Gry  /  Recenzja

Outriders zyskuje w oczach z każdym pokonanym bossem — recenzja

Picture of the author

Outriders jest świeżutką polską strzelaniną, która bije już pierwsze rekordy. Po spędzeniu ponad 50 godzin na serwerach wcale mnie to nie dziwi, ale gra od People Can Fly tak naprawdę zyskuje dopiero przy bliższym poznaniu.

People Can Fly zabrało graczy w epicką podróż w nieznane akurat na prima aprilis. Outriders, czyli nowy tytuł tego polskiego studia wydany przez Square Enix, jest kooperacyjną strzelaniną science fiction. Deweloperzy nazywają swoją produkcję RPG-iem, ale tak naprawdę to multiplatformowy looter shooter wymagający bycia cały czas online, który kładzie nacisk na kampanię, a co ważne — można się tu równie dobrze bawić ze znajomymi i obcymi, jak i w pojedynkę.

Końcowe etapy gry przechodziłem sam, co na 14 poziomie świata nie było wcale łatwe

Grałem w Outriders na konsoli Xbox Series X w ramach abonamentu Xbox Game Pass, ale produkcję można uruchomić też na starszym Xboksie One; pojawiły się też w sprzedaży wersje gry na sprzęty Sony (PS5, PS4) oraz na pecety. Pierwsze pół kampanii mordowałem hordy wrogów w parze ze znajomym, drugie pół — samemu, a przejście fabuły i misji pobocznych, bez obniżania poziomu trudności, zajęło mi około 50 godzin. Nie obyło się w tym czasie bez kilku miłych zaskoczeń.

Outriders dużo zyskuje (dopiero) przy bliższym poznaniu

Tak jak wspominałem w swoich pierwszych wrażeniach, z początku nie planowałem grać w Outriders. Zdanie zmieniłem dopiero w momencie, gdy produkcja trafiła bez dodatkowych opłat do biblioteki Xbox Game Pass. Wersja demo, którą twórcy udostępnili w lutym, nie nastroiła mnie niestety pozytywnie, głównie za sprawą… drętwych dialogów. Przyznam jednak, że przełączenie się na angielski dubbing nieco pomogło — rozmowy postaci przestały wywoływać we mnie uczucie zażenowania.

Teraz z perspektywy czasu wiem, że gdybym zgodnie z planem ominął ten tytuł, to wiele bym stracił. Trzeba mieć jednak na uwadze, że Outriders bardzo, bardzo, bardzo długo się rozkręca. Zabawa zaczyna się dopiero po kilku-kilkunastu godzinach, już po odblokowywaniu (świetnego!) systemu craftingu. Moment, gdy ruszyłem na dobre w pogoń za coraz lepszym sprzętem, był chwilą, gdy wciągnąłem się bez reszty i przypomniał mi zarywane dwie dekady temu noce przy Diablo 2…

Warto co jakiś czas się zatrzymać i rozejrzeć, można trafić na takie niespodzianki

W dodatku świat przedstawiony w Outriders, który wydawał się z początku generyczny, z biegiem czasu nabrał głębi.

Gra osadzona jest fabularnie w przyszłości, w której ludzkość zniszczyła doszczętnie naszą planetę i jedynym ratunkiem była ucieczka w gwiazdy. Wcielamy się w jedną z pół miliona osób, którym udało się załapać na transport i zarazem członka tytułowej formacji militarnej. Składała się ona z najemników będących forpocztą ludzkości na planecie Enoch. Ten glob okazał się nie rajem, a prawdziwym piekłem dla osadników. Wszystko za sprawą tajemniczej Anomalii.

W ramach prologu bohater dociera na powierzchnię Enoch i bardzo szybko zostaje ponownie zahibernowany. Budzi się dopiero po trzech dekadach i trafia w sam środek wojennej zawieruchy, gdyż uciekająca przed zagładą ludzkość, jak widać, nie próżnowała. Chwile później staje się Alteredem obdarzonym niezwykłymi zdolnościami i spotyka swoich dawnych znajomych, którzy powierzają mu Bardzo Ważną Misję: odnalezienie źródła tajemniczego sygnału sprzed lat.

Nie brzmi to może zbyt porywająco, a w dodatku Outriders opowiada swoją historię głównie za pośrednictwem znajdziek.

Oczywiście mamy tutaj cutscenki oraz typowe drzewka dialogowe pełne dodatkowych opcji, a podczas misji odzywają się do nas przez radio NPC-e z tej czy innej bazy, ale nie oszukujmy się — w grze multiplayer rzadko kiedy mamy sposobność, by zagłębić się w opowiadaną historię podczas rozgrywki. Pozostali członkowie zespołu często wywierają na graczach zainteresowanych fabułą presję, by przewinąć gadaninę i o te kilka sekund szybciej rozpocząć poszukiwanie lootu.

Momentami na ekranie dzieje się... dużo

Outriders ma w dodatku fatalny system przewijania dialogów — zamiast pomijać tylko jedną linię napisów, którą da się przeczytać szybciej, niż wypowiada ją postać, wciśnięcie guzika pomija całą kwestię danej postaci, a to nie ułatwia zapoznawania się z fabułą za ich pośrednictwem. Na szczęście podczas rozgrywki znajdujemy co chwilę pamiętniki i zapiski bohaterów niezależnych, które rzucają sporo światła na kontekst obserwowanych przez nas wydarzeń.

Złapałem się na tym, że rozglądam się za tymi dziennikami bardziej niż za nowym sprzętem, bo naprawdę zaangażowałem się w historię snutą przez People Can Fly!

Co prawda gra wymaga sporego zawieszenia niewiary, ale side-questy również brałem głównie po to, by dowiedzieć się więcej o lore i wreszcie udało mi się polubić członków drużyny na tyle, że faktycznie przejmowałem się ich losem. Jedyny minus jest taki, że niewiele wiemy o… samym głównym bohaterze. Gra w prologu podaje nam pigułkę najważniejszych faktów na temat jego przeszłości, ale potem skupia się już wyłącznie na bohaterach niezależnych i historii Enoch.

Nasz awatar, chociaż przewodzi ekspedycji w poszukiwaniu wspomnianego sygnału, jest takim biernym obserwatorem tego dziwnego świata i próbuje zrozumieć, w jaki sposób Enoch z ziemi obiecanej przeistoczyło się w strefę trwającej od 30 lat wojny. Gra jest przy tym do bólu liniowa, aczkolwiek to bolączka większości produkcji kooperacyjnych i looter shooterów, a nie tylko Outriders. Fundamentów świata w grze nastawionej na kooperację nie da się gruntownie zmienić.

Wujek Owen? Ciocia Beru?

Outriders nie jest grą typu open-world, a rozgrywkę prowadzimy na kilkunastu podzielonych na segmenty korytarzowych mapach pełnych niewidzialnych ścian.

Podczas rozgrywki przemierzamy niegościnną planetę i trafiamy zarówno na tereny zurbanizowane, jak i do slumsów; czasem przechadzamy się po bagnach w lesie, innym razem po ośnieżonym szczycie wulkanu, a jeszcze kolejnym po wypalonej słońcem pustyni. Krajobrazy potrafią zachwycić, a gracz wraz ze swoimi kompanami może między nimi swobodnie podróżować za pomocą łazika. Sercem każdej lokacji jest obóz, w którym możemy kupować i sprzedawać sprzęt, craftować itp.

Rozgrywka polega na eliminowaniu hord wrogów w ramach kolejnych zadań głównych i pobocznych, które w większości wypadków rozgrywają się w obrębie jednej mapy. Fabułę można też łatwo cofać, a każde zadanie możemy w dodatku wielokrotnie powtarzać — zarówno samemu, jak i w trybie kooperacji. Dzięki tej mechanice wspólnie mogą się bawić gracze odkrywający Outriders w innym tempie, a gdy zachodzi potrzeba, gra ostrzega też przed potencjalnymi spoilerami.

Rozwój postaci i ekwipunku w Outriders

W trakcie prologu gracze mogą wybrać jedną z czterech klas postaci: skupiającego się na zamrażaniu i truciu wrogów Technomancera, władającego ogniem Pyromancera, korzystającego z teleportacji Trickstera oraz przypominającego chodzący czołg Devastatora. Niestety tak jak pierwsze trzy klasy są dość dobrze zbalansowane, tak ta ostatnia radzi sobie na tyle kiepsko, że niektórzy gracze wyrzucają osoby korzystające z niej z drużyny.

Mamy Destiny 2 w domu

Każda klasa ma w dodatku trzy specjalizacje, aczkolwiek tutaj od decyzji gracza zależy, czy będzie rozwijał jedno drzewko umiejętności w pełni, czy też każdy po kawałku. Co miłe, w każdej chwili możemy też rozdzielić zdobyte punkty od nowa bez żadnych konsekwencji (nie wymaga to zużywania specjalnych przedmiotów lub waluty). Do pełni szczęścia brakuje jedynie opcji zapisywania poszczególnych zestawów i łatwego przełączania się pomiędzy nimi.

Co kilka poziomów odblokowuje się też umiejętności będące kluczowe podczas walki, a ostatnią z dostępnych zdobywamy już w połowie gry.

W grze mamy dostęp do wielu klasycznych broni — od pistoletów (z niekończącą się amunicją), przez karabiny (moje ulubione), shotguny (rozczarowujące) i snajperki (tu na dwoje babka wróżyła). Samo strzelanie jest przy tym bardzo nierówne — przy niektórych pukawkach, które wibracjami aż wyrywały mi kontroler z ręki, miałem uśmiech od ucha do ucha, podczas gdy przy innych, nierzadko o lepszych parametrach, miałem wrażenie, że strzelam z pistoletu na wodę. 

W walce z bossami kluczowe są w dodatku nie same naboje, a skille, których na raz można mieć aktywnych trzy. W przypadku mojego Technomancera były to m.in. granat, zamrażającą wieżyczka, szybkie leczenie członków drużyny, nakładanie trucizny na naboje oraz minigun wymienny z rakietnicą (a ten zestaw nie raz i nie dwa uratował nam tyłki). Dobranie odpowiedniego zestawu i sparowanie go ze wzmacniającym jego działanie ekwipunkiem jest kluczowe dla powodzenia misji.

Lochy w lesie

Na naszej drodze w Outriders stają dwa podstawowe rodzaje wrogów, a ze wszystkich na najwyższym poziomie trudności robią się tzw. gąbki na HP-ki.

Pierwszym typem przeciwników są potwory, które zwykle biegną w naszym kierunku w myśl zasady „w kupię siła”, a okazjonalnie trafiamy na potężniejsze monstrum potrafiące pluć jadem, skakać przez pół planszy itp. Takie starcia zwykle prowadzone są na otwartej przestrzeni. Drugi typ wrogów ma do dyspozycji broń palną, z którymi prowadzimy walkę chowając się zwykle za osłonami niczym w Gears of War (People Can Fly ma w dorobku spin-off tej serii).

W grze jest w dodatku wiele różnych frakcji, ale spod atrakcyjnej wizualnie otoczki zaczynają wreszcie wyzierać schematy. W każdej z grup mamy zawsze zwykłą piechotę, snajpera, walczącego wręcz wariata, osiłka z pancerzem itp. Oba typy starć podzielone są też na czytelne etapy, a zazwyczaj po wykończeniu masy minionków wychodzi silniejszy przeciwnik (i czasami jest to unikalny boss). Już pod sam koniec kampanii walka zaczęła się robić nieco powtarzalna.

Z tego względu mam pewne obawy co do tego, czy Outriders w obecnej formie będzie w stanie zatrzymać graczy na dłużej.

Dostaliśmy produkcję wymagającą bycia przez cały czas online, gdyż ekwipunek i postać gracza przechowywane są na serwerach, ale Outriders nie jest taką typową grą-usługą. Tak po prawdzie jednak to wcale nie musi nią być, a People Can Fly od samego początku otwarcie mówi o tym, że tworzy swój nowy tytuł tak trochę w starym stylu. To taki obosieczny miecz — nie ma spodziewać się zarówno mikropłatności, jak i dodatkowych broni i misji udostępnianej po premierze.

Gorąco polecam robić wszystkie side-questy, są nierzadko ciekawsze niż główny wątek.

Na szczęście „na krążku z grą” zawartości w postaci kampanii z przyległościami jest znacznie więcej, niż się spodziewałem — okazało się, że gdy myślałem, iż to już finisz, zostało jeszcze drugie tyle gry (!). W dodatku przede mną jeszcze kilka wymagających Ekspedycji, które odblokowałem po zakończeniu gry, w ramach których można zdobyć jeszcze lepszy sprzęt. Czy po ich ukończeniu dalej będę zaglądał na serwery? Czas pokaże, ale nie mam uczucia niedosytu.

I tak jak brak nowych misji jakoś przecierpię, tak People Can Fly powinno nieco popracować nad grą od strony technicznej.

Głównie chodzi tutaj oczywiście o serwery, które wielokrotnie odmawiały posłuszeństwa, zwłaszcza w weekendy. Deweloperów z People Can Fly najwyraźniej przerósł ich początkowy sukces, bo ich gra nie tylko trafiła bez dodatkowych opłat do milionów abonentów usługi Xbox Game Pass (i to w jałowym jeśli chodzi o inne premiery okresie), ale z miejsca stała się też bestsellerem na pecetach. Miejmy jednak nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

Należy też odnotować, iż na razie tryb cross-play, który docelowo ma pozwolić łączyć się ze sobą graczom korzystającym z dowolnych platform, działa jedynie w obrębie obu rodzin konsol (PlayStation, Xbox) oraz pecetowych platform (Steam, Epic, Stadia). Oznacza to, że nie da się parować ze sobą graczy konsolowych i komputerowych. Miejmy nadzieję, że pierwsza większa łatka to naprawi — na razie mieliśmy jedynie drobne korekty balansu rozgrywki.

W trakcie kampanii można pobawić się w łowcę nagród (lub potworów)

Należy też odnotować brak obecności jakiegokolwiek sensownego systemu komunikacji pomiędzy graczami, bo emotki to za mało.

Brakuje nie tylko opcji tagowania na wzór Apex Legends, ale również… chatu audio. To spore niedopatrzenie, bo może i na pecetach gracze korzystają z Discordów i innych TeamSpeaków, ale posiadacze konsol przyzwyczajeni są do systemowych chatu audio, a te w tytułach cross-playowych się nie sprawdzają. Grając z Szymonem, który wybrał Outriders w wersji na PlayStation, nie mogliśmy uzgadniać taktyki, ostrzegać się nawzajem przed niebezpieczeństwem itp.

Szkoda też, że nie ma tu tzw. cross-progresji i postaci z jednej platformy nie da się przenieść na inną, bo mogłoby stanowić pewne rozwiązanie tego problemu, ale nawet jeśli ta funkcja się kiedyś pojawi, to People Can Fly i tak powinno dodać chat audio przy pierwszej możliwej sposobności. Nie obraziłbym się też za pełnoprawnego next-gen patcha, aczkolwiek już teraz konsole nowej generacji zapewniają w Outriders wsparcie dla 60 klatek na sekundę.

Warto podkreślić, że ani razu nie doświadczyłem na Xbox Series X spadków płynności podczas rozgrywki.

Gra działa nad wyraz sprawnie, a momentami krajobrazy i efekty związane z anomalią potrafią zachwycić. Gorzej jest z modelami postaci i animacjami w cutscenkach, bo te czasem wyglądają jak drewno. Można sobie zażartować, że People Can Fly, w przeciwieństwie do konkurencji, zdecydowało się na podejście function over form, ale… ich gra dobrze na tym wyszła. Przez większość czasu zbyt dużo się dzieje na ekranie, by na te niedostatki zwracać uwagę.

Walki z bossami nie są łatwe, a SI minionków nieźle sobie radzi z flankowaniem

Clou jest też takie, że eksploracja Enoch w Outriders sprawia mi (i nie tylko mi), tak po prostu, frajdę. Czasem miałem wręcz wrażenie, że deweloperzy weszli na Reddita i sprawdzili, na co narzekają miłośnicy looter shooterów, a potem upewnili się, że podobnych błędów nie popełnią i z tego powodu z czystym sumieniem produkcję rodaków mogę polecić posiadaczom Xboksów, skoro wystarczy wykupić abonament Xbox Game Pass, by uzyskać dostęp do pełnej wersji.

W przypadku posiadaczy konsol Sony i pecetów, sprawa jest nieco bardziej skomplikowana — można niby pobrać demo Outriders, a postępy przenoszą się do pełnej wersji, ale… w moim przypadku te kilka misji mnie zniechęciło, zamiast zachęcić. Jestem jednak przekonany, że jeśli na myśl o miksie mechaniki z Remnant of the Ashes z interfejsem Destiny i klimatem Mass Effect czujecie szybsze bicie serca, to przy Outriders będziecie bawić się wybornie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst