Sprzęt  /  Felieton

Wstrzymaj się z zakupem nowego iPada Pro. Apple musi powiedzieć, jak chce wykorzystać moc chipu M1

Picture of the author

Do sprzedaży właśnie trafił iPad Pro (2021) i tak jak nowy model wygląda bardzo atrakcyjnie, tak wstrzymałbym się jeszcze z zakupem do końca czerwca i WWDC 2021. W końcu sprzęt to jedno, ale niewiadomą jest oprogramowanie.

iPady w zasadzie od zawsze sprzętowo nieco wyprzedzały swoje oprogramowanie i to software był ich kulą u nogi. Funkcje, które pozwoliłyby na wykorzystanie potencjału drzemiącego w procesorach Apple’a, pojawiały się znacznie później, niż użytkownicy tego oczekiwali. Nadzieję na zmianę tego stanu rzeczy dało nam fork iOS-a w postaci iPadOS oraz premiera iPadOS 13.4.

Zapowiadało się na to, że wsparcie dla touchpadów oraz myszek w iPadach pół roku po wydaniu nowej wersji iOS-a to oznaka początku cyklu tik-tok: na jesienie skupiamy się na telefonach, a wiosną na tabletach. Tak się jednak nie stało, gdyż w tym roku w iPadach Pro jedyną nowością jest ekran wspomniany we wstępie i procesor rodem z desktopów, który może mieć nawet 16 GB RAM-u (!).

Problem w tym, że jak na razie nie wiem, do czego Apple planuje wykorzystać moc chipu Apple M1 w iPadzie Pro.

Co prawda pojawiają się jakieś mgliste zapowiedzi twórców oprogramowania, iż nowy tablet zapewnia znacznie więcej mocy obliczeniowej niż ostatnio, ale tak było co roku. Problem w tym, że w wielu kategoriach nadal mamy dostęp do aplikacji, które nie są w stanie w pełni zastąpić oprogramowania klasy desktopowej. Apple nie zdradził zaś, jakie są jego dalsze plany.

Odpowiedzi na pytania o przyszłość tabletów Apple’a spodziewamy się dopiero na Worldwide Developers Conference 2021, które zaplanowane zostało na końcówkę czerwca. Podczas tej (ponownie jedynie online’owej) konferencji dla programistów zaprezentowane zostaną nowe wersje systemów Apple’a, w tym iOS 15, iPadOS 15, watchOS 8, tvOS 15 oraz macOS 12. 

Na to, że na WWDC 2021 pojawi się port macOS-a na iPada nie liczę, ale chciałbym zobaczyć na nim aplikacje rodem z komputerów.

W końcu już teraz można odpalać (przynajmniej w teorii) aplikacje z iPhone’ów i iPadów na komputerach Mac, w obu typach urządzeń montowane są już identyczne procesory, a do tego iPadOS ma obsługę kursora. Na tym etapie taka ewentualność wcale nie jest tak nierealna, jak jeszcze kilka lat temu, gdy o obsłudze gładzika albo myszki w tablecie mogliśmy pomarzyć.

Oczywiście w pełni zdaję sobie sprawę, że popuszczam tutaj wodze fantazji i aktywuje mi się myślenie życzeniowe. Mimo to chyba tylko możliwość uruchamiania (czy to natywnie w ramach iPadOS-a, czy to z poziomu macOS-a) aplikacji desktopowych na mobilnym sprzęcie byłaby dla mnie powodem do przesiadki na nowy tablet. iPadowi Pro z 2018 r. trzy lata później nadal nic nie brakuje.

Osobom, które planują zakup tabletu dziś, w lwiej części przypadków poleciłbym z kolei… iPada Air.

Sam gdybym wybierał tablet dziś, to padłoby na ten model. Skąd w takim razie u mnie iPad Pro (2018)? Otóż gdy debiutował, iPad Air miał jeszcze przedpotopową obudowę. Dzisiaj bym wybrał tańszy model, który u wielu sprawdziłby się równie dobrze… jeśli tylko na WWDC 2021 nie pojawi się jakaś potężna niespodzianka związana z softem — i właśnie dlatego warto jeszcze chwilkę poczekać.

Jeśli mimo wszystko planujecie zaryzykować i chcecie kupić nowego iPada Pro, bo wykorzystacie jego możliwości nawet bez aplikacji z macOS-a, to ceny zaczynają się od 3899 zł za 11-calowy model z 128 GB pamięci wewnętrznej i 8 GB RAM-u. Za wersję z 16 GB RAM-u trzeba zapłacić co najmniej 7399 zł, bo tyle pamięci operacyjnej mają modele, które wyposażono w dysku o pojemności 1 TB lub 2 TB.

PS A jeśli zmieniacie iPada Pro z 2018 r. lub 2020 r. w wersji 12,9-calowej, to nie wyrzucajcie jeszcze starego tabletowego Magic Keyboard. Okazał się, że poprzednia wersja klawiatury będzie pasowała do większego z iPadów Pro (2021).

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst