Tech  / Felieton

Koniec Kinomaniaka, eKina, iiTV i Seansika? Kibicujmy Unii Europejskiej

Kolejny tydzień i kolejna akcja policji, która zamyka pirackie serwisy oferujące nielegalny streaming filmów i seriali w Sieci. Jedni się cieszą, drudzy płaczą, tymczasem prawda jest taka, że wszyscy powinniśmy kibicować Unii Europejskiej w jej staraniach o wdrożenie Jednolitego Rynku Cyfrowego. Tylko to może rozbić w pył absurdalną ekonomię pirackiego przemysłu filmowego.

Nie miejmy złudzeń. Na miejsce Kinomaniaka, Ekino, iiTV, czy Seansika przyjdą nowe pirackie serwisy - jeszcze lepiej zakonspirowane, jeszcze sprawniej pobierające pieniądze od łaknących filmowych nowości użytkowników. Jest i będzie bowiem zapotrzebowanie na filmy i seriale w Sieci, tym bardziej, że dla coraz większej grupy odbiorców Internet jest jedynym medium służącym do konsumpcji treści rozrywkowych. Nie telewizja, nie kino, lecz właśnie internet.

Już dziś 7,5 mln Polaków korzysta z serwisów pirackich, z czego co trzeci płaci i to całkiem sporo, bo średnio 14 zł miesięcznie - podaje PwC. Łatwo policzyć, że to ponad 420 mln zł rocznie. Całkiem spory czarny rynek. Zresztą tak zwani „znawcy” twierdzą, że państwo polskie traci na piractwie jeszcze więcej, bo ok 500 - 700 mln zł oraz 6 tys. miejsc pracy.

W te ostatnie wyliczenia akurat wątpię, bo wątpię, że ci, którzy kupują dostęp do nielegalnych treści wykupiliby dostęp do treści legalnych. Te są bowiem zazwyczaj znacznie droższe od tych nielegalnych.

I w tym miejscu absurd pirackiej ekonomii się domyka - odbiorca internetowy cierpi nie tylko na brak dostępu do nowości filmowo-serialowych, ale także na wysokie ceny treści legalnych. Nawet jeśli oczekiwany mesjasz filmowej rozrywki Netflix zadebiutuje w Polsce, to zapewne w cenie znacznie przekraczającej 14-złotowy budżet przeciętnego polskiego pirata. Dalej więc będzie piracił.

To wszystko ma szansę rozbić Unia Europejska. Serio.

Na początku maja 2015 r. ogłoszono nową strategię utworzenia w Unii Europejskiej jednolitego rynku cyfrowego. Chodzi o pozbycie się potężnych konglomeratów prawnych regulujących dziś lokalne rynki we wszystkich 28 państwach członkowskich Unii.

Żebyśmy mieli jasność - prawo autorskie, prawo dot. bezpieczeństwa danych oraz transgranicznego handlu ma być jedno w Unii Europejskiej. Jeśli tak będzie, to większość problemów wynikających z piractwa treści filmowych powinno zniknąć.

Powinno być też znacznie taniej, niż dziś. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech spojrzy na to, co stało się z cenami roamingu - najpierw połączeń głosowych, a teraz transmisji danych internetowych po tym, jak w 2013 r. ogłoszono w Unii strategię Jednolitego Rynku Telekomunikacyjnego. Wprawdzie nie udało się jeszcze pozbyć roamingu w całości, ale chyba nikt nie może narzekać na kierunek zmian.

To samo powinno się dziać na rynku dostępu do treści filmowych w internecie, trochę na wzór tego, co dzieje się dziś na rynku muzycznym - po co piracić muzykę, skoro legalne serwisy streamingowe są za darmo lub za niewielką opłatę abonamentową.

To już się dzieje. W ostatnim tygodniu miałem przyjemność gościć w Parlamencie Europejskim na zaproszenie europosłanki Róży Thun, by przyjrzeć się pracom nt. wdrożenia Jednolitego Rynku Cyfrowego. Wprawdzie pierwszych konkretnych decyzji nie należy się spodziewać wcześniej niż w 2016 r., ale jedno jest pewne - tych zmian nie da się już zatrzymać.

Na pierwszy ogień idą inicjatywny mające na celu zakończenie nieuzasadnionego blokowania geograficznego, wprowadzenia nowego prawa autorskiego w całej Unii oraz ograniczenia obciążeń administracyjnych przedsiębiorstw ze względu na lokalne reżimy podatkowe.

Jest więc duża szansa, że wkrótce usługi dostępne dla Niemców, czy Francuzów będą musiały być dostępne także dla Polaków, na dodatek taniej niż dotychczas.

Resztę zrobi naturalna konkurencja na rynku.

* Zdjęcie: Shutterstock

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst