"Burn Book". Ta książka podpala Dolinę Krzemową. I rozumiemy dlaczego

Elon Musk nazwał ją "złem w czystej postaci". Sheryl Sandberg przyznała, że cały Facebook drżał przed jej opinią. John McLaughlin, legendarny dziennikarz, mówi o niej: "Jeśli większość ludzi wbija nóż w plecy, to ona wbija go prosto w pierś". Poznajcie Karę Swisher i jej książkę, która podpala internet.

"Burn Book". Ta książka podpala Dolinę Krzemową. I rozumiemy dlaczego

"Zamknęli się w bańkach luksusu, odcięci od konsekwencji swoich działań. Jak Tom i Daisy z Wielkiego Gatsby’ego – niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do swoich pieniędzy jak gdyby nigdy nic".

Tak o Dolinie Krzemowej pisze w książce "Burn Book. Technologia i ja: historia miłosna" (wyd. Insignis) Kara Swisher. Odwołanie do klasycznej powieści Francisa Scotta Fitzgeralda nie jest tu przypadkowe. Jeśli spojrzeć na działania technobossów z Doliny Krzemowej, jest nawet gorzej. Bohaterowie powieści “Wielki Gatsby” mieli, obok banalności zła i głupoty, odrobinę szyku i elegancji. Dzisiejsi bogowie nowego, (nie)wspaniałego świata są do cna pozbawieni stylu. To duże dzieci, które nie znoszą sprzeciwu i mylą błyskotliwość z bezczelnością.

Mają jednak władzę, o jakiej mogli marzyć giganci dawnych imperiów. Technofeudalizm, który rozwija się na naszych oczach (wiecznie wpatrzonych w ekrany smartfonów), ma swoje korzenie w latach 90., gdy Kara Swisher jeszcze wierzyła, że technologia może pomóc ludzkości.

Kiedy pod koniec XX wieku internet był Dzikim Zachodem, Swisher, pracując dla "The Washington Post", a później "The Wall Street Journal", stała się jedną z nielicznych w gronie dziennikarskim osób, które rozumiały, że to nie tylko nowe medium – to nowa władza. Zaczęła relacjonować powstawanie imperiów – Google’a, Facebooka, Tesli – z bliska obserwując, jak ich założyciele z idealistów zmieniają się w cyfrowych oligarchów. Steve Jobs, Jeff Bezos, Elon Musk, Mark Zuckerberg – wszyscy przeszli przez jej dziennikarski trybunał. Niektórzy wychodzili z niego z porysowanym ego. Inni – z krwawiącymi ranami.

Jej rozpoznawalny styl – skórzana kurtka, okulary lotnicze i grymas sceptycyzmu mówiący: "nie kupuję tego, ale mów dalej" – uczynił ją ikoną Doliny Krzemowej. Do tego stopnia, że w 2015 roku zagrała samą siebie w kultowym serialu HBO "Silicon Valley".

Warto jednak dodać, że dzisiejsza buntowniczka przez lata była nie tylko elementem systemu, ale też jego współtwórczynią. Nazywana "królową Doliny Krzemowej", była dziennikarką, z którą liczył się każdy prezes. Przez pewien czas była też żoną Megan Smith, jednej z dyrektorek Google’a. I to w czasie, gdy małżeństwa osób tej samej płci nie były legalne w Kalifornii. 

Bliskie kontakty w Dolinie Krzemowej umożliwiły jej nawiązanie relacji z kluczowymi postaciami jeszcze przed ich wielkimi sukcesami – od Steve’a Case’a, Larry’ego Page’a, Sergeya Brina, Billa Gatesa, Steve’a Jobsa, Marka Zuckerberga, Jeffa Bezosa po technokratów Donalda Trumpa: Elona Muska i J.D. Vance’a.

To właśnie w rozmowach z nimi ukształtowało się jej przekonanie, że "każdy technologiczny magnat pozostaje człowiekiem". I to jest w sumie najgorsze, bo często technofeudałowie, zdobywając coraz więcej pieniędzy i władzy, stają się niewolnikami własnego ego. 

Trzeba przyznać, że autorka nie skupia się w książce na systemowych mechanizmach Doliny Krzemowej. Swisher pisze o jednostkach, silnych osobowościach i ich spektakularnych wzlotach i upadkach. Nie ma tutaj ekonomicznej czy socjologicznej refleksji. To, jak wskazuje podtytuł książki: historia miłosna, na końcu której, jak często z afektem bywa, jest rozczarowanie i żal.

Może razić, że w książce niemal nie pojawia się TikTok, brak odniesień do Chin i technologicznego wyścigu. Swisher nie dostrzega albo nie chce dostrzec, że przemiana dawnych hipisów i buntowników z Kalifornii w "dupków z IT" mogła być związana ze zmianami na świecie - tym, że USA utraciły dominującą pozycję, a złote czasy minęły. 

Mimo wszystko czytałem książkę Swisher z wypiekami na twarzy, choć przecież podobnych tytułów ukazało się już wiele (dość wspomnieć klasyczną już "Don't Be Evil: The Case Against Big Tech" Rany Foroohar), ale buntowniczka z powodu, rockmenka z wyboru, potrafi ująć czytelnika żywą pasją do walki.

Duża zasługa w tym tłumacza Michała Strąkowa, który zachował ostrość i precyzję języka Swisher. Lektura "Burn Book" korespondowała z kolejnymi newsami ze świata technologii. Gdy czyta się kolejny wpis Muska o tym, że "ludzkość jest jedynie biologicznym programem ładującym (bootloaderem) dla cyfrowej superinteligencji", chce się krzyknąć wraz z autorką: "Kurwa!". Tylko że tutaj każda "kurwa" ma znaczenie, nie jest ozdobnikiem. Gdy czyta się opowieści o "dupkach z Doliny Krzemowej", przekleństwa same cisną się na usta.

Naprawdę cieszę się, że mam autorkę po swojej stronie.

I żeby nie zostawiać was z poczuciem, że to szaleńcza szarża, lot kamikadze straconego pokolenia, dodam, że sama Swisher nie traci wiary w technologię. Uważa, że można ją naprawić. Ostrzega, że "sztuczna inteligencja to kolejna rewolucja. Jeśli nie wyciągniemy wniosków z błędów Facebooka czy Google’a, skończymy w świecie, w którym algorytmy będą decydować za nas, kim jesteśmy". Dodaje jednak, że bardziej niż kiedykolwiek powinniśmy pielęgnować w sobie to, co ludzkie, technologie traktując nie jako bożka, ale narzędzie. Im lepsze, tym lepiej, ale z poczuciem, że wszystko jest na swoim miejscu. 

"Burn Book. Technologia i ja: historia miłosna" trafiała do polskich księgarń nakładem wydawnictwa Insignis. Książka zatytułowana w oryginale „Burn Book: A Tech Love Story” liczy w polskich wydaniu 440 stron, a za przekład odpowiada Michał Strąkow.

Książka jest dostępna do kupienia pod tym linkiem.