1. SPIDER'S WEB
  2. Technologie
  3. Social media

Konfederacja wkurzona, że Facebook ją zbanował. A przecież walczyli o to, żeby firmy mogły odmówić obsługi niektórych klientów

Złe wieści dla entuzjastów Konfederacji. Profil partii na Facebooku został zbanowany - rzekomo w ramach recydywy za kolportowanie nieprawdziwych informacji. Internet wypomina teraz oburzonym politykom wcześniejsze wypowiedzi i drwi z nich, a chociaż widziałem kilka niezłych memów, to mi tam wcale nie jest do śmiechu.

facebook konfederacja ban dlaczego wolnosc slowa cenzura

Facebook to największy portal społecznościowy świata i tak jak nie ma formalnego obowiązku, aby z niego korzystać, tak nie da się ukryć, że rezygnacja z tej usługi odcina nas od jednego z najważniejszych kanałów komunikacji we współczesnym świecie. Pal jednak sześć, gdy ktoś świadomie rezygnuje z prowadzenia swojego profilu - problem pojawia się w momencie, gdy to firma odcina od portalu użytkownika lub banuje profil, który ten chciałby śledzić.

Moderatorzy serwisu Facebook dzień w dzień banują masę profili - zarówno botów, jak i użytkowników oraz stron. W wielu wypadkach "decyzję" o zablokowaniu dostępu podejmują algorytmy, którym nikt nie powiedział, od czego jest gorsza nadgorliwość. Prowadzi to do kuriozalnych sytuacji, takich jak np. blokady za nazwanie części rowerowej, na której trzyma się stopę lub zablokowanie dostępu do portalu za cytowanie mowy nienawiści, a nie za mowę nienawiści per se.

Mimo to takie blokady, póki nie dotkną kogoś znanego, przechodzą bez echa. Zdarzają się jednak bany, które niosą się szerokim echem - tak jak to miało miejsce w przypadku Donalda Trumpa. Facebook i jemu podobne serwisy social media wyprosiły prezydenta Stanów Zjednoczonych chwilę po tym, jak ten przegrał wybory (a to ci zbieg okoliczności!). Na naszym poletku z podobną sytuacją mamy do czynienia dzisiaj, tyle że Mark Zuckerberg wziął na celownik opozycję.

O usunięciu profilu Konfederacji informowaliśmy zresztą już z rana, a od tego czasu w przestrzeni medialnej toczy się nieprzerwanie dyskusja na temat tej kontrowersyjnej decyzji Facebooka. Co prawda na chwilę naszą uwagę próbowały oderwać od niej Misie z NFT oraz fake news o Tarczy Plus rozpropagowany przez nieuważnych dziennikarzy na Twitterze, ale dyskusja o banie dla partii bynajmniej nie umarła. Sporo osób sobie z tej partii teraz zresztą szydzi.

Trudno się zresztą nie uśmiechnąć pod nosem, gdy widzimy zmianę podejścia wśród polityków Konfederacji.

Niezależnie od tego, czy darzy się Konfederację sympatią, czy też wręcz przeciwnie, nie sposób nie zauważyć, iż wspomniane podejście zmieniło się właśnie o 180 stopni. Ci sami ludzie rejtanowali w obronie mitycznego wolnego rynku (gdy trzeba było wesprzeć przedsiębiorcę odmawiającego usługi osobom nieheteronormatywnym), aby teraz wyrażać ubolewanie, iż prywatna firma podjęła autorytarnie decyzję o usunięciu profilu (typowe "mieć i zjeść ciastko").

Do tego pojawiają się głosy, że to "cenzura", podczas gdy o takiej prawdziwej cenzurze oczywiście nie ma tutaj mowy (bo ta z definicji realizowana jest przez organy państwowe, a nie podmioty prywatne). Mimo to politycy oraz sympatycy Konfederacji narzekają w innych serwisach społecznościowych na Facebooka i próbują budować narrację, jakoby ten "nieodwracalny ban" spadł na nich jak grom z jasnego nieba (chociaż sami się chwalili tym, iż otrzymali ostrzeżenie).

Konfederacja wystosowała też oświadczenie w tej sprawie, które można przeczytać na Twitterze, gdzie profil jej i jej polityków ma się dobrze. Decyzję portalu nazywa w nim "pogwałceniem konstytucyjnej zasady swobody rozpowszechniania informacji i ingerencję w zbliżający się cykl wyborczy". Facebook z kolei powołuje się na swój regulamin i przekonuje, że Konfederacja świadomie go łamała. Do tego administratorzy profilu mieli świadomie zignorować ostrzeżenia.

A mi brakuje w tym wszystkim przejrzystości.

Bynajmniej nie mam zamiaru bawić się w adwokata diabła i płakać po Konfederacji nie zamierzam - a jeśli faktycznie na tej stronie rozpowszechniane były fake newsy na temat pandemii i łamała ona regulamin, to trudno się dziwić moderatorom. Problem w tym, że musiałbym uwierzyć tutaj na słowo Facebookowi, a to nie jest firma, którą darzę zaufaniem. Wolałbym, gdyby w przypadku takich banów każdy mógł zapoznać się z dokumentacją i argumentacją.

Facebookowi w ciemno nie zaufam, bo zaliczył w ostatnich latach zbyt dużo wpadek związanych z manipulacją wyświetlanymi na portalu treściami. Nie sposób mieć pewności, że platforma jest tutaj bezstronna (przy czym mam wrażenie, że to właśnie dla hejtu oraz fake newsów serwis jest aż nadto pobłażliwy; bardzo często algorytmy nie reagują na zgłoszenia i nie dopatrują się naruszenia standardów społeczności w mowie nienawiści lub dezinformacji).

Tylko jeśli nie Facebook, to kto? I tu jest pies pogrzebany, bo nie ma kogo postawić w roli bezstronnego arbitra - bo na pewno nie chciałbym, aby decyzję w tej sprawie podejmowali np. polscy politycy z partii rządzącej. W idealnym świecie może i można byłoby im zaufać, ale w nim nie żyjemy (mam wrażenie, że mniejszym echem niż ban dla Konfederacji odbiła się wiadomość o tym, że PiS miał korzystać z Pegasusa do podsłuchiwania opozycji w trakcie wyborów).

Mam taką ponurą wizję, w której po dorwaniu się polityków PiS-u do moderacji Facebooka skupiliby się oni na tworzeniu wirtualnych stref wolnych od LGBT.

Wychodzi na to, że z której strony na tę sytuację nie spojrzeć, jako społeczeństwo w erze social mediów jesteśmy na przegranej pozycji. Z jednej strony sytuacja, w której prywatne firmy banują partie polityczne nie powinna mieć miejsca, a z drugiej trudno oczekiwać, że politycy, którzy kolejnymi aferami przykrywają poprzednie afery (z Dworczyk Leaks na czele), poradziliby sobie z moderacją lepiej.

Z trzeciej strony wolałbym zaś, aby ktoś jednak w czas reagował na fake newsy. Jeśli już uznamy, że ma to robić portal, to powinien dawać nam wgląd w dokumentację sprawy - tym bardziej że mowa tu o partii politycznej - aby każdy zainteresowany mógł sprawdzić, czyje deklaracje mają pokrycie w faktach: Facebooka czy Konfederacji. Jak na razie mam tylko słowo przeciw słowu oraz dwa podmioty, które moje zaufanie wielokrotnie nadszarpnęły. Słabo.

Oczywiście warto tutaj napomknąć, że istnieją inne serwisy social media, z których Konfederacja może korzystać po banie na Facebooku, w tym takie prosto z Polski, ale trudno też traktować Albiclę, Pol-Fejsa i BanBye'a jako konkurencję dla tych największych tuzów pokroju nie tylko Facebooka, ale też Twittera, TikToka czy YouTube'a. Na koniec zaś dodam, że jeśli faktycznie partia świadomie łamała regulamin, to ban był zasłużony i ciekaw jestem, czy sprawa faktycznie znajdzie finał w sądzie…