“Miodowe lata” powiedzą ci więcej o aspiracjach, marzeniach i pragnieniach Polaka niż wpisy wszystkich Maćków Kaweckich tego świata i raporty przepłacanych firm konsultingowych. To pierwsza prawda. Drugą jest, że jesteśmy mieszkańcami kamienicy na Wolskiej 33, tylko jeszcze nie wszyscy o tym wiemy.
Odpalcie sobie popularny sitcom z Krawczykiem i Norkiem, a zobaczycie, że moja ciągła skłonność do porównywania aktualnych zdarzeń z komediowym serialem lat 90., nie jest na wyrost.
Mój podziw dla twórców serialu, którzy dziwny sposób przeczuwali przyszłość nie jest przypadkiem. Jeżeli ich profetyczne zdolności były tylko wypadkiem przy pracy, tym lepiej. Jest w tym w końcu coś tajemniczego, magicznego, niepokojącego i zarazem imponującego.
"TV or not TV"
W odcinku "TV or not TV" Alina Krawczyk, żona tramwajarza Karola, dowiaduje się od swojej sąsiadki i najbliższej przyjaciółki, że Norkowie kupują nowy telewizor. Mieszkająca piętro wyżej Danuta Norek mówiąc o zakupowych planach nie może ukryć ekscytacji, choć ze względu na przyjaźń z Aliną hamuje entuzjazm.
To naprawdę pokaźny telewizor – i to jeszcze stereo! – wyprodukowany przez markę tak rozpoznawalną, że aż trudno przypomnieć sobie jej nazwę, więc entuzjazm nasuwa się sam. Krawczykowie również mają duży odbiornik, lecz jego rozmiar wynika raczej z masywnej obudowy i podzespołów ukrytych za ekranem niż z samej przekątnej. Radziecki egzemplarz co prawda jest kolorowy, ale z powodu usterki potrafi wyświetlać tylko jedną barwę naraz. Prowadzący program "Idź na całość" jest na nim ledwo dostrzegalny – przypomina cienką kreskę na ekranie.
Alina, co nie zaskakuje, chce wymiany. Telewizora, nie męża. Karol natychmiast odmawia i ma ku temu ważny powód: tramwajarz czeka aż "płaskokineskopowe, trójwymiarowe telewizory kwadrofoniczne z cyfrowym odtwarzaczem dźwięku" będą tańsze. Zwykły odbiornik już przecież mają, a przesiadka na niewiele lepszy model nie ma w tej sytuacji wiele sensu.
Wydaje się, że to po prostu wymówka dusigrosza, ale może w tym momencie przemówił Karol-technooptymista, reprezentant wszystkich tych, którzy wierzyli, wierzą i mimo wszystko dalej będą wierzyć, że prawdziwy postęp odmieniający życie wszystkich jest już blisko. Została ostatnia prosta, widać nawet metę. Teraz trzeba się tylko uzbroić w cierpliwość, wytrzymać jeszcze chwilę, zacisnąć zęby i pasa, a lada moment świat będzie wyglądał zupełnie inaczej. Niesamowite możliwości będą do dyspozycji każdego. To nieuniknione, więc nie ma co się rozdrabniać, a przede wszystkim zaś nie wolno zbaczać z obranego kierunku.
Czy Karol miał na myśli telewizor, czy może sięgał znacznie dalej, śniąc o lepszym świecie i dobrobycie zapewnionym przez nieuchronny technologiczny postęp? Sam już nie wiem, czy kiedy wyjaśniał żonie, że moment zakupu jeszcze nie nadszedł, zwracał się z tłumaczeniami bezpośrednio do niej, czy może raczej uciszał technologicznych sceptyków, współczesnych mu i przyszłych, którzy chcieliby szukać innych alternatyw. Mówili – i mówią – że technologia nie jest przecież odpowiedzią na wszystkie pytania. A już tym bardziej nie jest lekarstwem na to, co trapi nas teraz i będzie dolegać w przyszłości. To trzeba na spokojnie: poczekać, przemyśleć, zobaczyć.
Opętany technoooptymizmem Karol był przekonany, że odwrotu nie będzie. Owszem, po drodze mogą wydarzyć się różne nieprzyjemności – a nawet na pewno się wydarzą, czego symbolem jest niezadowolona żona – ale to poświęcenie, na które technooptymiści są gotowi.
Technologia nie jest przecież odpowiedzią na wszystkie pytania. A już tym bardziej nie jest lekarstwem na to, co trapi nas teraz i będzie dolegać w przyszłości. Ilustracja: ChatGPT
Naiwny jak Karol
Tym krótkim występem Krawczyka cały ślepy technooptymizm został obnażony. Już w latach 90. pokazano główne zagrożenie, jakim jest kryjący się za nim absurd i błąd. Jak można śnić o przełomie, próbować go sobie wyobrazić, skoro rzeczywistość jest tak daleka od obiecanej nam utopii, ba, jest rozczarowująca na tak wielu poziomach. Nie sposób ekscytować się samą wizją, wyobrażać sobie, jak będzie lepiej, gdy patrzy się na odbiornik, na którym teleturniej wygląda jak western. Kiedy podstawowe potrzeby nie są zapewnione dziś, zapowiedź lepszego jutra nie przekonuje.
Może Karol nie jest tak buńczuczny i bezkompromisowy jak choćby Sam Altman, który twierdzi, że „wytrenowanie człowieka również pochłania ogromne ilości energii”, a więc nie ma sensu przesadnie przejmować się kosztami szkolenia modeli AI. A jednak i w Karolu było coś z tej postawy: jak można było nie dostrzec potrzeb żony, nie uwzględnić jej perspektywy?
Jego występ stał się więc ważną przestrogą. Jeśli pomija się bieżące problemy i koncentruje wyłącznie na wierze w nieuchronny postęp, prędzej czy później traci się z oczu człowieka – jego realne trudności i codzienne bolączki. Na takim gruncie łatwo wyrastają nowi bogowie, przekonani o własnej wyjątkowości i o tym, że mają niemal boskie prawo do zmieniania świata. Cóż bowiem znaczą dla nich ludzie i ich rzekomo krótkowzroczne myślenie?
Nic dziwnego, że Alina jeszcze próbuje ściągnąć męża na ziemię, wtedy był na to czas. Kobieta wie, że liczy się tu i teraz. Nie wierzy w gadkę o lepszej przyszłości, widząc zacofaną teraźniejszość. Już wtedy była jak my teraz, słuchający opowieści o AI sprawiającym, że będziemy bardziej wydajni (nie jesteśmy) i będziemy mieć więcej czasu. Przepracowani i zmęczeni ludzie, widzący, że technologia wcale nie uczyniła ich życia lżejszym, mają prawo w to wszystko wątpić.
Żona mówi mu wprost: Karol jest skąpy. Sąsiad i przyjaciel Tadeusz Norek czerpie z życia garściami i bierze, co jest do wzięcia. A przecież w kanałach zarabia tyle samo.
I na to Karol ma odpowiedź. Norkowie może i mają te wszystkie gadżety: lodówki, pralki, zmywarki, wieżę HiFi. Ale mają też kłopoty, bo urządzenia działają na prąd i chłoną energię, za którą trzeba będzie zapłacić.
Znowu nie wiem, do kogo się zwraca. Czy mówiąc o wysokich rachunkach ma na myśli opłaty z elektrowni, czy może raz jeszcze patrzy szerzej i nawiązuje tym razem do długu zaciągniętego wobec planety. Nagle Karol zamienia się w żarliwego ekologa, co zresztą jest u niego normalne, ciągle ściąga maski i zakłada nowe.
Ekologiczny świr z Woli
Niektórzy mogliby pomyśleć, że to wręcz eko-terrorysta. Nie mówi tego wprost, ale można się domyślać, że myśli tak: każda chwila przyjemności i luksusu, ucieleśniona w kolejnych gadżetach, kosztuje Ziemię bardzo wiele. A ilu takich Norków chodzi po świecie, kupując jeden sprzęt po drugim? Poprzedni nie zdążył się jeszcze zużyć, nawet nie dano mu szansy, by w pełni się nim nacieszyć, a już ląduje na śmietniku. W jego miejsce pojawia się nowy – lepszy, nowocześniejszy. Nie łudźmy się jednak: ta zabójcza dla planety sztafeta trwa i będzie trwać.
“Po raz kolejny dajemy się ograniczyć do sporów na temat użycia maszyn, zamiast zastanowić się nad tym, co owe maszyny nam dają, a co zabierają” – pisał w książce “Wyznania otrzeźwiałego ekologa” Paul Kingsnorth. Zawsze będziemy chcieli więcej i więcej; nigdy nie będzie wystarczająco, nigdy nie będzie w sam raz. Co z tego, że kopalnie zastąpimy wiatrakami czy panelami fotowoltaicznymi albo wybudujemy elektrownie atomowe, jeśli zapotrzebowanie na energię wciąż będzie rosło? Problem tkwi w nas, a nie wyłącznie w tym, że dane źródło prądu jest nieekologiczne.
Przy naszym niepohamowanym apetycie prędzej czy później zabraknie przestrzeni na wiatraki, panele i elektrownie. Telewizory i smartfony trafiają do kolejnych domów będą potrzebowały energii – a co dopiero systemy AI. Można naiwnie twierdzić, że to problem wyłącznie dzisiejszy, a jego rozwiązanie poznamy jutro.
Na pewno jakieś się znajdzie, bo przecież na tym polega postęp: z dnia na dzień żyje nam się coraz lepiej. A jeśli nie?
Technooptymiści wciąż nie dopuszczają do siebie myśli, że droga może się kiedyś skończyć, że za kolejnym zakrętem nie będzie już gotowych rozwiązań ani odpowiedzi. Zamiast nich może pojawić się wielka ściana, o którą się roztrzaskamy. Sam Altman niby przyznaje, że rosnące zapotrzebowanie AI na energię jest problemem. Tyle że – problemem na dziś. Jutro ma nadejść alternatywa: jeszcze więcej OZE i rozwinięta energetyka jądrowa. Oni, nowi bogowie, mają więc robić swoje, a od ludzi oczekują tylko jednego – by się nie wtrącali i nie przeszkadzali. To ma wystarczyć. Podziękujemy im później.
Którym Karolem dziś jesteś? A może wciąż Tadziem Norkiem?
Alina znów protestuje. Dla niej telewizor jest jedyną formą rozrywki. Nie pracuje zawodowo, więc większość czasu spędza w domu. I nie jest to czas wolny: pranie, gotowanie, sprzątanie. Karol prowadzi warszawski tramwaj, ale jego życie nie kończy się na pracy, która zarazem jest jego pasją. Gra w piłkę z kolegami, chodzi na bilard, wyskakuje na pizzę i piwo. Ma swój – jak mówi żona – durnowaty Klub Sierżanta. Może więc wzgardzić telewizją jako formą rozrywki, bo ma pod dostatkiem innych atrakcji. Nie rozumie jednak, że w pustym mieszkaniu robi się odrobinę milej, gdy coś cicho brzęczy w tle.
Okrutne jest to patriarchalne podejście Karola. Sposób myślenia wbrew pozorom wcale się nie zmienił. Wiele osób nadal odmawia tej prostej przyjemności innym. Kiedy łódzka "Wyborcza" opublikowała reportaż o rodzinie żyjącej w trudnych warunkach na poddaszu kamienicy, uwagę komentujących wzbudziło zdjęcie, na którym widać było w miarę duży, płaski telewizor. Czyli na ekran wystarczyło pieniędzy? – pytali drwiąco, jakby kiedykolwiek można było stanąć przed dylematem: telewizor czy nowe mieszkanie.
Dość powiedzieć, że te same pretensje pojawiają się, gdy publikowane są zdjecia i filmiki z migrantami próbującymi się dostać do Europy. “Ha, niby migranci, a patrz jakie mają telefony” – piszą z pozycji fotela i pełnego kałduna. Bo wiadomo, jedyni prawdziwi podróżnicy współczesności w pieszą podróż przez stepy i pustynie idą z mapą i kompasem, po co im telefon, jeszcze internetową tłuszczę będą irytować.
"Miodowe lata" to przestroga i wielkie ostrzeżenie przed uzależniającymi, dzielącymi technologiami?
Żyj tu i teraz
Nawet najprostsza i najpowszechniejsza technologia – kupno używanego telewizora czy telefonu naprawdę nie jest wielkim kosztem, a niektórzy oddają niepotrzebne im ekrany za darmo – dalej jest symbolem statusu i przywileju. Przyjemności zarezerwowane są dla tych lepszych, którzy je sobie wywalczyli, albo po prostu spadły im z nieba, bo urodzili się w odpowiednim momencie, miejscu i czasie. Im się należy, bo tak, ale reszcie niekoniecznie.
Tym Karolem Krawczykiem nie powinniśmy być. A pewnie bywamy.
"Ludzie ubodzy nie są w grupie, która bezpośrednio skorzysta na rozwoju technologii" – zauważa z kolei nowozelandzki filozof Nicholas Agar w niedawno wydanej w Polsce przez Państwowy Instytut Wydawniczy książce "Sceptyczny optymista, czyli dlaczego technologia nie jest odpowiedzią na wszystko".
Wydawać by się mogło, że lektura jest trochę spóźniona – oryginał wyszedł w 2015, a my dostajemy go po 11 latach, w rzeczywistości, która dawno powinna zweryfikować technologicznych optymistów. Wystarczy posłuchać entuzjastów AI, by uznać, że nie ma mowy o przesadnym spóźnieniu. Co więcej, w samej Polsce optymistów nie brakuje.
Co czwarta badana osoba ma chęć na kolonizację innych planet. 61 proc. ankietowanych uważa, że postęp sprawia, że świat staje się lepszy, a prawie 2/3 badanych ma nadzieję, że w ciągu najbliższych pięciu lat powstanie spersonalizowania medycyna oraz urządzenia monitorujące stan zdrowia, które znacząco poprawą jakość ich życia.
Skapywanie technologiczne
"Sceptyczny optymista" nadal może być chlustem wody na otrzeźwienie. Postęp technologiczny, przekonuje autor, przyznaje największe nagrody zamożnym. Wiarę, że jest inaczej, Agar porównuje do innej teorii, której daleko do rzeczywistości – teorii skapywania. Skapywanie technologiczne podobnie nie działa, bo jeśli już coś na dół dotrze, to będą to resztki z pańskiego stołu. Czasami może nawet i smakowite, lepsze od tego, czym karmimy się na co dzień, ale nie mogą zagłuszyć poczucia, że przy tym stole powinniśmy siedzieć również i my.
I łatwo to było zobaczyć, oglądając "TV or not TV", odcinek z roku 1999, a potem kolejne epizody "Miodowych lat". Serial już wtedy mówił, żeby się nie łudzić i nie myśleć sobie, że lepszy telewizor, telefon, nowa pralka, lodówka czy nawet samochód sprawią, że właśnie to cię wywinduje i że życie będzie wyglądało zupełnie inaczej. O nie, tak nie będzie – ostrzegały losy bohaterów. Może przez chwilę poczujesz się lepiej, ale tylko przez chwilę.
Teoretycznie mieszkania Norków i Krawczyków dzieli wszystko. Norkowie, żyjący piętro wyżej, kupują wszelkie elektroniczne nowinki. Z ujęć z innych odcinków, kiedy akcja przenosi się wyjątkowo i na chwilę do sąsiadów, dowiadujemy, że ich meble są nieco ładniejsze, nowocześniejsze, ewidentnie modne. Krawczykowie trochę przypadkowo i z konieczności stawiali na modę retro i vintage. Byli do bólu praktyczni. Nieświadomie realizowali filozofię zero-waste. Raczej się z niej nie cieszyli. Woleli pewnie żyć inaczej.
Mimo tych rzucających się w oczy różnic życie Krawczyków i Norków jest bardzo podobne. Mężczyźni zarabiają tyle samo, a ich rodziny należą do niższej klasy średniej. Bycie na bieżąco z nowinkami technologicznymi, ostentacyjny konsumpcjonizm możliwy dzięki kupowaniu wszystkiego na raty – Tadeusz Norek zapewne pokochałby płatności odroczone, choć niewykluczone, że dziś znalazłby się w gronie 1,8 mln osób mających problemy z terminowym regulowaniem rachunków za media, czynsz czy telefon – nie zmienia życia na lepsze. Może czyni je bardziej znośnym i wygodniejszym, ale to wcale nie oznacza, że Norkowie są szczęśliwsi od Krawczyków, że przed Tadkiem i Danką otwierają się drzwi, które przed Aliną i Karolem ktoś z hukiem zatrzaskuje. Spędzają czas w podobny sposób, jeżdżą na takie same wakacje, mają zbliżone rozrywki i obawy. Ich światem jest klub bilardowy i piłkarska liga szóstek, a nie pole golfowe.
Tak samo drżą przed ewentualną utratą pracy – jeden kaprys szefa i wszystko przepadnie. Lepszy świat istnieje gdzieś indziej, problem w tym, że trudno się do niego dostać. Wszelkie próby "wzięcia byka za rogi" kończą się fiaskiem. Karol w serialu marzy o tym, by zostać menedżerem czy kierownikiem, a przynajmniej maszynistą w metrze, lecz najwyraźniej nie jest mu to pisane. Niekoniecznie dlatego, że się nie nadaje albo że czegoś mu brakuje – droga w górę w pewnym momencie po prostu się urywa, na długo przed tym, zanim dostrzeże się choćby zarys szczytu. I żadna technologia nie jest w stanie tego zmienić.
Zbrojenie jako forma grabieży
To nie abstrakcyjnie pojmowany postęp odmieniłby życie Krawczyka, lecz na przykład inwestycje miasta w komunikację miejską. Nie musiałby wówczas obawiać się likwidacji linii, mógłby otrzymać wygodniejsze trasy. Owszem, wprowadzenie elektrycznych i klimatyzowanych pojazdów robi różnicę i bez wątpienia jest zasługą nowych technologii, ale nie chodzi wyłącznie o sam rozwój – równie istotne są decyzje, które za nim stoją. W książce “Sceptyczny optymista” Nicholas Agar przywołuje słowa prezydenta USA Dwight D. Eisenhower, który twierdził, że każdy wyprodukowany karabin oznacza “okradanie głodnych, którzy nie zostaną nakarmieni, i nagich, którzy nie zostaną przyodziani”. Oczywiście bywają momenty, gdy produkcja karabinów staje się koniecznością – dziś doskonale to rozumiemy. Bywają jednak i takie chwile, gdy lepiej skupić się na innych potrzebach.
Agar dostrzega w tym główną pułapkę skrajnego optymizmu: pieniądze przeznaczone na rozwój technologii nie zostaną wykorzystane na inne cele. Szefowie wielkich firm sugerują, że powinniśmy zagrać va banque i postawić wszystko na AI. Ryzyko – przekonują – się opłaci.
Jak pisze Agar, ważniejsze od przyspieszania postępu jest przeciwdziałanie niesprawiedliwości. Dlatego rozwój technologiczny nie powinien mieć bezwzględnego pierwszeństwa.
“Uznanie znaczenia drugiej strony jest cechą wszystkich związków międzyludzkich (…) Kierując środki z budżetu państwa na pensje pielęgniarek, które mają pomagać ubogim ludziom starszym, kraj uznaje potrzeby tych seniorów za ważne – i to na tyle, by wydać na nie znaczne sumy. Sam w sobie akt przekazania seniorom robotów pielęgniarskich za 1000 dolarów nie uznaje ich potrzeb za ważne, ponieważ wymaga znacznie mniejszego poświęcenia. Potrzeba czegoś więcej niż samych robotów” – pisze autor Sceptycznego optymisty.
Gówniane nowinki
Błąd skrajnego optymizmu, zdaniem Agara, polega na przekonaniu jego zwolenników, że “wynikające z postępu korzyści hedoniczne jednostki będą trwać w nieskończoność”.
Tymczasem postęp technologiczny wcale nie przyspiesza tempa wzrostu subiektywnego dobrostanu. Każda nowinka sprawia, że cieszymy się z niej coraz krócej. Agar porównuje to do prezentów urodzinowych: gdybyśmy jednego dnia otrzymali z góry upominki przewidziane na pięć najbliższych lat, przy każdym kolejnym otwieranym pakunku ekscytacja byłaby coraz mniejsza. Lepiej dostawać mniej, ale w odstępach czasu.
Serial "Miodowe lata" pokazuje z kolei, że trafienie w punkt wcale nie jest łatwe. Można być Norkiem, goniącym za nowym sprzętem, albo Krawczykiem, który został ze starym, popsutym radzieckim telewizorem. Kto miał rację? A może nikt – bo najważniejsza gra toczy się na zupełnie innym boisku.
Książka Agara trafiła do Polski z dużym opóźnieniem, lecz nie dlatego, że technologiczny optymizm stał się dziś jedynie wspomnieniem naiwnych entuzjastów. Problem pozostaje jak najbardziej aktualny. Zestarzała się raczej reakcja na entuzjazm technooptymistów.
Postęp technologiczny wcale nie przyspiesza tempa wzrostu subiektywnego dobrostanu. Ilustracja: ChatGPT.
Czas na eksperyment
Agar przekonuje, że odpowiedzią powinno być eksperymentowanie z postępem. Nie jesteśmy przecież – jak pisze – naukowcami z Manhattan Project "pracującymi w trybie awaryjnym nad wynalezieniem bomby atomowej", którzy musieli za wszelką cenę wyprzedzić Hitlera.
Problem w tym, że w pewnym sensie trochę nimi jesteśmy. Nie chodzi oczywiście o proste zestawianie współczesnych czarnych charakterów z historycznym złem, lecz o świadomość, że zagrożenia są poważne, a czasu – wbrew pozorom – wcale nie ma tak wiele.
Jako przykład Agar podaje energetykę jądrową. Część państw miałaby postawić na atom, inne na alternatywne źródła energii. "Eksperyment z postępem będzie trwał, aż stosunek społeczeństw akceptujących energię jądrową do tych, które ją odrzucają, będzie wskazywać na znaczny poziom globalnego zaufania do atomu" – przekonuje.
“Jeśli jakaś społeczność zacznie korzystać z danej technologii, a inne nie, będziemy mieć grupę kontrolną potrzebną do przeprowadzenia eksperymentu naukowego. Ważne, by oprzeć się pokusie natychmiastowej globalizacji danej technologii, zanim zbierzemy wyniki eksperymentu z postępem. Powinniśmy świadomie postrzegać się jako zaangażowanych nie tylko w jeden wielki eksperyment z postępem technologicznym jako całością, lecz także w serię eksperymentów na mniejszą skalę, które pokażą, jak najlepiej ukierunkować postęp technologiczny na poprawę jakości życia” – czytamy w "Sceptycznym optymiście".
To jednak bardzo ryzykowna gra, bo może się okazać, że ktoś wcześniej powie „sprawdzam” i nagle zakończyć eksperyment w nieodpowiednim dla nas momencie. Dziś Niemcy przyznają, że odejście od atomu było poważnym błędem.
Szantażyści z Doliny Krzemowej
Rada, by spowolnić, nawet dziś wydaje się rozsądna. Aktualnym problemem jest bowiem swoisty szantaż: albo wskakujesz do pociągu jadącego w stronę stacji "postęp" i "lepsze życie", albo zostajesz na peronie dworca, który wkrótce zostanie zamknięty i odcięty od świata – wraz z tobą i resztą przegranych.
Eksperymenty, o których pisał Agar, już trwają. Świat przygląda się temu, co przyniesie zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez młodzież w Australii. Tylko na jakie rezultaty właściwie czekamy? Co miałoby dowieść, że zakaz okazał się skuteczny, a co świadczyłoby o jego fiasku? Czy o wyniku zadecyduje poziom zadowolenia przyszłych trzydziestolatków, a może siedemdziesięciolatków? Kiedy będzie można uznać, że ich dzieciństwo bez mediów społecznościowych było lepsze? I czy naprawdę chcemy czekać, ryzykując zdrowie polskich dzieci? Czy nie dysponujemy już wystarczającymi danymi o zagrożeniach płynących z mediów społecznościowych?
Fakt, że Polska czy część Europy mogłyby oprzeć się "pokusie natychmiastowej globalizacji" AI, nie zmienia tego, że gdzie indziej koszty jej rozwoju mogą być poważne – i nieodwracalne. Można wyobrazić sobie sytuację, w której big techy obrażają się na Polskę i ograniczają dostęp do swoich usług. Być może jako społeczeństwo w pewnym sensie byśmy na tym skorzystali, ale co z tego, skoro reszta świata nadal podlegałaby tej logice. Agar wspomina o konieczności współpracy, lecz wydaje się, że nie docenił, czym mogą stać się big techy — bytami większymi i silniejszymi od państw. Dlatego tak istotne jest odzyskanie kontroli i zadawanie pytań nie tylko o tempo postępu, lecz także o intencje tych, którzy go wprowadzają.
Czy socjaliści mogą być szczęśliwi?
W eseju "Czy socjaliści mogą być szczęśliwi?" ze zbioru "Lew i czarodziej" George Orwell twierdzi, że "prawdziwym celem socjalizmu nie jest szczęście".
"Dotychczas było ono swego rodzaju produktem ubocznym naszych działań i być może pozostanie nim na zawsze. Prawdziwym celem socjalizmu jest ludzkie braterstwo. (…) Socjalistyczni bojownicy poświęcają życie na desperackie zmagania polityczne, giną w wojnach domowych i dają się torturować w tajnych więzieniach gestapo nie po to, by wprowadzić centralnie ogrzewany, elektrycznie oświetlony raj, lecz by tak urządzić ten świat, aby zamiast żądzy mordu i szalbierstwa zapanowała na nim wzajemna miłość. Tak wyobrażają sobie pierwszy krok na drodze do zmiany".
A teraz odejmijmy konieczność udziału w wojnach domowych oraz torturach i pod socjalizm wstawmy technologię. Czy nie to powinno być jej celem – ludzkie braterstwo? Kiedy uznamy, że rolą technologii jest uczynienie nas szczęśliwszymi, poprawienie naszego dobrostanu, wpadniemy w liczne pułapki, o których pisze choćby Agar. Łatwiej uznać wtedy, że trzeba przeć za wszelką cenę, bo postęp jutra wart jest poświęceń. Big techy potrzebują ziemi, którą dziś uprawiają rolnicy? Oddajmy ją, bo na pewno prędzej czy później znajdą sposób, jak żywić nas lepiej, ekonomiczniej, wydajniej i skuteczniej.
Gdy jednak uznamy, że celem nadrzędnym jest orwellowskie braterstwo, wtedy łatwiej będzie dostrzec wady i powiedzieć stop, widząc, że na pewno nie zmierzamy w tym kierunku.
Można chcieć wierzyć, że za sprawą sztucznej inteligencji będziemy pracować mniej, będziemy mniej samotni, bo będzie z kim gadać, będziemy zdrowsi, bo algorytmy wychwycą jakąś chorobę. Wtedy można zapalić zielone światło entuzjastom sztucznej inteligencji jak Sam Altman czy szef Nvidii, według którego narracja katastroficzna wokół sztucznej inteligencji "wyrządziła ogromne szkody" i jest "niepomocna dla społeczeństwa, przemysłu i rządów". Jego zdaniem jeśli 90 proc. przekazu publicznego skupia się na "końcu świata i pesymizmie", to pojawia się strach przed inwestowaniem w technologie, które mogłyby uczynić AI bezpieczniejszą, dokładniejszą i bardziej użyteczną.
Kiedy jednak celem będzie braterstwo, to te wszystkie bajeczki brzmią już zupełnie inaczej – dokładniej widzimy potencjalne zagrożenie, nie tylko przyszłe korzyści.
Bądźmy razem
Jak kończy się odcinek "TV or not TV"? Norek ostatecznie nie może kupić nowego telewizora, bo nie może uzyskać rat. Karol postanawia mu pomóc, bo od 15 lat nie brał niczego na raty. Przyjaciele uzgadniają, że weźmie zakup na siebie, ale będą spłacać go po połowie, zaś telewizor stanie w mieszkaniu Krawczyków. Rodzi to wiele konfliktów, bo nie mogą dogadać się, co chcą oglądać. Norek chciałby swoją ulubioną bajkę, a Krawczyk nie zamiaru spełniać obietnicy i pozwalać oglądać przyjacielowi wszystkiego, co zechce. O kompromis trudno: motorniczy proponuje "Tramwaj zwany pożądaniem", kanalarz woli film "Kanał". Nie wie, że to opowieść o przebijających się powstańcach, bardziej fascynuje go droga kanałami ze śródmieścia.
Jeden próbuje wykiwać drugiego, telewizor kusi nawet nocą. Jeszcze jedno ostrzeżenie: trzeba uważać na te ekrany, bo łatwo się przez nie pokłócić. W końcu Alina nie wytrzymuje i krzyczy na nieodpowiedzialnych mężczyzn. Oto interwencja, której nam dzisiaj brakuje, czyli nawołanie do umiaru i rozsądku.
Ostatecznie przyjaciół godzi bajka puszczana w nocy dla amerykańskiej Polonii. Kiedy mężczyźni zasypiają przed ekranem, sytuację wykorzystuje Alina, która przełącza na telenowelę. Mówiłem, że "Miodowe lata" to przestroga i wielkie ostrzeżenie przed uzależniającymi, dzielącymi technologiami?
Ale jednak wszyscy mimo wszystko się dogadują. Czyli braterstwo wygrało. Braterstwo i zgoda to największy wróg cwaniaków z Doliny Krzemowej. Niech wiec wszystkie niepodległe tramwaje tego świata wyświetlą napis: bądźmy razem.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-03-06T17:39:15+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T17:15:21+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T16:19:02+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T15:39:25+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T14:39:51+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T13:43:11+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T12:37:47+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T12:00:12+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T11:51:20+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T11:39:39+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T10:59:19+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T10:35:40+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T09:45:59+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T08:56:24+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T08:30:30+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T07:42:35+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T07:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T06:28:52+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T06:27:41+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T06:23:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T06:12:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-06T06:01:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T20:37:41+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T19:32:56+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T18:35:15+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T18:21:31+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T17:39:43+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T17:20:09+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T16:42:11+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T16:32:08+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T16:21:57+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T15:35:09+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T15:25:59+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T15:11:04+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T14:56:05+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T14:06:47+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T13:46:54+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T12:59:47+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T12:20:57+01:00
Aktualizacja: 2026-03-05T12:12:00+01:00