SW+

Bany dla Trumpa: za późno, za mało i tylko na pokaz. Teraz to sobie możecie...

Bany dla Trumpa: za późno, za mało i tylko na pokaz
234 interakcji
dołącz do dyskusji

Zuckerberg i Dorsey tak naprawdę ratują swoje firmy. Wiedzą, że to platformy ponoszą ogromną część odpowiedzialności za rozwój politycznych ekstremistów. Co więcej, tym chwytem próbują podlizać się nowej administracji Joe Bidena. Nie ma się więc co zachwycać ich decyzjami o „cyfrowym impeachmencie”. Wręcz przeciwnie – czas zacząć wymagać od nich faktycznego dbania o dobro użytkowników.

Donald Trump z Facebooka zniknął na „nieskończoność”. Dokładnie takiego terminu użył Mark Zuckerberg, ogłaszając zbanowanie prezydenta Stanów Zjednoczonych po tym, jak po raz kolejny użył tego medium społecznościowego do dezinformacji i zaostrzania nastrojów społecznych. Dzień później Twitter, kierowany przez Jacka Dorseya, również zdecydował się tym razem „na stałe” wykasować konto wciąż przecież urzędującej głowy państwa. 

– Nareszcie – można by odetchnąć. 

Tyle że choć Trump od lat bezsprzecznie grał platformami w swoich własnych partykularnych interesach, które, jak widzieliśmy, skończyły się szturmem motłochu na Kapitol, to te blokady tak naprawdę w ogóle nie rozwiązują problemów. Ani z Trumpem, ani z innymi podobnymi mu politykami, działaczami, biznesmenami czy czasem po prostu trollami działającymi na zlecenie wywiadów. Podobnie z dezinformacją, którą napędzają czasem zwykli użytkownicy i mową nienawiści.

Wręcz przeciwnie – to tak naprawdę raczej kolejny sygnał trudnego problemu, z jakim mierzymy się obecnie na całym świecie. Kto ma prawo do odbierania ludziom głosu w internecie? Czy prywatne firmy, które rozrosły się do potężnych globalnych rozmiarów, przypadkiem nie wprowadzają też swojej „prywatnej cenzury”? Jak pogodzić prawo do wolności słowa z obowiązkiem zadbania o bezpieczeństwo użytkowników?

Ban i co dalej 

„Szokujące wydarzenia z ostatnich 24 godzin wyraźnie pokazują, że prezydent Donald Trump zamierza wykorzystać pozostały czas urzędowania, aby podważyć pokojowe i zgodne z prawem przejście władzy do wybranego następcy Joe Bidena” – tak zaczął się wpis Marka Zuckerberga. Szef Facebooka zapewniał, że najważniejsze jest bezpieczeństwo narodowe, a aktywny w tym serwisie Donald Trump jest po prostu zagrożeniem. 

 class="wp-image-14287"/><figcaption>Fot. Punyaruk Baingern /&nbsp;<a rel="noreferrer noopener" target="_blank"
Fot. Punyaruk Baingern / Shutterstock.com

Przeciwnicy Trumpa przyklasnęli, zwolennicy oczywiście zakrzyknęli o łamaniu demokracji i wolności słowa. Jedni i drudzy w plemiennym zapaleniu nie chcą jednak spojrzeć na te decyzje głębiej. A jest to konieczne, byśmy z całej smutnej historii Trumpa w mediach społecznościowych wyciągnęli konstruktywne wnioski. 

Dlaczego więc nie ma co się cieszyć z tej blokady? Przyjrzyjmy się najczęściej pojawiającym głosom – zarówno przyklaskującym tym mediom społecznościowym za takie, a nie inne potraktowanie Trumpa, jak i tym odsądzającym je za to od wszelkiej czci. 

Facebook i Twitter (i inne media społecznościowe) to prywatne firmy. Mają swoje regulaminy, a użytkownicy muszą się na nie zgodzić. 

Wypracowana przez wieki umowa społeczna świata, w jakim żyjemy, mówi, że żaden podmiot nie działa w oderwaniu od prawnego porządku danego państwa. Nawet jeżeli ma swoje regulaminy, to ich moc jest zawsze podporządkowana wyższym aktom prawnym: ustawom, umowom międzynarodowym czy konstytucji. I żadnym argumentem nie jest tu „prywatna firma”. Prywatne firmy są też np. pracodawcami, a jednak dziś obowiązuje je prawo pracy i raczej nie chcielibyśmy wrócić do, powiedzmy, XIX wieku, gdy ważniejsza była „ochrona interesów kapitalisty”. A te w pogoni za zyskami zakładały choćby pracę dzieci.

Jak to więc możliwe, że platformy cyfrowe, które są przecież czymś więcej niż miejscami, gdzie wrzucamy śmieszne zdjęcia kotków i fotosy z wakacji, mogą stosować swoje własne wewnętrzne regulaminy, a praw ich klientów nie broni legislacja danego państwa?

Bo firmy od lat walczyły, by ich takie ograniczenia nie objęły. Skutecznie przekonywały, że „zasady społeczności” są uważane za wystarczające zabezpieczenie użytkowników. Tyle że skutki tego są opłakane.

Leszek Jażdżewski, naczelny Liberté!, rok temu został zbanowany przez Facebooka za pokazanie antyfaszystowskiej grafiki. Powód kary: propagowanie faszyzmu. 

Legendarny fotograf Chris Niedenthal trzy lata temu opublikował na Facebooku galerie zdjęć z Marszu Niepodległości. Zamiast lajków i udostępnień dostał bana, galeria zniknęła, a konto zostało zablokowane. 

Kuriozalne? I regularnie powtarzające się na całym świecie.

Przez ostatnie pięć lat rozmawiałam z kilkudziesięcioma osobami, które zostały tak ukarane. Czy to prawicowy publicysta, czy lewicowy działacz wszyscy mają takie same odczucia: to jak „Proces” Kafki. Wyrok zapadł, nie wiesz za co, nie wiesz, kto cię skazał, nie wiesz nawet do końca, jak długo ta kara będzie trwała. 

I co gorsza, nie ma gdzie się tego dowiedzieć. Na wszystkie pytania odpowiedź jest jedna: złamane standardy społeczności. 

Fot. achinthamb / Shutterstock.com

Gdy dwa lata temu pytałam Rossa Kirschnera, dyrektora ds. polityki publicznej w Facebooku, o to, jak to możliwe, że serwis usuwa np. zdjęcia marihuany, choć jest ona legalna w Kalifornii, a przecież prawo lokalne stoi wyżej niż regulamin prywatnej firmy, menedżer bez wzruszenia odpowiedział: – Mamy ponad 2 mld użytkowników, czyli właściwie sami jesteśmy jak państwo. 

I dodawał, że wszystko zależy od kontekstu. Kontekstu, który ocenia i ustala sam Facebook. Twitter. Instagram. YouTube. TikTok. 

Przecież można się poskarżyć do sądu. 

Można i coraz częściej do takich procesów dochodzi. Tyle że brak uregulowania prawnej odpowiedzialności cyfrowych platform powoduje, że użytkownik w zderzeniu z ich potęgą jest tak naprawdę na przegranej pozycji. 

„W 2018 r. Facebook nagle i bez wyjaśnienia usunął konto Społecznej Inicjatywy Narkopolityki, organizacji, która wspiera osoby uzależnione od narkotyków i zajmuje się tzw. redukcją szkód. Dla SIN Facebook to podstawowy kanał komunikacji – bez niego trudno im skutecznie działać” – tak Fundacja Panoptykon, która zajmuje się kwestiami ochrony praw człowieka i prywatności w internecie, zaczyna odezwę o pomoc w zebraniu niemal 9 tys. złotych niezbędnych, by proces wytoczony firmie Marka Zuckerberga miał szansę na dalsze kroki prawne.

Sprawa zaczęła się w maju 2019 r. Pozew o ochronę dóbr osobistych złożyła w maju w Sądzie Okręgowym w Warszawie SIN. Pozwany: Facebook Ireland Limited, czyli oddział Facebooka odpowiedzialny za działania w Europie. Powód: „arbitralne usuwanie treści, jakie SIN publikował na Facebooku i Instagramie”.

„Arbitralne usuwanie treści” to usunięcie grupy prowadzonej przez SIN, do której należało 4 tys. osób wymieniających się ostrzeżeniami na temat chemicznej zawartości tabletek ecstasy pojawiających się na rynku. Facebook uznał ją jednak za miejsce, w którym narkotyki się sprzedaje i zamknął bez żadnych ostrzeżeń i tłumaczeń. Wkrótce podobnie potraktował profil samego SIN.

Sukcesem samym w sobie było to, że polski sąd w ogóle uznał się za właściwy do rozpoznania tej sprawy w Polsce na podstawie krajowego prawa. A to nie było przecież wcale oczywiste, bo pozwany podmiot nie jest zarejestrowany nad Wisłą. To by było jednak na tyle, jeżeli chodzi o sukcesy. Facebook Ireland Limited odmówił przyjęcia pozwu napisanego w naszym języku, ponieważ – jak twierdzi firma – nie posługuje się nim żadna z osób zatrudnionych w dziale procesowym irlandzkiego Facebooka. I polski sąd temu przyklasnął, nakazując powodowi tłumaczenie i to przysięgłe. Sam koszt takiej usługi: niemal 9 tys. złotych. Co ciekawe na ten przetłumaczony pozew Facebook odpowiedział za pomocą polskiej kancelarii już po polsku. 

Nikt nikomu nie każe mieć konta na portalu społecznościowym.

Tyle że to jest też nasze prawo, dlaczego więc nie mielibyśmy z niego korzystać. Co więcej, te platformy tak skonstruowały swoją mechanikę, że kiedy raz wpadnie się w ich ekosystem, bardzo trudno jest się z niego wydostać. 

 class="wp-image-14290"/><figcaption>Fot. Paparacy /&nbsp;<a rel="noreferrer noopener" target="_blank"
Fot. Paparacy / Shutterstock.com

Dziennikarka Kashmir Hill podjęła na sześć tygodni próbę wymiksowania się z Amazona, Facebooka, Google, Microsoftu i Apple. Jak sama opisuje, było to dla niej wręcz piekło. Informacje, kontakt z ludźmi, możliwość łatwiejszej identyfikacji się choćby w ramach e-commerce – wszystko to dziś bez cyfrowych platform jest mocno utrudnione.

O stawianiu ludzi przed takim wyborem (albo korzystasz z komercyjnej sieci i tracisz kontrolę nad swoimi danymi, albo z niej wychodzisz) Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon, kilka tygodni temu w wywiadzie dla SW+ mówiła tak:

– To nie jest nawet realny dylemat, tylko zwyczajna opresja. I platformy doskonale sobie z tego zdają sprawę. Wiedzą, że ich grawitacja jest bardzo silna. Wykorzystują swoją skalę i przewagę w postaci wiedzy, jaką zgromadziły przez parę dekad śledzenia ludzi, do projektowania rozwiązań, które odpowiadają na nasze potrzeby, zanim sami je dostrzeżemy. Dzięki precyzyjnemu targetowaniu – nie tylko treści reklamowych, ale wszystkiego, co serwują – są w stanie te potrzeby skutecznie kształtować. Zwykły zjadacz internetu naprawdę nie ma w tym starciu szans – mówi Szymielewicz.

Ale przecież te platformy muszą jakoś reagować na dezinformację i mowę nienawiści. 

Tak muszą, bo do tego zobowiązują je porządki praktycznie wszystkich państw. Co nie znaczy, że o to faktycznie dbają. Powiedzmy sobie wprost: Facebook, Instagram, YouTube i Twitter od lat grały rolę podżegacza. W nieustannym dążeniu do zwiększania zaangażowania użytkowników i tym samym swoich zysków stworzyły algorytmy, które wzmacniają mowę nienawiści, dezinformację i teorie spiskowe. W wielkim skrócie: im gorzej, tym lepiej. Im więcej emocji (także politycznych) budzi dana treść, tym bardziej jest przez algorytm premiowana i dociera do szerszej grupy odbiorców.

– Ta szkodliwa zawartość służy jako lubrykant dla firm tak dochodowych, jak i wpływowych. Platformy te również egzekwują swoje warunki świadczenia usług w sposób sprzyjający skrajnej mowie i zachowaniu, głównie prawicowemu ekstremizmowi – tak ostro na łamach magazynu The Wired tuż po ataku na Kapitol napisał Roger McNamee, autor bestsellera „Zucked: Waking Up to the Facebook Catastrophe”.

McNamee wie, o czym mówi: przez 34 lata inwestował w firmy technologiczne i jako jeden z pierwszych zainwestował w Facebooka oraz doradzał Zuckerbergowi.

 class="wp-image-14299"/><figcaption>Fot. kovop58 /&nbsp;<a rel="noreferrer noopener" target="_blank"
Fot. kovop58 / Shutterstock.com

Dziś ostro kontynuuje: – Od 2015 roku, kiedy Trump ogłosił swoją kampanię prezydencką, relacje między platformami internetowymi a prawicą są coraz bardziej symbiotyczne. Biznesowe decyzje platform internetowych umożliwiły eksplozję nie tylko białej supremacji, ale także ruchom zaprzeczającym pandemii i ekstremizmowi antyszczepionkowemu. Na tych platformach rozwinął się ogromny przemysł, który zbiera pieniądze i sprzedaje produkty ludziom w niewoli ekstremalnych ideologii.

Efekt: dziś siła oddziaływania platform internetowych jest taka, że ​​ich błędy mogą osłabić demokrację, zdrowie i bezpieczeństwo publiczne nawet w krajach tak dużych, jak Stany Zjednoczone. Badania Facebooka ujawniły, że w 64 proc. przypadków dana osoba dołącza do ekstremistycznej grupy na Facebooku dlatego, że sama platforma ją jej podsunęła. Facebook przyznał również, że strony i grupy związane z ekstremizmem QAnon miały co najmniej 3 miliony członków, co oznacza, że ​​Facebook pomógł radykalizować 2 miliony Amerykanów

Nic dziwnego więc, że ich decyzja o zablokowaniu Trumpa w Stanach Zjednoczonych zamiast okrzyków satysfakcji wywołała raczej prychnięcia zniechęcenia i pytania: „Dlaczego tak późno? Dlaczego wcześniej algorytmy nie wyłapywały skuteczniej objawów bardzo niebezpiecznych tendencji?”.

Nie wiemy. Bo algorytmy – a to właśnie takie zautomatyzowane metody najczęściej odpowiadają za blokady – są pilnie strzeżonymi tajemnicami mediów społecznościowych. Jeden z bohaterów głośnego dokumentu Netflixa „Społeczny dylemat” te algorytmy porównywał do sztuczek cyrkowych. Nie rozumiemy, co się zadziało – widzimy jedynie efekt.

Jerzy Zięba, Stop NOP, dziesiątki grup straszących 5G i szczepionkami swobodnie sobie działają na Facebooku. Czy serwis ten nie wie, że głoszą dezinformację? Czy zgłoszeń na propagowane przez ich treści było za mało? Nie wiemy.

Atak z 6 stycznia nastąpiła po wiecu, na którym prezydent podżegał tłum do marszu na Kapitol i „pokazania siły”. Rajd był organizowany i transmitowany na żywo na każdej większej platformie internetowej. Zarówno Twitter, jak i Facebook pozwoliły Trumpowi publikować film podżegający ludzi. Usunęły go dopiero po prawdziwym tsunami negatywnych opinii. Dlaczego wcześniej nie zdecydowały się na drastyczne kroki?

Bo im się to nie opłacało.

A co z wolnością słowa? Przecież to jest cenzura!

Platformy w Stanach Zjednoczonych od lat chowają się za mityczną Pierwszą Poprawką. Wszędzie na świecie jak mantrę powtarzają, że nie chcą być arbitrem prawdy. Ale równolegle i tak nim są. Bo jednak podejmują regularnie decyzje o banowaniu użytkowników, o usuwaniu publikowanych przez nich treści albo o takim ograniczeniu ich zasięgu, że nawet bez zastosowania bezpośredniej cenzury i tak do niej de facto dochodzi. 

European Digital Rights (EDRi), czyli największa europejska organizacja zajmująca się prawami człowieka w świecie cyfrowym, nazywa to zjawisko „prywatyzacją oceny legalności treści”, zaś praktycy zajmujący się nowymi technologiami od lat mówią o takiej sytuacji „cenzura prywatna”. Bo tym de facto jest zjawisko arbitralnego usuwania z serwisów społecznościowych i innych platform internetowych treści na podstawie prywatnych regulaminów tych podmiotów. 

Krytykom tej sytuacji nie chodzi wcale o sam fakt usuwania treści (czasem konieczny), tylko właśnie o niekontrolowaną arbitralność decyzji. Cenzura i tak nam towarzyszy. Przykładowo w Polsce i w kilku innych państwach w kodeksach karnych jest spenalizowane „kłamstwo oświęcimskie”. Negaliści Holokaustu są więc systemowo uciszani i karani za podważanie tej zbrodni. Nie budzi to społecznego oporu, bo rozumiemy potrzebę „dania świadectwa prawdzie” i jest to szczegółowo opisane w prawie.

W przypadku banów nałożonych na Trumpa – choć nie ma co podważać ich sensowności – nie ma nawet informacji, na podstawie których konkretnie podpunktów regulaminów zdecydowano się na taki krok.

W tradycyjnych mediach też jest cenzura, są kasowane komentarze. Jedne stacje zapraszają tylko prawicę, inne tylko lewicę.

Jest ogromna różnica między mediami a mediami społecznościowymi. W demokratycznych systemach, w których jest pluralizm mediów, ich odbiorca może między nimi wybierać i dobierać sobie ofertę pod własny gust. W mediach społecznościowych to algorytm tworzy „rozkład programu”. To on decyduje, czy widzimy pewne treści, czy nie i nawet nie wiemy o tym, że ich nie widzieliśmy. 

Fot. No-Mad / Shutterstock.com

Co więcej tradycyjne media obowiązuje prawo krajowe. Jeżeli kasują komentarze użytkowników, to dlatego, że to one ponoszą odpowiedzialność – także karną – za treści nawołujące do przemocy czy propagujące ideologie totalitarne. Cały ten proces jest uregulowany, więc gdy użytkownik czuje się poszkodowany taką decyzją, może podjąć kroki prawne przeciwko odpowiedzialnemu w postaci redaktora naczelnego.

A kto jest redaktorem naczelnym Twittera, Facebooka, Instagrama, YouTube?

Po co regulować? W miejsce prywatnej cenzury zrobi nam się państwowa. 

Wróćmy do oceny Rogera McNamee: – Platformy cyfrowe latami przedkładały swoje zyski nad demokrację, dobrostan użytkowników, a nawet ich bezpieczeństwo. Nie jest dziś przesadą stwierdzenie, że stały się one oraz zasilające je algorytmy po prostu niebezpieczne. Bardzo często tworzą je ludzie, którzy nie mają motywacji do przewidywania szkód, a tym bardziej do zapobiegania im.

Dopóki w subiektywnym odczuciu zgadzamy się z blokadą tego czy owego użytkownika, może nam się wydawać, że wszystko jest w porządku. A co jeśli okazuje się, jak w przypadku najgorętszego serwisu ostatniego roku, czyli TikToka, że ta „prywatna cenzura” wcale nie jest taka prywatna? Półtora roku temu wydało się, że wewnętrzne instrukcje tego chińskiego serwisu są zgodnie z wytycznymi tamtejszego rządu. Nakazują cenzurowanie treści, które „wypaczają historię”. Czyli nie wolno zamieszczać w serwisie informacji m.in. na temat separatyzmu Tybetu czy Tajwanu, Mahatmy Gandhiego, ludobójstwa w Kambodży czy masakry na placu Tiananmen. Radykalnie ograniczał też relacje z protestów w Hongkongu. I nie jest to wymóg „tylko” w stosunku do użytkowników z Chin. Objął cały świat, a państwa, w których mieszkają tiktokerzy, nie mogą im pomóc i ochronić przed taką ingerencją.

 class="wp-image-14293"/><figcaption>Fot. klevo /&nbsp;<a rel="noreferrer noopener" target="_blank"
Fot. klevo / Shutterstock.com

Co ważne, TikTokowi, jak i innym cyfrowym platformom tak naprawdę nieszczególnie chodziło o wspieranie konkretnej opcji politycznej. To czysty pragmatyzm. Dowód: algorytmy TikToka zastosowały jeszcze inną cenzurę. W sekcji Dla Ciebie, która podpowiada użytkownikom nowe treści, nakazano, by promowała ona osoby atrakcyjne, szczupłe i żyjące w dostatku.

Jak w ogóle to regulować? Przecież to jest za bardzo skomplikowane. 

Oczywiście, że nie jest to prosta, jednoznaczna sprawa. Co nie oznacza, że nie ma możliwości i propozycji uregulowania tej coraz ważniejszej sfery naszego życia. Wręcz przeciwnie – takie prace już trwają.

Czy raczej DOPIERO trwają. Facebook za miesiąc będzie obchodził 17 rocznicę powstania, Twitter działa od 14 lat, dużo młodszy TikTok szybko nadrabia, bo w ubiegłym roku był najchętniej pobieraną aplikacją na świecie. Tak naprawdę prawo szczegółowo opisujące, jakie są zasady ich działania, powinno już dawno być wdrożone. 

Póki co jednak jesteśmy w sytuacji, w której Komisja Europejska w połowie grudnia zeszłego roku ogłosiła prace nad dwoma projektami regulacji dotyczących platform internetowych. Chodzi o Digital Services Act (kodeks usług cyfrowych) oraz Digital Market Act (prawo o rynku cyfrowym). Ta największa od dwóch dekad rewizja prawa unijnego regulującego odpowiedzialność za treści to świetna wiadomość. Gorzej, że prace te mają potrwać ok. 1,5 roku, a potem trzeba będzie jeszcze to prawo implementować do krajowych porządków prawnych. 

Nie czekając na te przepisy, polski rząd też zapowiedział nasze własne przepisy. W grudniu minister Zbigniew Ziobro zorganizował konferencję, na której ogłosił, że szykuje ustawę o ochronie wolności słowa w internecie. Do tej pory jednak resort sprawiedliwości nie pokazał jej szczegółów.

Spore obawy co do tego, czy będzie to faktycznie ustawa rozpatrująca wszystkie powyższe problemy z uprawnieniami platform, budzi jednak inna kwestia. Jak odpowiedziało nam biuro prasowe MS: – Przepisy ustawy przygotowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości skutecznie realizują konstytucyjne prawo do wolności słowa i służą ochronie przed fałszywymi informacjami w internecie. Prawo musi chronić użytkowników mediów społecznościowych. Nie może być cenzury wypowiedzi w internecie. Wolność słowa i wolność debaty to istota demokracji.

Czyli wygląda to jak kolejne przepisy odpowiadające tylko na polityczne zapotrzebowanie: prawica powszechnie skupia się tylko na kwestii wolności słowa bez wzięcia pod uwagę odpowiedzialności mediów społecznościowych za dezinformację czy mowę nienawiści. 

Także i w USA trwają prace nad nowymi regulacjami internetu. Chodzi o sekcję 230. ustawy Communications Decency Act z 1996 r., która stanowi de facto prawną podstawę funkcjonowania internetu w Stanach. Prawo, które chroni strony internetowe i firmy technologiczne przed procesami sądowymi z powodu moderacji umieszczanych na nich treści, opisywane jest przez prawników jako „26 słów, które stworzyły Internet”.

Sam Trump był chyba najbardziej zagorzałym zwolennikiem zmian tego prawa podkreślającym, że ochrona prawna obejmuje jedynie firmy działające „w dobrej wierze” – w związku z czym nie dotyczy mediów społecznościowych, takich jak Twitter czy Facebook. 

A co innego mogły zrobić Facebook i Twitter niż zablokować teraz Trumpa.

Rzeczywiście sytuacja w Stanach tak się zaogniła, że oba te serwisy nie mogły podjąć innej decyzji. Jednak nie ma co się oszukiwać, że podjęły ją, jak pisał Zuckerberg, tylko ze względu na „bezpieczeństwo”. Gdyby tym faktycznie się kierowały, to za dezinformacyjne wpisy i mowę nienawiści prezydent USA już dawno zostałby zablokowany. 

Był jednak dla nich za cenny. I jako źródło generujące ogromne zainteresowanie i ruch, i po prostu jako najważniejsza osoba w państwie. Dziś nie ma on już praktycznie żadnej władzy politycznej, więc szefowie Big Techów zaczęli szykować się na nową administrację kierowaną przez Demokratów.

Pod koniec roku prokuratorzy stanowi wszczęli dwa postępowania, które mogą mocno dotknąć firmę Zuckerberga. Jedno dotyczy zmowy cenowej z Google, drugie działań monopolistycznych, czyli zakupu Instagrama.

Atak na Kapitol. fot. Alex Gakos / Shutterstock.com

W takiej atmosferze – z Demokratami dochodzącymi do władzy i z Kapitolem zdemolowanym przez tłumy podjudzone w platformach społecznościowych – nie ma więc co być zaskoczonym drastycznym potraktowaniem Trumpa. Jak ironicznie zauważyła na Twitterze Jennifer Palmieri, była dyrektor ds. komunikacji Białego Domu: – Dzień, w którym media społecznościowe zdecydowały, że faktycznie mogą zrobić więcej, by kontrolować destrukcyjne zachowanie Trumpa, był tym samym dniem, w którym dowiedzieli się, że Demokraci będą przewodniczyć wszystkim nadzorującym ich komitetom Kongresu.

***************

Co jest największą korzyścią z banów, jakie dostał Trump? To, że cyfrowe platformy zwróciły uwagę naprawdę całego świata na to, co i jak poczynają w kwestiach odpowiedzialności za publikowane na nich treści.

I miejmy nadzieję, że teraz już im nie odpuścimy i dyskusję oraz konkretne rozwiązania doprowadzimy jak najszybciej do końca.