Social media  /  Artykuł

Donald Trump szykuje pozew za bana. Oberwie się Facebookowi, Twitterowi i Google'owi

Donald Trump pozwie Facebooka i Twittera

Donald Trump usilnie walczy o powrót do masowej świadomości. Ledwie wrócił do polityki, a już powtarza dawne kłamstwa i… zapowiada pozew przeciwko Facebookowi i Twitterowi.

Gwoli przypomnienia: po ataku wściekłego tłumu na Kapitol Stanów Zjednoczonych, 6 stycznia 2021 r., Donald Trump – jako prowodyr całego zamieszania – doczekał się permanentnego bana w bodajże wszystkich platformach społecznościowych. Począwszy od Facebooka, poprzez Snapchata, aż po jego ulubionego Twittera – usługi internetowe jedna po drugiej uznały, że nie ma tam miejsca dla największego kłamcy i najmniej kompetentnego prezydenta w historii USA.

Pomimo przegranych wyborów Donald Trump nie odpuszcza marzeń o drugiej kadencji w Białym Domu. Od tygodni prowadzi pierwsze polityczne wiece, na których powtarza te same kłamstwa, które doprowadziły go do publicznego ostracyzmu – o rzekomo „ustawionych” wyborach, które przegrał ze względu na „spisek wielkich sił”. Teraz zaś Donald Trump podczas konferencji prasowej ogłosił, iż zamierza złożyć pozew przeciwko Markowi Zuckerbergowi, Jackowi Dorseyowi i Sundarowi Pichaiowi, czyli szefom odpowiednio Facebooka, Twittera i Google’a.

Donald Trump walczy o powrót do mediów społecznościowych.

Plan byłego prezydenta USA jest przebiegły. Nie ubiega się on bowiem wyłącznie o przywrócenie swoich platform społecznościowych, lecz planuje pozew zbiorowy, do którego przyłączyć się mogą wszyscy, którzy czują się pokrzywdzeni przez cenzurę i „stronniczą politykę” big techów. Chętnych zapewne nie zabraknie, bo do miana „pokrzywdzonych” może się zaliczyć ogromna część tamtejszej skrajnej prawicy, która nie wiedzieć czemu nie znajduje zrozumienia dla swojej homofobii, ksenofobii i nacjonalistycznych zapędów w liberalnych social mediów.

W przeprowadzeniu tego spektaklu (bo trudno nazwać to inaczej) pomoże Trumpowi organizacja non-profit America First Policy Institute (AFPI). Organizacja, która zasłynęła m.in. propagowaniem kłamstw Donalda Trumpa o ustawionych wyborach.

Można nie lubić big techów, ale są pewne granice.

Wyobraźcie sobie, że ktoś wchodzi na waszą posesję i – mówiąc kolokwialnie – sra na trawnik. I nie robi tego raz, ale po wielokroć, ignorując wszelkie prośby o zaprzestanie swoich działań. Mało tego – ów jegomość zachęca do tego samego zachowania innych, a gdy próbujecie go ponownie wyprosić z terenu posesji, zaczyna głośno krzyczeć, że on przecież nic złego nie robił, a właściciel posesji się na niego uwziął.

Mniej więcej z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku banu dla Donalda Trumpa, a każdy krzyk, że to cenzura, jest absurdem.

Donald Trump, jeszcze na długo przed swoją kadencją w roli prezydenta, słynął z rozpowszechniania kłamstw i teorii spiskowych. Gdy został prezydentem, stał się źródłem dezinformacji nr 1., z którym równać mogły się chyba wyłącznie rosyjskie farmy trolli. Trump kłamał i manipulował w każdym temacie: od wspomnianych wyborów, poprzez znajomych celebrytów aż po teorie naukowe.

Donald Trump
Donald Trump

Pomińmy fakt, że to zachowanie, które tak po ludzku nie przystoi osobie publicznej na tak wysokim stanowisku, zwłaszcza wygłaszane w stylu Trumpa – obrażonego dwunastolatka, który dopiero uczy się łączyć słowa w zdania i któremu co chwila ktoś zabiera ulubione zabawki.

Byłemu prezydentowi ban się należał jak zabranie prawa jazdy kierowcy prowadzącemu po pijaku. Szkoda, że do włodarzy platform społecznościowych dotarło to dopiero po tym, jak dzięki powtarzanym przez długie miesiące kłamstwom Trumpowi udało się przekonać rozwścieczały motłoch, by ruszył na Kapitol.

Nie mam żadnych wątpliwości, że pozew zbiorowy przeciwko big techom w wykonaniu Donalda Trumpa i jego popleczników to nic więcej, jak polityczna hucpa. Próba skupienia na sobie uwagi i zdobycia punktów u ludzi, którzy podzielają zdanie, że współczesne social media zanadto ograniczają wolność słowa.

I wiecie co? Ci ludzie prawdopodobnie mają rację. Big techy w stanowczo zbyt dużym stopniu ograniczają wolność słowa, cenzurując treści według abstrakcyjnych, trudnych do zdefiniowania kryteriów i banując nierzadko bez wyraźnego powodu. Sęk w tym, że ban dla Donalda Trumpa nie był dobrym przypadkiem tej „cenzury”. Były prezydent Stanów Zjednoczonych zrobił wszystko, by nie tylko złamać regulamin każdej z platform, na której się udzielał, ale też by podzielić społeczeństwo manipulacjami, kłamstwami i oszczerstwami. Usunięcie go z platform społecznościowych nie tylko nie było cenzurą – było przysługą dla całego społeczeństwa, niezależnie od preferencji politycznych i światopoglądowych.

Korzyści tego stanu rzeczy widać było zresztą od razu; gdy tylko Donald Trump zniknął z social mediów, liczba tweetów powielających teorię spiskową o kłamstwie wyborczym spadła czterokrotnie. Wystarczyło uciąć głowę wężowi, by cielsko dezinformacji upadło. I co, dalej powiecie, że to niezasłużona cenzura?

Grafika główna: Joseph Sohm/Shutterstock.com