REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Kosmos
  3. Nauka

Rosjanie wypuścili satelitę szpiegującego satelity szpiegowskie. Amerykanie oburzeni

Pierwszego sierpnia z rosyjskiego kosmodromu w Plesiecku wystartowała rakieta Sojuz, na pokładzie której znajdował się satelita wojskowy Kosmos 2558. Ruch ten wyjątkowo zdenerwował specjalistów z Pentagonu. Dlaczego?

satelity
REKLAMA

SPRAWDŹ: Polski paszport działa w Ukrainie jak przepustka VIP. Polak opowiada, jak traktowana jest pomoc

Jak się okazuje, zaledwie dzień później rosyjski satelita dotarł na dokładnie tę samą orbitę, na której od początku lutego znajduje się amerykański satelita szpiegowski. Kosmos 2558 depcze po piętach amerykańskiemu satelicie i z bezpiecznej odległości śledzi jego działania.

Z perspektywy amerykańskiej jest to oczywiście zachowanie niedopuszczalne. Jakby nie patrzeć satelity znajdujące się na orbicie okołoziemskiej poruszają się z ogromnymi prędkościami. Tymczasem odległość satelity amerykańskiego od rosyjskiego wynosi zaledwie około 60 kilometrów.

REKLAMA

Amerykański satelita wykorzystywany jest przez inżynierów z Bazy Sił Powietrznych Schriever w Colorado Springs. W bazie znajdują się eksperci, którzy zbierają i integrują dane z szerokiej palety satelitów obserwacyjnych i naziemnych stacji monitoringowych, wykorzystywane potem przez amerykańską armię i wywiad. Oczywiście, jak to w wojsku, informacje o tym, czym konkretnie zajmuje się amerykański satelita uważnie śledzony przez Kosmos 2558, są niejawne.

Amerykanie podkreślają tutaj, że rosyjski satelita może należeć do klasy satelitów zdolnych do manewrowania w niewielkiej odległości innych satelitów. Istnieje zatem obawa, że Kosmos 2558 zacznie zbliżać się do swojego celu, sprowadzając zagrożenie dla innych satelitów na orbicie.

Wojna na orbicie

Po tym jak rosyjska agencja kosmiczna zerwała stosunki z niemal wszystkimi partnerami zagranicznymi, a nawet niedawno groziła wyjściem z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej w 2024 roku (od tego czasu retoryka ponownie uległa w tej kwestii zmianie) trwa swego rodzaju zimna wojna na orbicie. Amerykanie i Europejczycy kontynuują swoje projekty badawcze, Chiny kontynuują swoje, a Rosjanie głównie wprowadzają zamieszanie.

Warto jednak pamiętać, że takie harce na orbicie mogą mieć poważne konsekwencje. Satelity przelatujące w niewielkiej odległości od siebie stanowią zawsze poważne ryzyko zderzenia. Zderzenie na orbicie zazwyczaj sprawia, że z dwóch satelitów powstaje kilka tysięcy śmieci kosmicznych, nad którymi już nikt nie ma kontroli, a które wciąż przez lata, a nawet dekady mogą zagrażać innym satelitom znajdującym się na orbicie.

Uderzenie takiego przypadkowego śmiecia kosmicznego w innego satelitę także może doprowadzić do jego zniszczenia. W pesymistycznej sytuacji może dojść do tzw. syndromu Kesslera, w którym w wyniku reakcji łańcuchowej na orbicie znajduje się już tyle śmieci, że bezustannie uderzają one w kolejne satelity, tworząc jeszcze więcej śmieci kosmicznych.

Zważając na to, że jak na razie nie mamy żadnego skutecznego i wydajnego sposobu usuwania takich śmieci z orbity, może się okazać, że przez własną głupotę na długie dekady zamkniemy sobie możliwość realizowania jakichkolwiek misji kosmicznych. Jednak czy Rosja ma dzisiaj ochotę reagować na oburzenie Pentagonu? Jakoś nie sądzę.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA