SW+

Wpływowi w internecie 2020. To oni odpowiadają za cyfrowy kształt świata

Wpływowi w internecie 2020. To oni odpowiadają za cyfrowy kształt świata

Szefowie największych cyfrowych gigantów i nastolatek z Torunia. Inżynierka marząca o miastach na Marsie i miasteczko ze wschodniej Polski. Instafeministka i polityczka wykorzystujące media społecznościowe do aktywizmu. 2020 rok niewątpliwie miał cyfrową twarz. I to nie jedną. 

Najłatwiej byłoby wskazać najpotężniejszych: nowego prezydenta USA Joe Bidena i Xi Jinpinga, najpotężniejszego lidera Chin od czasów Mao Zedonga, którzy ustawiają właśnie pionki na światowej szachownicy cyfrowych kontaktów. Wladimira Putina i zastępy jego trolli czy Ursulę von der Leyen – to pod jej przywództwem wraca pomysł na opodatkowanie cyfrowych gigantów. Marka Zuckerberga i Sundara Pichaia, którzy próbują swoje firmy (czyli Facebooka i Google) sprytnie wyciągnąć spod gilotyny antymonopolowych regulacji. Jacka Ma, który właśnie walczy o to, by jednak chińska parta komunistyczna nie ucięła biznesów jego gigantycznej Alibaby.

Wszyscy ci ludzie mają i zapewne będą mieli ogromny wpływ na to, jak wyglądają technologie. Wybraliśmy jednak kilkanaście innych postaci z całego świata. Od Tajwanu po miasteczko pod Lublinem. Od 19-latka po 50-letniego startupowca. Kluczowe w naszym wyborze było nie tylko to, jak wpływowe są to postaci ale także w jaki sposób ich działania odcisnęły piętno na różnych, czasem bardzo przyziemnych aspektach naszego życia i jak pokazały zachodzące wokół nas zmiany.

Oto 12 (a nawet trochę więcej) postaci, które według redakcji SW+ miały największy wpływ na to, w jakim cyfrowym świecie żyjemy i żyć będziemy.

Alexandria Ocasio-Cortez  
Walcząca z Big Techami 

Fot. lev radin / Shutterstock.com

Na YouTubie magazynu „Vanity Fair” pokazuje swoją poranną rutynę. Vogue'owi zdradza, jak robi makijaż. Pojawia się w „RuPaul's Drag Race”. Alexandria Ocasio-Cortez jako przedstawicielka pokolenia millenialsów doskonale czuje internet i media społecznościowe. I jako coraz bardziej słyszalny głos tego pokolenia mówi o zagrożeniach wynikających z monopolu Big Techów.

W Polsce powiedzielibyśmy o niej: kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi. W Stanach: dziewczyna z sąsiedztwa. Alexandria Ocasio-Cortez trafiła do Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych z ramienia Partii Demokratycznej dwa lata temu. Wcześniej pracowała jako barmanka. Urodziła się na Bronksie w portorykańskiej rodzinie. Miejsce w Kongresie zawdzięcza nie lobbystom, a oddolnej kampanii i aktywizacji lokalnej społeczności. Chce walczyć m.in. o bezpłatne uczelnie wyższe, powszechną opiekę medyczną czy skuteczniejszą politykę w kwestii zmian klimatycznych. 

Najmłodsza kongresmenka (rocznik 89.) lubi płomienne mowy. Jej monolog na temat seksizmu w polityce będący odpowiedzią na słowa kongresmena Teda Yoho, który nazwał ją „pieprzoną suką”, stał się hitem internetu. AOC, jak się o niej mówi, jest symbolem nowej amerykańskiej polityki dowodzonej przez odważne kobiety, które nie pozwalają się tłamsić.

O konieczności rozbicia monopoli Big Techów Ocasio-Cortez mówiła w swojej kampanii już w 2018 roku. W maju 2019 roku poparła plan walki z Big Tech przygotowany przez kandydatkę na prezydenta Elizabeth Warren. Na tapecie pojawiła się chociażby sprawa Amazona, działającego jednocześnie jako producent towarów i platforma handlowa. – Trend monopolu jest niezrównoważony społecznie i ekonomiczne – twierdzi Ocasio-Cortez.

Jej podejście do działań gigantów z Doliny Krzemowej wybrzmiało mocno podczas zeszłorocznego przesłuchania w Kongresie szefa Facebooka Marka Zuckerberga. Dotyczyło ono m.in. Libry, kryptowaluty Facebooka, a także reklam politycznych na portalu w kontekście afery wokół firmy Cambridge Analytica. Ocasio-Cortez solidnie przemaglowała wtedy Zuckerberga, który przyjmował jej pytania i momentami kąśliwe riposty z dużym zakłopotaniem.

W nowej administracji Joe Bidena, która ma bardzo bliskie powiązania z Doliną Krzemową (szczególnie poprzez wiceprezydent Kamalę Harris), krytyczne nastawianie AOC do cyberkorporacji będzie przypomnieniem, że Demokraci naprawdę postulują kontrolę i przykręcenie śruby cyberkorporacji. A szczególnie silnie są za tym młode pokolenia Amerykanów.
Anna Nicz 

Bill Gates
Kasandra z XXI wieku

Fot. Magdalena Kicońska, magazyn „Pismo”.

Nie wiadomo, którego z bogów obraził założyciel Microsoftu. Być może sprawiedliwa Atena nadal miała mu za złe monopolistyczne działania z czasów Microsoftu, może Asklepios był zły, że filantrop za bardzo miesza się do jego spaw, przekazując miliardy na walkę z polio, malarią i gruźlicą, a może jakieś inne z bóstw dostrzegło grzech hybris, gdy miliarder z honorami przyjmowany był w siedzibach prezydentów, w NATO czy w WHO. Nie wiadomo, czyj gniew ściągnął na siebie Gates, ale kara, jaką mu wymierzono, niechybnie inspirowana była historią trojańskiej wieszczki.

Gates już w 2015 r. przekonywał, że tym, co obecnie najbardziej zagraża ludzkości, nie jest kolejny konflikt zbrojny sprowokowany zmaganiami supermocarstw, ale epidemia: globalna, rozprzestrzeniająca się w zastraszającym tempie i śmiertelna. Widzowie konferencji kiwali głowami, szli do domów i zapominali o proroctwie. Dopiero po pięciu latach, gdy obudzili się w świecie opanowanym przez koronawirusa, wystąpienie miliardera musiało do nich wrócić z całą swoją wieszczą mocą.

Miał rację. 

Jednak to, że pandemia była do przewidzenia i można było jej uniknąć, było dla wielu zbyt trudne do przełknięcia. Trudno winić za krach gospodarczy, za rozwody, bezrobocie i zapaść w ochronie zdrowia bezosobowego, niewidzialnego wirusa. Łatwiej znanego wszystkim miliardera, który na dodatek od lat zawodowo zajmuje się problemami globalnego zdrowia. Teorie spiskowe, które ochrzciły go ojcem pandemii, zaczęły się mnożyć.

Mówiono, że od lat marzy o depopulacji, że chce w szczepionkach ukryć czipy i dzięki nim zdalnie sterować całą ludzkością, że jest wysłannikiem diabła. Teorii tych nie powtarzano w mrocznych trzewiach internetu. Pojawiały się w mediach społecznościowych, a także w tradycyjnych i mainstreamowych mediach. Głosili je celebryci, politycy, a nawet dziennikarze i to na całym świecie. Także w Polsce.

On tymczasem działał. Wspierał, także finansowo, Światową Organizację Zdrowia w walce z pandemią, krytykował prezydenta Trumpa za rozwód z WHO, zbyt opieszałe działanie oraz wyśmiewanie noszenia maseczek. Angażował się w popularyzowanie wiedzy na temat wirusa i finansował badania nad szczepionką. 

Po ogłoszeniu przez Modernę i Pfizera pozytywnych wyników testów szczepionki możemy mówić, że koniec pandemii zaczyna powoli majaczyć na horyzoncie. Gates przewiduje, że, nawet gdy pandemia minie, jej konsekwencje z nami zostaną. Nie tylko te gospodarcze, ale i społeczne. Zniknąć mają podróże służbowe, a praca zdalna, która do tej pory była raczej wyjątkiem niż regułą, przeniesie się do mainstreamu. Czekają nas lata nadrabiania strat, chociażby w kwestii szkolnictwa i zdrowia psychicznego, ale mimo wszystko już w przyszłym roku powoli zaczniemy wracać do normalności. Choć ta będzie już inna niż przed rokiem.
Matylda Grodecka

Tim Sweeney
Robin Hood gamedevu

Czy porównywanie amerykańskiego kapitalisty z fortuną ocenianą na 10 mld dol. do średniowiecznego łucznika, który zabierał bogatym, a rozdawał biednym, ma sens? A jednak paralele są dość łatwe do dostrzeżenia. Sweeney jako szef jednego z największych producentów gier na świecie stawił czoła monopolowi Apple. Jego Epic Games przygotowało dwie kampanie: jedną PR-ową, a drugą prawną, aby pokazać światu, jak niesprawiedliwe są warunki App Store’a.

Apple pobiera 30 proc. od każdej transakcji. Kupujesz grę, abonament lub skórkę dla swojej postaci, a 30 proc. trafia do Tima Cooka. Dla Sweeney’a, którego Fortnite zgromadził 116 mln graczy na iOS, było to wybitnie nie w smak. Developer oskarżył Apple o zachłanność i spowalnianie innowacji. Apple ma nadużywać swojej pozycji, ograniczając możliwość pobierania aplikacji tylko do własnego sklepu i narzucając jedyny, słuszny system płatności.

Tym samym Sweeney stał się reprezentantem wszystkich developerów, którzy chcieliby oddawać mniejszą część przychodów pośrednikom, a także graczy, pragnących wolności, znanej choćby z Maca, gdzie aplikacje można pobierać samodzielnie. Epic zaatakował Apple kampanią #FreeFortnite, ośmieszającą giganta z Coupertino, ale spotkał się z druzgocącym kontratakiem. Fortnite zniknęło z App Store’a, co bardzo szybko zmniejszyło zyski z tego tytułu o 26 mln dol. Przez chwilę zagrożony był również sam Unreal Engine – silnik napędzający znakomitą część najbardziej znanych gier. Wszystkie one miały trafić na czarną listę Apple. Wiązałoby się to z exodusem twórców w kierunku innych silników, co mogłoby być dla Epica opłakane w skutki.

Sweeney postawił wszystko na jedną kartę. Choć jego firma do mikrusów nie należy (jest wyceniana na 17 mld dol.), to blednie przy dwóch bilionach kapitalizacji Apple. Dawida w walce z Goliatem wspierają jednak inni developerzy, m.in. ci od klienta mailowego Hey. Gdy Hey wyleciało z App Store’a, twórcy porównali Apple do mafii ściągającej haracz.

Dla Sweeney’a był to jednak wyjątkowy rok nie tylko ze względu na batalię z Apple. Jego Fortnite umocnił pozycję społecznego fenomenu. Gra stała się platformą, gdzie gwiazdy muzyki organizują wirtualne koncerty, a najważniejsze mecze przyciągają ponad dwa miliony widzów. 
Karol Kopańko

Jeff Bezos
Pierwszy bilioner cyfrowej ery

Fot. lev radin / Shutterstock.com

200 mld dolarów osobistego majątku. Ta kwota właściwe wystarczy za komentarz do roli, jaką Jeff Bezos odgrywa we współczesnym świecie. W sierpniu Bezos stał się pierwszą osobą, której majątek przekroczył tę ogromną wartość, a według wyliczeń ekspertów w 2026 roku zostanie pierwszym na świecie bilionerem. Fortunę Bezosa napędza oczywiście Amazon, który od początku pandemii praktycznie podwoił swoją wartość (cena akcji wzrosła z 1689 do 3116 dol.).

W 2020 Bezos udowodnił, że doskonale wyczuwa trendy. W czasie pandemii jego Amazon okazał się zaś niezbędny do normalnego funkcjonowania wielu społeczeństw. I nie chodzi tylko o Amazona jako megasklep internetowy, ale również Amazon Web Services, czyli giganta usług sieciowych. Kiedy ogromna część świata musiała przesiąść się na pracę, naukę i rozrywkę zdalną, okazało się, że w takiej skali nie byłoby to możliwe bez AWS. Na AWS stoi choćby biznes Netflixa. 

Wizja biznesu Bezosa jest wizją totalną. Wchodząc na kolejne rynki, biznesmen chce opleść naszą codzienność. Zaczyna się na rozrywce (Amazon produkuje filmy i seriale, a także posiada portfolio stron, takich jak Twitch, IMDB czy Goodreads), a kończy na cyfrowym zdrowiu, w kierunku którego pierwszym krokiem jest otwarcie apteki. Bezos inwestuje również na własny rachunek. Posiada udziały m.in. w Twitterze, Basecampie czy Stackoverflow, choć ukoronowaniem jego kolekcji jest dziennik „Washington Post”. Praktycznie każdy jego biznes jest dziś na plusie.

Bezos łączy wizję z egzekucją, a także niesamowitą odpornością skandale. Choć na początku roku potwierdzono, że saudyjski książę pomógł w shakowaniu jego telefonu, nie zmniejszyło to zaufania giełdy. Podobnie na działanie konglomeratu nie wpłynęło rozstanie z byłą żoną i przekazanie jej ćwierci posiadanych akcji Amazona.

Ale 2020 rok to nie tylko biznesowy sukces Amazona. To także coraz bardziej zdecydowana krytyka modelu biznesowego, a przede wszystkim tego, jak zatrudnia ta firma. Na początku grudnia protesty wybuchły choćby pod centrum logistycznym Amazona w Bielanach Wrocławskich, gdzie pracownicy domagali się bonusu świątecznego o takiej samej wysokości, jaki dostali ich koledzy z zachodnich państw.
Karol Kopańko

Reed Hastings
Pandemia, chill i Netflix

Fot. catwalker / Shutterstock.com

To miał być trudny rok dla streamingowych platform. W szranki o serca, czas i kieszenie widzów w zaciekłych streamingowych wojnach ruszyły Netflix, HBO, Amazon Prime Video, Apple+ i Disney+. Konkurencja gigantów nie tylko usług cyfrowych, ale przede wszystkim producenckich mogła zachwiać pozycją firmy Reeda Hastingsa. Mogła, ale jednak nie zachwiała. 

Pandemia koronawirusa okazała się być „uśmiechem losu” dla jego firmy. Trudno się dziwić, że Reed Hastings, CEO i współzałożyciel Netfliksa, docenia biznesowe skutki lockdownu i masowej izolacji. To właśnie ten czas okazał się najlepszy dla Netfliksa. Rok 2020 jest okresem żniw dla wszystkich platform streamingowych – a Netflix pod okiem Hastingsa wciąż radzi sobie najlepiej z nich wszystkich. Serwis przyciągał nowych użytkowników szybciej niż kiedykolwiek. Tylko pierwszy kwartał to 16 mln nowych klientów, po trzech kwartałach doszło ich aż 28 mln. 

To oczywiście przełożyło się na wyższe zyski i przychody. Aktualnie firma działa w ponad 190 krajach na całym świecie i gromadzi przed telewizorami i smartfonami 195 mln subskrybentów a wszystkie znaki pokazują, że niedługo przekroczy granicę 200 mln subskrypcji. 

Jaki jest sposób Hastingsa poza „uśmiechem losu”? Potentat branży rozrywkowej twierdzi, że warto działać na granicy chaosu, realizować swoją misję, być szczerym, ciągle starać się ulepszać swój produkt. Jest jednym z najbardziej lubianych i docenianych szefów w Dolinie Krzemowej. Może dlatego, że nie boi się przepraszać i przyznawać do błędów. W swojej nowej książce „Gdy regułą jest brak reguł. Netflix i filozofia przemiany”, napisanej wraz z pisarką i dziennikarką Erin Meyer, mówi o tym, że ważny jest dla niego work-life balance, otwartość i transparentność działania firmy. Jest przeciwnikiem biurokratyzacji, sztywnej liczby dni urlopowych czy nagradzania za konkretne wyniki. We współpracy z największymi nazwiskami (produkcje dla Netfliksa tworzą Ryan Murphy, Ron Howard czy Martin Scorsese) stawia na swobodę. 

Sposób zarządzania Hastingsa działa. Jego majątek, jak podaje „Forbes”, szacowany jest na ponad 5 mld dolarów, a Netflix rok do roku generuje pokaźne wzrosty. Hastings potrafi dzielić się swoim sukcesem i, jak na filantropa przystało, nie pozostał obojętny na krzywdę branży filmowej. Netflix powołał specjalny fundusz w wysokości 100 mln dol., by pomóc środowisku w walce ze skutkami koronawirusa, a prywatnie Hastings przekazał 30 mln dol. na rozwój szczepionki przeciwko koronawirusowi. Zapowiedział też, że jego pracownicy do firmy wrócą wtedy, kiedy większość będzie zaszczepiona. I to mimo że: - Brak możliwości spotkania się osobiście, szczególnie na arenie międzynarodowej, jest czystym złem.
Joanna Tracewicz

Krzysztof Gonciarz
Od youtubera do politycznego influencera 

fot. Krzysztof Basel

„To są święta narodowe. La la la la la la la. Na wigilię nie jedz szynki. La la la la la la la. Pogodzą nas mandarynki” – śpiewa w jednym z nowszych filmików z cyklu kolędowego. Towarzyszy mu Rafał Pacześ, a w teledysku gra Andrzej Seweryn. Nagranie komentuje naszą rzeczywistość, polityczne rozbicie społeczeństwa i problemy, z jakimi się mierzymy. Nie jest jednak niczym nadzwyczajnym. Krzysztof Gonciarz w tym roku pokazał, że bycie jednym z najbardziej popularnych youtuberów w Polsce to dla niego za mało. Z powodzeniem wszedł w rolę publicysty i aktywisty zaangażowanego społeczno-polityczne sprawy.

Choć fani śledzący jego kanały na YouTube powiedzą, że Gonciarz od pewnego czasu nie ukrywał swoich poglądów, to on sam przyznał, że pod swoim nazwiskiem (a nie granej postaci) ujawnił je dopiero niedawno. Zaangażował się, bo nie mógł dłużej być bezczynny. Nie mógł się nie podrapać, kiedy go swędzi.

Zaczęło się w połowie czerwca, kiedy nagrał film-apel do walczącego wówczas o reelekcję prezydenta Andrzeja Dudy. Przekonywał w nim, że słowa prezydenta o LGBT i podpisana przez niego tzw. Karta Rodziny są szkodliwe dla naszego społeczeństwa.

Latem było głośno o kolejnej akcji Gonciarza. Wynajął on wynajął ciężarówkę, by wyśmiać samochód jeżdżący w ramach akcji „Stop aborcji”. Jesienią opublikował poruszający filmik o tym, jak polityka podzieliła nasz naród, a na swoim koncie na Instagramie relacjonował protesty Strajku Kobiet. Po wszystkich tych działaniach widać, że z każdym kolejnym filmem coraz wyraźnie skręca w stronę politycznie zaangażowanego publicysty.

Dla youtubera to odważny i niełatwy krok. Łatwo bowiem narazić się fanom i reklamodawcom. Dlatego tak wielu internetowych twórców woli publicznie nie wypowiadać się na drażliwe tematy. Gonciarz wybrał inną i, jak oceniają eksperci, słuszną drogę, która może pozwolić mu stać się kimś więcej niż wpływowym youtuberem. A mianowicie autorytetem i głosem młodego pokolenia.
Marek Szymaniak

Maja Staśko
Pokazała siłę instafeminizmu 

fot. Dawid Majewski 

Na Instagramie obserwuje ją ponad 50 tys. osób. Aktywnie udziela się również na Twitterze i Facebooku. Trudno właściwie podać przykład głośniejszej sprawy dotyczącej praw kobiet lub mniejszości, w której zabrakłoby głosu Mai Staśko.

Staśko to feministyczna aktywistka, dziennikarka, krytyczka literacka (jest doktorantką interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM) i reportażystka. Na jesieni ukazała się napisana przez Staśko i Patrycję Wieczorkiewicz mocna książka „Gwałt polski”. Ale w tym roku pokazała, że media społecznościowe to nie tylko kanał to budowy „marki osobistej” dla influencerów i wrzucania wystylizowanych zdjęć outfitów. Jej profil na Instagramie stał się opiniotwórczym i publicystycznym medium niemalże równorzędnym do tych tradycyjnych i pokazał siłę instafeminizmu.

Siłę tak prowadzonego profilu najwyraźniej było widać gdy doszło do konfliktu z Anną Lewandowską. Lewandowska zamieściła na Instagramie film, na którym tańczyła przebrana strój imitujący sylwetkę osoby otyłej, co miało teoretycznie okazywać akceptację dla tuszy, a spotkało się z ostrą krytyką wielu internautów i publicystów – w tym Mai Staśko. Nie skończyło się jednak na krytyce, bo aktywistka niespodziewanie dostała od prawników Lewandowskiej pismo z wezwaniem do zaprzestania „naruszenia dóbr osobistych” i usunięcia trzech krytycznych wobec Lewandowskiej wpisów na Instagramie i Facebooku, łącznie z komentarzami. Inaczej czekał pozew na 50 tys. złotych. 

To, co zadziało się po ujawnieniu tych prawniczych gróźb, jak w obronie Staśko i jej prawa do krytyki influencerów stanęli nie tylko obserwatorzy samej aktywistki, ale także ludzie mediów, pokazało, że nie trzeba mieć ani milionów fanów, ani potężnej korporacji za plecami. Bardziej liczy się faktyczne zaangażowanie w sieci, a to coraz częściej dotyczy trudnych społecznych i politycznych tematów. Jak bardzo się liczy pokazały ostatnie dni gdy dziennikarz sportowy Krzysztof Stanowski wyśmiał Staśko za jej artykuł o kulturze gwałtu i podsumował, że nie wygląda tak by jej groziło molestowanie. Owszem na aktywistkę wylał się masowy hejt ale równie mocny był też zryw poparcia.

Staśko na to zaangażowanie pracuje od dawna. Aktywnie udziela się w kwestii edukacji seksualnej, wspierania osób w kryzysie bezdomności, a także na rzecz zminimalizowania coraz częściej nagłaśnianego wykluczenia menstruacyjnego. Aktywistka zaangażowała się ostatnio w inicjatywę Różowa Skrzyneczka. W jej ramach zbierane są fundusze na zabezpieczenia higieniczne dla osób, których nie stać na podpaski i tampony lub z jakichś powodów mają do nich ograniczony dostęp.
Magda Fijołek

Elon Musk i Gwynne Shotwell
Kosmiczna power couple 

Fot. vasilis asvestas / Shutterstock.com, CC.

Elon Musk jest chyba jednym z najbardziej oryginalnych przedsiębiorców współczesnego świata technologii. Założyciel Tesli i SpaceX, wbrew wszystkim starym wyjadaczom świata motoryzacji czy technologii kosmicznych, zupełnie od zera zbudował firmy na rynku, na którym nikt nowy, szczególnie przedsiębiorca prywatny wydawał się nie mieć szans. Następnie owe firmy doprowadził na absolutny szczyt, zmieniając reguły gry oraz całe branże. To dzięki Tesli rynek samochodów elektrycznych wyszedł z fazy nieśmiałych beta-testów i stał się rzeczywistością. To także dzięki SpaceX cena wyniesienia kilograma ładunku na orbitę okołoziemską spadła drastycznie, a ludzie otrzymali doskonały środek transportu zarówno ładunków, jak i statków załogowych w przestrzeń kosmiczną.

Choć 2020 r. z pewnością nie zapisze się pozytywnie w historii świata, to akurat Elon Musk będzie go wspominał bardzo dobrze. Był to bowiem rok wielu jego sukcesów. Pomijając aspekt czysto finansowy (Elon Musk przegonił Billa Gatesa i w listopadzie wskoczył na drugie miejsce listy najbogatszych ludzi na świecie), jego kosmiczne przedsiębiorstwo SpaceX dokonało kilku przełomów.

Choć rakiety Falcon 9 latają na orbitę już od lat, to dopiero 30 maja 2020 r. po raz pierwszy na szczycie rakiety (opracowanej i stworzonej przez SpaceX) znalazł się statek Crew Dragon (także opracowany i stworzony przez SpaceX), na pokładzie którego znaleźli się ludzie. Jest to pierwszy raz w historii, kiedy ludzie polecieli w kosmos na pokładzie statku stworzonego przez prywatnego przedsiębiorcę. Co więcej, lot okazał się całkowitym sukcesem, dzięki czemu statek uzyskał homologację do wykonywania regularnych lotów załogowych. Jakby tego było mało, SpaceX dokonał ogromnego postępu w pracach nad zbudowaniem zupełnie nowej, znacznie większej rakiety, która będzie w stanie zabrać ludzi nie tylko na orbitę, ale także na Księżyc czy na Marsa. Po licznych próbach, powtarzanych niemal co kilka tygodni, na początku grudnia na wysokość ponad 12 km wzbił się prototyp statku Starship i choć eksplodował podczas lądowania, to w hangarze na swoje loty czekają już kolejne prototypy. Prace trwają.

Nie byłyby one możliwe bez pracy Gwynne Shotwell, czyli prezeski i dyrektorki operacyjnej w SpaceX. To właśnie pod jej przewodnictwem SpaceX po raz pierwszy wysłał rakietę na orbitę, a następnie odzyskał ją do ponownego wykorzystania. Jako inżynierka Shotwell bezustannie współpracuje z zespołami odpowiadającymi za powstawanie nowych rakiet i statków. Ale przede wszystkim jest orędowniczką najbardziej chyba fantastycznego planu, jaki ma SpaceX, czyli kolonizacji Marsa. 

Shotwell wierzy, że najlepszym pomysłem na budowę kolonii na Marsie będzie budowa podziemnych tuneli. Tych właśnie tuneli, które usiłuje budować póki co na Ziemi, należąca do Elona Muska, firma The Boring Company. Mają one zapewnić ochronę przed zabójczym promieniowaniem kosmicznym i pozwolić na magazynowanie lodu (czyli wody) oraz żywności. Elon i Shotwell wspólnie opowiadają o planach budowy całych miast pod powierzchnią tej planety. To właśnie tam będzie toczyć się normalne życie. Po 2020 roku we wszystko już jesteśmy w stanie uwierzyć.
Radosław Kosarzycki 

Eric Yuan
Rozpoczął epokę zoomizmu 

Uratował resztki naszego życia towarzyskiego i sprawił, że firmowe narady przeniosły się przed ekrany laptopów. W czasie lockdownu o Ericu Yuanie mówił cały świat. Stworzona przez niego przecież już w 2013 roku platforma Zoom w czasie pandemii stała się ewenementem i została zainstalowana przez ponad 200 milionów użytkowników.

Zooming, zoomawanie się – czasowników stworzonych od słowa Zoom jest dzisiaj bez liku. Nic dziwnego. Platforma, która na pozór nie różni się niczym szczególnym od słynnego Skype’a, zawojowała wyobraźnię pokolenia Z i pracowników biurowych, stając się nie tylko kolejnym narzędziem technologicznym, co wręcz zjawiskiem społecznym.

Na usta ekspertów coraz częściej ciśnie się bowiem stwierdzenie: żyjemy w czasach zoomizmu. Dzięki narzędziom do zdalnej pracy jest możliwa nowa forma organizacji całego naszego życia. 

A za tym wszystkim stoi twórca Zooma – Eric Yuan. W przeciwieństwie do wielu szefów technologicznych spółek chiński menedżer nie lubi przesadnie pchać się na afisz. Jego konto na Twitterze przez większość czasu milczy, a on sam podkreśla, że od czasu sukcesu Zooma jego życie praktycznie się nie zmieniło. Wciąż wysiaduje w pracy po godzinach, bo jak tłumaczy, wraz ze wzrostem popularności platformy rośnie jego odpowiedzialność jako jej twórcy.

Efektem jest wprowadzenie szyfrowania end-to-end dla wszystkich użytkowników i możliwość banowania niechcianych gości. Ataki trolli stały się w pewnym momencie plagą, hakerzy włamywali się nawet na konferencje dużych firm, skutecznie paraliżując pracę i naukę zdalną w szkołach.

Eric Yuan mówiąc więc, że jego życie się nie zmieniło, nie jest więc do końca szczery. Wartość jego majątku szacuje się dzisiaj na 20 mld dol. 50-latek dołączył też do grona takich postaci, jak Mark Zuckerberg czy Sundar Pichai, którzy swoimi decyzjami wpływają na jakość życia setek milionów ludzi. I udowadnia, że na sukces nigdy nie jest zbyt późno.
Adam Sieńko 

Michał Rogalski
Maturzysta nauczył rząd Big Daty

fot. Maciej Wasilewski

Miał nosa, że zamiast od razu po maturze iść na studia zrobił sobie jednak rok przerwy. Gdyby nie to, Michał, który w maju podchodził do egzaminu dojrzałości, dziś miałby pewnie problem z tym, by pogodzić studiowanie z ogarnianiem za rząd Rzeczpospolitej Polskiej statystyk zachorowań na COVID-19.

W marcu, gdy rząd ogłosił lockdown, a resort zdrowia zaczął raportować liczbę zachorowań, Rogalski trafił z resztą uczniów na teleszkołę. Choć już samo to w sobie było niezłym obciążeniem, ten 19-latek zamiast zamartwiać się przygotowaniami do matury, bardziej niepokoił się tym, że tak naprawdę nie bardzo wiadomo, co się dzieje, ile osób choruje, gdzie konkretnie, ilu jest badanych, a ilu wyzdrowiało.

Teoretycznie większość danych była dostępna, tyle że nikt z rządu i Ministerstwa Zdrowia nie wpadł na pomysł, by je zagregować w jednym miejscu w sposób ustrukturyzowany. – Był chaos informacyjny. Sam miałem problem, by się w tym odnaleźć i jakoś tę całą sytuację opanować. Okazało się, że nie tylko ja mam potrzebę wiedzieć więcej o skali zachorowań, o ich geograficznym rozkładzie czy stosunku chorych do zmarłych. Ludzi, którzy poszukiwali takiej usystematyzowanej wiedzy, było znacznie więcej i jak ja nie mieli gdzie jej znaleźć. Więc zacząłem sam te dane zbierać i analizować – opowiadał nam kilka tygodni temu nastolatek.

Zamiast więc tylko kuć do matury, przygotował otwarty formularz, w który można było na bieżąco wpisywać dane o pandemii w Polsce zbierane ze stron lokalnych sanepidów, Głównego Inspektoratu Sanitarnego i MZ. W bazie były dane o zachorowaniach z podziałem terytorialnym, ilości wykonanych testów, zgonach, ozdrowieńcach. Czyli cała niezbędna podstawa do tego by w nowoczesny sposób zarządzać państwem i jego instytucjami w czasie pandemii.

Wokół inicjatywy nastolatka z Torunia szybko urosła społeczność wolontariuszy, która zaczęła na bieżąco wypełniać zautomatyzowany arkusz. Tak prowadzony zbiór danych stał się niezbędną podstawą do wszelkich analiz wykonywanych przez instytucje badawcze, uczelnie, a nawet zwykłych ludzi, którzy np. latem chcieli wyjechać na urlop i sprawdzali sytuację epidemiczną w poszczególnych powiatach. Zaczęły z nich nawet pośrednio korzystać KPRM i MZ, przygotowując prezentacje na kolejne konferencje prasowe.

Tyle że kiedy rząd docenił rolę analityki danych – zresztą dopiero w listopadzie, czyli po ponad pół roku pandemii – i przygotował swój agregat, to… odciął 19-latka i wszystkich oddolnych analityków od dostępu do informacji.

Ale na tym nie skończyła się praca Rogalskiego. W oficjalnych zestawieniach co chwilę okazuje się, że są kolejne błędy i nieścisłości. A te bezlitośnie i szczegółowo wciąż punktuje nastolatek.
Sylwia Czubkowska

Radni z Kraśnika
Strach, który spopularyzował 5G

fot. Facebook Wojciech Wilk - Burmistrz Miasta Kraśnik

Zapałki, kuchenka mikrofalowa i niebieskie pastylki viagry łączy to, że odkryto je przez przypadek, pracując nad czymś zupełnie innym. Podobny efekt przyniosły działania radnych z Kraśnika, którzy chcąc chronić społeczność swojego miasta przed technologią 5G, zrobili bardzo dużo, aby ją spopularyzować i obalić wiele mitów na jej temat przed szerokim gronem odbiorców.

Cała Polska usłyszała o Kraśniku, czyli 34-tysięcznym mieście w województwie lubelskim, kiedy jego radni postanowili zatroszczyć się o jego mieszkańców. Najpierw nie skorzystali z okazji, aby wycofać się z uchwały piętnującej „ideologię LGBT”. A potem uznali petycję koalicji „Polska Wolna od 5G” i postanowili uwolnić miasto od rzekomo niebezpiecznej technologii. Oznaczało to przyjęcie zaleceń, które nie tylko nie pozwalają na inwestycje w 5G w mieście, ale także zdemontowanie w kraśnickich liceach nadajników wi-fi.

Tej troski nie docenili internauci. Media społecznościowe na kilka tygodni wypełniły się prześmiewczymi memami wyśmiewających Kraśnik, jego boga ducha winnych mieszkańców i samych radnych. Internauci bez litości nabijali się, że w podlubelskim miasteczku psy wychowane pod masztem 5G wyrastają na żubry, kobiety piorą ubrania w rzece, bo miasto jest strefą wolną od AGD, a duchowni w czasie egzorcyzmów nie wypędzają szatana, tylko fale 5G i wi-fi. I tak zdaniem wielu Kraśnik stał się nową stolicą polskiego ciemnogrodu, wyprzedzając Radom i Wąchock.

Jednak cały ten rechot miał też pozytywny, choć przypadkowy skutek, którego kraśniccy radni z pewnością nie przewidzieli, głosując za petycją „Polska Wolna od 5G”. Otóż po fali żartów przez Polskę przetoczyła się też druga – edukacji. 

Nagle technologia 5G stała się gorącym tematem goszczącym na jedynkach gazet, telewizyjnych programów informacyjnych i portali internetowych. Zagadnienia z nią związane trafiły do wszystkich najważniejszych mediów, gdzie – w większości przypadków – odbywała się już merytoryczna debata. Do głosu dopuszczono naukowców i ekspertów, którzy zawitali też do Kraśnika, a ci skorzystali z okazji, by obalić wiele mitów i spiskowych teorii. Lekcję i nauczkę dostali też tamtejsi radni, którzy z rumieńcem wstydu na oczach całej Polski musieli wycofać się walki z technologią 5G. Wprawdzie od „ideologii LGBT” wciąż wolą być wolni, ale może i tych decyzji będą się wstydzić w przyszłości. 
Marek Szymaniak

Audrey Tang
Cyfryzacją zwalczyła pandemię

Fot. Kaii Chiang 江凱維

W październiku zeszłego roku Audrey Tang napisała dla The New York Times tekst, który, gdyby został szerzej omówiony lub trafił do właściwych ludzi, mógłby zupełnie zmienić sposób walki z koronawirusem, czyli w gruncie rzeczy cały 2020 rok. Ministra Tajwanu pisała tam m.in. o tym, jak wielkie znaczenie w demokracji ma komunikacja. Tang odrzuca jednak wyznaczony przez rozwój mediów masowych model, polegający na słaniu przekazu do obywateli, a ci z rzadka mają okazję na niego odpowiedzieć. Chyba że w postaci protestów lub przy wyborczych urnach. Według Tang internet daje szansę, aby zmienić ten trend i zarazem wzmocnić demokrację.

To właśnie te idee przyświecały jej, gdy zaczęła się pandemia COVID-19. Tang wykorzystała dostępne jej narzędzia, aby nie tylko zatrzymać rozprzestrzenianie się koronawirusa, ale również postarała się, aby dostęp do środków ochronnych był równy dla wszystkich. Zaprzęgnięto systemy informatyczne, które pozwoliły m.in. na sprawiedliwą dystrybucję maseczek. 

Audrey Tang i jej ekipie udało się sprawnie połączyć możliwości, jakie daje Big Data z jednoczesnym zaufaniem do obywateli i pełną przejrzystością. Choć stworzone systemy mogły np. sprawdzić, gdzie poruszały się osoby zakażone wirusem albo kto kupił ile maseczek, to jednocześnie postawiono na rzetelne informowanie i uczciwe informowanie o krokach władz. Rzecz w tym, że rząd Taiwanu od samego początku traktował swoich obywateli poważanie – edukował bez zbędnego moralizatorstwa. Stworzono nawet specjalną infolinię, która pozwala nie tylko dowiedzieć się o możliwym zagrożeniu, ale też podrzucać własne pomysły na drobne rozwiązania.

W świecie, w którym wielkie serwisy zbierają o nas dane, aby trafiać do nas możliwie jak najbardziej perswazyjnym przekazem, a mechanizmy te ochoczo wykorzystują politycy, Audrey Tang pokazuje, że cyfryzacja w rękach polityka może zmienić życie obywateli i jakość demokracji. I to, że faktycznie możliwa jest dzięki temu dobra zmiana. 
Konrad Chwast