Big tech znalazł nową kopalnię złota. Nazywa się amerykańska wieś
Big tech inwestuje dziś nie tylko w megawaty i terabajty, lecz także w hektary. Amerykańskie gospodarstwa rolne stają się celem wykupów pod ogromne centra danych.

Rozmawiając o kosztach rozwoju sztucznej inteligencji i potrzebnych jej centrów danych stale przewijają się woda, energia elektryczna, czy koszt zakupu podzespołów niezbędnych do działania infrastruktury. Ale znacznie mniej mówi się o tym, w jaki sposób wielkie koncerny pozyskują ziemię pod budowę centrów danych. Tymczasem w wielu częściach Stanów Zjednoczonych to właśnie ten etap staje się źródłem narastającego konfliktu - między rolnikami, dla których ziemia jest dziedzictwem i tożsamością, a big techem, który widzi w niej przede wszystkim zasób pod kolejną inwestycję.
Big tech przyspiesza ekspansję infrastruktury AI, kierując się na prowincję
Dla globalnych firm technologicznych amerykańska prowincja jawi się jako teren idealny. Słabe regulacje planistyczne, relatywnie tania energia, dostęp do wody oraz ogromne połacie ziemi sprawiają, że wiejskie hrabstwa coraz częściej trafiają na mapę strategicznych lokalizacji pod hiperskalowe centra danych. Skala zjawiska rośnie w błyskawicznym tempie. Według prognoz przytaczanych przez Guardiana w ciągu pięciu lat na świecie potrzebnych będzie ponad 16 tys. hektarów tzw. "uzbrojonej ziemi" - terenów przygotowanych pod budowę infrastruktury centrów danych. To dwa razy więcej niż obecnie.
Jednym z hrabstw, które stanowi obiekt zainteresowania big techów jest Mason w stanie Kentucky. Tam do drzwi rolników pukali pośrednicy oferujący dziesiątki milionów dolarów za gospodarstwa należące do tych samych rodzin od pokoleń. Szczegóły inwestycji owiane były tajemnicą, a warunkiem uzyskania jakichkolwiek informacji było podpisanie umowy o zachowaniu poufności (NDA).
Jedną z osób, które usłyszały taką propozycję, była 82-letnia Ida Huddleston, do której drzwi zapukał pośrednik reprezentujący "firmę z listy Fortune 100". Jak mówiła w rozmowie z brytyjskim dziennikiem, za jej gospodarstwo rolne o powierzchni 263 hektarów zaproponowano ponad 33 mln dolarów - około 118 mln zł. Odpowiedź była krótka: "Nie macie dość pieniędzy, żeby mnie wykupić. Nie jestem na sprzedaż".
Podobnie zareagowali sąsiedzi. Część z nich usłyszała nawet, że mogą "podać własną cenę". Odmówili. Dopiero analiza publicznych dokumentów ujawniła, że lokalna elektrownia otrzymała wniosek o przyłączenie nowego odbiorcy o mocy 2,2 GW - niemal dwukrotnie większej niż jej roczna produkcja. Tajemniczym klientem okazała się firma budująca centrum danych.
Takie historie powtarzają się w całych Stanach Zjednoczonych. W Pensylwanii rolnik odrzucił ofertę 15 mln dolarów za ziemię, na której pracował przez pół wieku. W Wisconsin padła propozycja 80 mln dolarów, którą rolnik twardo odrzucił.
W Polsce flipują mieszkania staruszków, w USA ich ziemię
Boom na centra danych stworzył nową klasę „złotodajnych” nieruchomości. W północnej Wirginii inwestor zapłacił 615 mln dolarów za mniej niż 40 hektarów ziemi, kupionej cztery lata wcześniej za 57 mln. Kilka dni później Amazon wydał 700 mln dolarów na pobliskie grunty rolne. W Georgii deweloper sprzedał ziemię tej samej firmie za 270 mln dolarów po tym, jak rok wcześniej zapłacił za nią zaledwie 4 mln. Dla pośredników potencjalne zwroty sięgają ponad tysiąca procent.
Dla rolników te liczby robią wrażenie, ale nie zawsze wystarczają. Wielu z nich podkreśla, że nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Ziemia to styl życia, więź z przeszłymi pokoleniami i poczucie sensu. "Wszyscy w mojej rodzinie całe życie uprawiali zboże, hodowali bydło, sadzili tytoń. Dla nas te pieniądze nie są warte utraty tego życia" - mówi jeden z mieszkańców hrabstwa Mason. Na to życie składają się nie tylko sielskie obrazki z wypasu bydła i zbiorów plonów, ale także fakt, że gigantyczne konstrukcje niosą ze sobą gigantyczne zapotrzebowanie na wodę i energię elektryczną. Tak jest choćby w stanach stanowiących siedzibę licznych centrów danych - Maryland, Virgina, czy New Jersey - gdzie miejscami rachunek za prąd gospodarstw domowych sąsiadujących z centrami danych w ciągu 5 lat wzrósł o 267 proc.
Czytaj też: Zużywają tyle prądu jak nikt inny i mówią, że zapłacą. Łaskawcy
Coraz większe emocje budzi także sposób, w jaki big tech prowadzi rozmowy z osobami, od których chcą wykupić ziemię. Jak informuje NBC News, standardem są wcześniej wspomniane umowy NDA, które oficjalnie pozwalają na ochronę tajemnic handlowych i strategii biznesowych. W praktyce zapisy umów skonstruowane są tak, aby lokalna społeczność nie miała wpływu na kształt i sposób konstrukcji mega infrastruktury budowanej tuż za płotem.
Mieszkańcy nie są jednak jednomyślni w przeciwstawianiu się wykupowi ziemi - ten jest wspierany przez lokalną administrację i samorządy, które w centrach danych widzą sposób na utworzenie nowych miejsc pracy i źródeł dochodów z podatków. Jeden z dokumentów przedstawionych mieszkańcom hrabstwa Mason informuje wprost, że projekt centrum danych zakłada budowę kompleksu o powierzchni około 600-800 hektarów, co da ponad 1000 miejsc pracy dla branży budowlanej. Ale tylko 50 stałych, pełnoetatowych miejsc pracy po zakończeniu budowy.
Sztuczna inteligencja bywa przedstawiana jako zjawisko niematerialne, unoszące się gdzieś w "chmurze". Tymczasem jej fundamentem pozostają bardzo konkretne miejsca, bardzo konkretna ziemia, bardzo konkretni ludzie i niezbyt konkretne traktowanie ich.
Może zainteresować cię także:



















