym innym rynkiem jest sąsiadujące z nami państwo? Na dodatek takie, w którym kaucja za opakowanie jest wyższa niż w Polsce?
Tak jest z niektórymi napojami, które kupić można w sklepach sieci Biedronka - zauważa wyborcza.biz. Widnieje na nich również słowackie oznaczenie. W Słowacji kaucja wynosi 0,15 euro, czyli w przeliczeniu na polską walutę jest to ok. 64 gr. W Polsce otrzymywany zwrot to 50 gr, więc jest się 14 gr do przodu.
Nie da się ukryć – to dosłownie i w przenośni grosze. Nikt raczej nie zwietrzy interesu i nie rozpocznie masowego wywozu polskich butelek do Słowacji. Ale jeżeli ktoś jednak regularnie odwiedza sąsiadów, to co mu szkodzi zabrać ze sobą opakowania?
Portal wyborcza.biz donosi o takich przypadkach. Mężczyzna dogadał się ze znajomymi i hotelami, że będzie odbierał od nich opakowania. Zwraca je jednak w Słowacji, nie w Polsce.
(…) ludzie oddają mi butelki, ale nie chcą ani grosza. Dodatkowo odwiedziłem dwa hotele, które jak wcześniej sprawdziłem, serwują gościom smoothie z Biedronki. Z jednym ustaliłem, że będą mi za 10 proc. wartości oddawać opakowania. Drugi zgodził się, oddawać za darmo – wyjaśnia serwisowi pomysłowy "przedsiębiorca".
Biznes możliwy jest za sprawą kolegi, który jeździ do Słowacji, więc po drodze pozbywa się opakowań. "Myślę, że spokojnie z jednego kursu mogę w przyszłości mieć w przeliczeniu na naszą walutę ok. 200-250 zł tygodniowo" – szacuje.
Czy czeka nas kaucyjna turystyka?
Wyborcza.biz podaje przykład Litwy i Łotwy, gdzie z kolei kaucja wynosi 0,10 euro. A niektórzy polscy producenci wypuszczają swoje produkty na tamtejsze rynki. W teorii opłaca się więc przywozić zwroty do Polski, by być o kilka groszy na plusie.
Taki biznes może być korzystny dla kogoś, kto mieszka blisko granicy i regularnie kursuje pomiędzy różnymi sklepami. Tylko skoro ktoś zyskuje, to musi być również ktoś, kto traci.
System kaucyjny został wprowadzony po to, aby osiągać określone poziomy zbiórki.
- Jeżeli opakowania wprowadzone na rynek w Polsce byłyby zwracane w kraju, gdzie kaucja jest wyższa, w pierwszej kolejności wpływałoby to na poziomy zbiórki przypisane do wprowadzającego napoje w Polsce. To z kolei ma bezpośrednie konsekwencje finansowe, ponieważ zgodnie z ustawą niedobór w realizacji ustawowych poziomów zbiórki oznacza ryzyko opłat produktowych, w których operator systemu uczestniczy – komentuje w rozmowie z serwisem Janusz Kamiński z firmy Eneris.
Czas pokaże, czy "migracja kaucyjna" odbywa się na szeroką skalę, czy to raczej na tyle nieistotna z biznesowego punktu widzenia ciekawostka, że nie ma sensu modyfikować opakowań i ścierać z nich inne, zagraniczne kaucyjne znaczki.



















