SW+

Nowe rozdanie, stare problemy. Jak Biden urządzi nam świat nowych technologii? Co z Chinami?

131 interakcji
dołącz do dyskusji

Czy przejęcie sterów w Stanach Zjednoczonych przez Joe Bidena to będzie „joy” dla gigantów z Doliny Krzemowej i technologicznych ambicji Chin? Na pewno od tego, jakie kroki podejmie nowy prezydent USA, będzie zależał globalny układ cyfrowych sił. 

Mały Joe miał ledwie 3 lata, gdy uruchomiono ENIAC , czyli maszynę liczącą, którą oficjalnie nazywamy dziś pierwszym komputerem. Gdy w 1972 roku został wybrany jako senator ze stanu Delawere, w Dolinie Krzemowej w Kalifornii, przy – dziś słynnej – Sand Hill Road, pojawiły się pierwsze firmy inwestycyjne chętne włożyć duże pieniądze w obarczone sporym ryzykiem tech-przedsięwzięcia. Gdy w 2008 roku zaprzysiężono Bidena na wiceprezydenta USA, od roku na rynku były już iPhony, a świat stał u progu mobilnej rewolucji. 

Dziś gdy 77-letni Biden zdobył mandat 46. prezydenta USA, nowe technologie są niezaprzeczalnie największą siłą Stanów, ale są także coraz większym problemem. Nowy prezydent i jego zaplecze będą musieli zabrać się za rozwiązywanie tych problemów, a od ich decyzji będzie zależeć nie tylko stan samej tech-branży w ojczyźnie, ale także globalny układ sił.

Cyfryzacja w erze post-Trump 

Nikt konkretny – to w skrócie opis technologicznego zaplecza prezydenta elekta. Już w czasie kampanii wyborczej amerykańskie media i analitycy z zaskoczeniem opisywali, że kandydat Demokratów nie ma wśród topowych doradców nikogo, kto specjalizowałby się w kwestiach cyfryzacji. Była to spora zmiana w stosunku do poprzednich kampanii.

W 2008 roku Barack Obama korzystał z sieci setek oddolnych doradców przedstawiających swoje pomysły na politykę techniczną, na podstawie których sformułowano „plan technologii i innowacji”. Zaś cztery lata temu Hillary Clinton do swojej kampanii wciągnęła ponad 100 ekspertów, którzy pomagali przygotować plan takiego wsparcia Doliny Krzemowej. Publicyści nazwali go „najbardziej szaloną polityką technologiczną w historii”. 

Ale niech nikogo nie zwiedzie ten pozorny brak cyfryzacji w programie Bidena. W rzeczywistości tematy związane z szeroko rozumianymi technologiami, regulacją Big Techów i zimną wojną cyfrową z Chinami są bardzo wysoko w agendzie Demokratów. Wystarczy spojrzeć na program Elizabeth Warren, byłej kandydatki na fotel prezydenta, która do walki szła właśnie z hasłami złamania monopolu z Doliny Krzemowej. 

Z drugiej strony jest jednak nowa wiceprezydentka Kamala Harris. Senatorka reprezentująca Kalifornię przez ostatnie lata zbudowała bliskie relacje z sektorem technologicznym w USA. Na tyle bliskie, że jak pisał kilka tygodni temu „New York Times”, ze środowiskiem z Doliny Krzemowej powiązana jest jej rodzina, przyjaciele i doradcy polityczni. 

Dlatego właśnie wybór Bidena może być dla cyfrowych gigantów z Doliny Krzemowej jednocześnie i dobrą, i złą informacją. 

Big Techy – podobnie jak inne duże amerykańskie firmy – skorzystały i to sporo na obniżkach podatków wprowadzonych za prezydenta Donalda Trumpa. Co więcej kadencja Trumpa zbiegała się z ogromnym rozwojem branży technologicznej. Apple, Amazon, Microsoft, Google, Facebook, Tesla i Netflix są teraz łącznie warte prawie 8 bilionów dolarów – dla porównania po wyborach w 2016 roku były warte 2,4 biliona dolarów.

Mimo to liderzy techniczni wcale nie będą tęsknić za Trumpem. Po pierwsze rozpętał on wojną handlową z Chinami, wywołując ogromne zawirowania w łańcuchach dostaw technologii. Ograniczył kluczowe programy wiz pracowniczych, co stało się dla firm technologicznych ogromną bolączką, bo przecież zatrudnianie wykwalifikowanych pracowników zagranicznych jest dla nich niezwykle ważne. Ale przede wszystkim w czasie urzędowania prezydenta Departament Sprawiedliwości zaczął wielkie śledztwo pod kątem potencjalnych naruszeń przepisów antymonopolowych przez Big Techy. Wisienką na torcie są zaś kolejne oskarżenia cyfrowych platform o cenzurę. 

Dlatego właśnie mimo protekcjonalistycznego podejścia administracji 45. prezydenta USA (czego przykład poczuliśmy na własnej skórze, gdy w 2019 roku po wizycie wiceprezydenta Mike'a Pence'a polski rząd nagle wycofał się z planów wdrożenia podatku cyfrowego) usunięcie Trumpa z Białego Domu oferuje Big Techom konkretne korzyści. Na czele z wyeliminowaniem chaosu decyzyjnego.

– To, o czym wszyscy marzą, to nudna i spokojna prezydencja w miejsce niepokojów i chaosu, które mieliśmy z Trumpem praktycznie każdego dnia – tak tuż po ogłoszeniu wyników mówił magazynowi „Protocol" inwestor technologiczny Bradley Tusk.

Ale analitycy i tak są pewni, że szefowie techgigantów nie powinni spodziewać się powrotu do złotej ery z czasów Obamy, kiedy prezydent hołubił Dolinę Krzemową i upatrywał w niej jasnego światełka w tunelu kryzysu gospodarczego. Od tamtej pory za dużo się zmieniło, opinia publiczna znacznie ostrzej ocenia pozycję największych technologicznych spółek, a przed światem są inne wyzwania niż tylko wzrost czytany giełdowymi wynikami.

Walka z monopolami czy delikatne regulacje? 

Dwie najważniejsze i najpilniejsze dla amerykańskich Big Techów kwestie to regulacje antymonopolowe oraz tzw. „sekcja 230”. 

Trzeba pamiętać, że Biden zacznie urzędowanie w pewnej już zastanej sytuacji polityczno-prawnej. A jej ważnym elementem będzie – jak zauważa publicysta magazynu „Wired" Gilad Edelman – to, że tuż przed wyborami prokurator generalny William Barr zdecydował się wnieść pozew przeciwko Google. Ale i Demokraci – choć Barra krytykowali za nazbyt dużą lojalność wobec Trumpa – temu pozwowi przyklaskują. Co więcej, to właśnie administracja Bidena może zrobić o wiele więcej w kwestii egzekwowania przepisów antymonopolowych. Wystarczy, by Departament Sprawiedliwości zrewidował swoje wytyczne dotyczące fuzji, a rząd był bardziej agresywny w blokowaniu proponowanych przejęć. 

Jak pisze wspomniany Edelman: – Trudno byłoby takim działaniom odnieść sukces w federalnym sądownictwie zdominowanym przez konserwatystów i rządzonym przez precedensy, które utrudniają rządowi wygrywanie spraw antymonopolowych. 

Podstawowe pytanie brzmi jednak, czy będzie to jednym z priorytetów nowego prezydenta. Biden w czasie kampanii nie podejmował tego tematu nazbyt szczegółowo, a wśród doradców ma tak obrońców statusu Big Techów, jak i antymonopolowe jastrzębie. I choć ci drudzy budzą oczywiście obawy wśród prezesów największych firm IT, to klimat w całej techbranży wcale nie jest już tak bardzo nastawiony na walkę o maksymalną wolność rynku.

– Moglibyśmy uzyskać większą konkurencję i więcej innowacji w Dolinie Krzemowej, jeżeli będziemy żyć w świecie, w którym mamy lepiej egzekwowane przepisy antymonopolowe – oceniał w rozmowie z „The Mercury News" Mark Lemley, profesor z wydziału prawa Uniwersytetu  Stanford.

Cenzura czy walka z mową nienawiści? 

Podobnie nie ma jeszcze jasnych decyzji, jakie działania zostaną podjęte w sprawie wspomnianej „sekcji 230”. Czyli coraz gorętszego problemu odpowiedzialności platform cyfrowych za umieszczane w nich treści. 

Media społecznościowe w USA objęte są pewnego rodzaju parasolem chroniącym je przed ewentualną odpowiedzialnością za treści publikowane przez użytkowników.  W wielkim skrócie: Facebook czy Twitter nie są wydawcami i nie muszą tłumaczyć się ze wszystkich materiałów jakie się w nich pojawiają. Reguluje to właśnie sekcja 230 ustawy Communications Decency Act z 1996 roku. Tyle, że zgodnie z zapisami ustawy, firma może stracić tę „ochronę” przez dyskryminowanie użytkowników lub ograniczanie możliwości swobodnej wypowiedzi. Według Trumpa takowymi działaniami było blokowanie i usuwanie treści przez media społecznościowe - choćby uzasadnieniem było rozpowszechnianie mowy nienawiśći lub dezinformacji - co wielokrotnie odczuł na własnej skórze. 

Tyle, że Biden, podobnie jak Trump, też wezwał do uchylenia „sekcji 230"`. Według niego  prawo, które daje technologicznym graczom uprawnienia do moderowania treści według własnego uznania, na podstawie własnych wewnętrznych regulaminów powinno być jak najszybciej doprecyzowane. 

Demokraci chcą, aby firmy technologiczne ponosiły większą odpowiedzialność za usuwanie mowy nienawiści i dezinformacji ze swoich platform. Republikanie zaś twierdzą, że usuwając lub moderując jakiekolwiek treści, firmy technologiczne stosują nic więcej jak cenzurę. Kurs Bidena jeżeli będzie wdrożony to faktycznie może okazać się dla cyfrowych platform trudniejszy do przełknięcia i nałoży dużo większe obowiązki i odpowiedzialność. 

Działania jakie podejmie w tym zakresie nowa administracja USA co bardzo ważne nie będą wcale zamykać się w obrębie samych Stanów Zjednoczonych. Podobnie jak działania antymonopolowe będą miało duży wpływ na funkcjonowanie cyfrowych firm na całym świecie. 

Dolina murem za Bidenem

Ważnym wyzwaniem na czas prezydentury Bidena będzie nie tylko co administracja zrobi Big Techom ale także co one będą chciały zrobić by zadbać o swoją pozycję. Bo, że będą chciały zawalczyć nawet jeżeli nie o umocnienie to przynajmniej o korzystne rozwiązania dotyczące nowych technologii jest oczywiste. I w Bidenie widzą tu partnera o wiele lepszego niż był nim Trump. 

Widać to zresztą po delikatnie mówiąc entuzjastycznym przyjęciu wyników wyborów przez najważniejszych ludzi z Doliny Krzemowej.  Jeff Bezos napisał na Instagramie, że zwycięstwo Bidena i Harris oznacza, że  „jedność, empatia i przyzwoitość nie są cechami minionej epoki". Założyciel Microsoftu Bill Gates zatwittował, że z niecierpliwością czeka na współpracę z nową administracją.

Dyrektor operacyjna Facebooka Sheryl Sandberg i Priscilla Chan, żona Marka Zuckerberga, pogratulowały zaś Kamali Harris historycznego zwycięstwa, które czyni z niej pierwszą pierwszą kobietę na stanowisku wiceprezydenta USA.

O tym, że świat technologii i to nie tylko w postaci samych prezesów, ale także szeregowych pracowników stał murem za Bidenem być może najlepiej świadczą dane, które tuż przed wyborami ujawnił magazyn „Wired".

Okazuje się, że blisko 95 proc. wpłat od pracowników sześciu dużych firm technologicznych trafiło na prowadzenie kampanii Bidena. Pracownicy Alphabet, Amazon, Apple, Facebooka, Microsoft i Oracle przekazali na rzecz kandydata Demokratów prawie ponad 4,7 mln dolarów czyli 20 razy więcej pieniędzy niż na Trumpa. 

To wyliczenie jest najlepszym podsumowaniem nastrojów w Dolinie względem obu kandydatów. Szczególnie jak spojrzymy trochę głębiej w dane. Jedynie pracownicy Oracle wpłacili powiedzmy, że zauważalne pieniądze na rzecz Trumpa - jedna piąta ich wpłat poszła na konta kampanii Republikanów. To, że właśnie z Oracle finansowego wsparcia dla Trumpa było najwięcej jest mocno zbieżne z tym, że Larry Ellisson czyli współzałożyciel i prezes tej firmy oraz Safra Catz jej szefowa są zadeklarowanymi zwolennikami Trumpa. Tyle, że są wyjątkiem. Obok nich jedynym głośną postacią ze środowiska korporacji cyfrowych, która aktywnie wspiera Trumpa jest współzałożyciel PayPala i Palantira Peter Thiel.

Tak Palantier jak i Oracle z tych ciepłych uczuć miały oczywiście konkretne zyski. Firma Ellisona okazała się być wygraną wojny o TikToka. Groźby zdelegalizowania tego chińskiego serwisu na terenie USA, ostatecznie skończyły się umową dla Oracle i Walmarta, które stały się mniejszościowymi udziałowcami TikToka jako „zaufani partnerzy technologiczni”. Co więcej TikTok został zobowiązany do korzystania z chmurowych usług Oracle tym samym stając się jednym z największych klientów tej firmy. 

Równocześnie Trump przenosząc swoje osobiste niechęci zablokował Amazonowi wart 10 mld dolarów kontrakt na słynny projekt „Jedi” dla Pentagonu. Powód nie był tajemnicą: prezydent USA nie przepada za Jeffem Bezosem, który oprócz Amazona jest właściwielem także dziennika „Washington Post” - gazety regularnie i ostro krytykującej Trumpa.  

To, że w takiej atmosferze Dolina Krzemowa, która i tak tradycyjnie wspiera Demokratów, grała na Bidena nie jest więc specjalnym zaskoczeniem. Tyle, że to wsparcie dzisiaj jest już inne niż jeszcze 4 lata temu bo i sama branża technologiczna mocno się zmieniła. 

Pracownicy Doliny Krzemowej w ostatnich latach wyraźnie i niejednokrotnie pokazywali swoje polityczne zaangażowanie. A to Googlersi w 2018 roku zaprotestowali przeciwko swojej własnej firmie, która weszła we współpracę z Pentagonem nad wojskowym projektem Maven. I to zaprotestowali tak dobitnie, że korporacja wycofała się z potencjalnie lukratywnego kontraktu związanego z pracami nad sztuczną inteligencją. Pracownicy Microsoftu wezwali swojego pracodawcę do zerwania umowy z US Immigration and Customs Enforcement czyli Urzędem Imigracyjno-Celnym. Wreszcie w tym roku pracownicy Facebooka wręcz zgrillowali Marka Zuckerberga za to, że jego serwis nie oznaczył lub wręcz usunął postów Trumpa, w których zawarta była dezinformacja.

Pojazdy autonomiczne, gig-pracownicy, wizy

W takiej atmosferze, choć oczywiście oczy wszystkich będą skierowane na to jak administracja Bidena podejdzie do regulacji Big Techów, tak naprawdę będzie sporo subtelnych sposobów by wpływać na branżę technologiczną. Powszechnie oczekuje się, że rząd USA przywróci neutralność sieci. Zespół Bidena zobowiązał się też do zainwestowania 20 miliardów dolarów w budowę infrastruktury szerokopasmowej dla wykluczownych cyfrowo.

Same Big Techy też będą musiały wybrać, które kwestie są dla nich kluczowe. Amerykańscy eksperci wskazują na kilka kierunków działań, które czekają na konkretne regulacje i działania administracji. 

Ważnym tematem jest wsparcie rozwoju i wreszcie uregulowanie na czym ma polegać bezpieczeństwo autonomicznego transportu. Bez takich ram prawnych masowe wdrożenie autonomicznych pojazdów jest praktycznie niemożliwe. W Komisji Papierów Wartościowych i Giełd zaś branżę technologiczną czeka mocny lobbing na rzecz nowych przepisów promujących otwarcie rynku na różne cyfrowe waluty tak by nie dopuścić do monopolizacji tego rynku.

Departament Pracy jest u progu dopracowania przepisów, które miałyby określać, kiedy pracownik jest faktycznie pracownikiem a kiedy niezależnym wykonawcą. Czyli tego czy firmy typu Uber działające w ramach gig-economy nie będą musiały nagle zatrudnić tysięcy swoich podwykonawców. Niedawno Uber, Lyft i DoorDash w Kalifornii zablokowały takie przeklasyfikowania pracowników. Tyle, że Biden i jego najbliższy zespół jest znacznie bliższy koncepcji, że powinni oni być traktowani jako pełnoetatowi pracownicy i mieć zapewnioną taką właśnie ochronę i prawa.

Z drugiej strony Dolina Krzemowa mocno walczyła z ograniczeniami nałożonymi przez Trumpa dotyczącymi programów wizowych dla wykwalifikowanych pracowników z zagranicy. I w tym wypadku Biden zobowiązał się do zajęcia bardziej otwartego stanowiska w sprawie imigracji sprzyjającego potrzebom tech-korporacji.

Zimna wojna cyfrowa z Chinami 

Wszystkie te sprawy jednak bledną w obliczu prawdziwego wyzwania jakim jest uporządkowanie kontaktów z Chinami. Szczególnie pod kątem kwestii technologicznych i łańcuchów dostaw.

- Wybór Bidena nie zwiastuje raczej odwrotu Waszyngtonu od polityki nakierowanej na powstrzymywanie rosnącej potęgi Chin. Nie chodzi tu tylko o gospodarczy wymiar rywalizacji, ale również o te typowo strategiczne, jak dążenie do prymatu technologicznego - podkreśla w rozmowie z nami Alicja Bachulska, ekspertka ds. Chin z MapInfluenCE.

Bachulska tłumaczy, że chociaż prezydenci USA z ramienia Partii Demokratycznej historycznie byli bardziej nakierowani na dialog z rządem w Pekinie to obecnie jednak widać, że ponadpartyjny konsensus odnośnie konieczności stawienia czoła rosnącym Chinom jest trwały.  

Rzeczywiście administracja Trumpa agresywnie podchodziła do wielu kwestii związanych z Chinami i ich ekspansją technologiczną. Na czele z prawdziwą batalią skierowaną w stronę potentata rynku telekomunikacyjnego i technologii 5G, czyli Huawei. Biały Dom wprowadził również cła na towary amerykańskie wyprodukowane w Chinach, a Trump zapowiedział, że chce, aby firmy technologiczne sprowadziły produkcję i produkcję do Stanów Zjednoczonych. Na końcówce kadencji zaś Waszyngton ogłosił projekt „Czyste sieci”, zakładający oczyszczenie internetu w Stanach i u sojuszników z chińskiego sprzętu i oprogramowania. 

Tyle, że wszystkie te działania póki co nie przyniosły takich efektów na jakie stawiał Trump czyli odbudowania miejsc pracy w USA i faktycznego osłabienia Chin. Dlatego wielu analityków spodziewa się, że administracja Bidena zajmie nieco łagodniejsze stanowisko w kwestii technologii i polityki w Chinach. Co nie oznacza wcale zmiany ogólnego kursu. D

Dlatego zamiast mówić o blokowaniu Chin Biden lansuje plan „Made in America”, który obejmuje inwestycje w produkcję w USA oraz badania i rozwój technologii tak by rodzime firmy zacząć uniezależniać od chińskiego rynku.

By to zadziałało mają się pojawić inwestycje krajowe (choćby wspomniana budowa internetu szerokopasmowego) tak by USA zaczęły odbudowywać przewagę konkurencyjną nad Chinami w kluczowych technologiach, takich jak komputery kwantowe, sztuczna inteligencja i 5G.

Pod wieloma względami można jednak spodziewać się nawet ostrzejszego kursu nowego prezydenta w stosunku do Chińskiej Republiki Ludowej, czego zapowiedzi były już w niektórych wypowiedziach Bidena. Chińskiego prezydenta Xi Jinpinga nazwał on wprost „bandytą” i przyrzekł poprowadzić międzynarodową kampanię mającą na celu „wywieranie presji, izolowanie i karanie Chin”. Różnica między Trumpem a Bidenem pod jest taka, że prezydent elekt jasno stawia powody tej ostrej krytyki i wskazuje choćby na traktowanie mniejszości muzułmańskiej w Xinjiangu jako „ludobójstwo”. 

Co więcej Biden w marcu tego roku, tuż po tym jak Covid-19 stał się globalną pandemią opublikował artykuł, w którym wzywał do zbudowania „zjednoczonego frontu sojuszników i partnerów USA, aby stawić czoła obelżywym zachowaniom Chin i łamaniu praw człowieka”.

- Prawdopodobnie zmieni się więc retoryka nowej administracji USA, ale nie jej ogólny kierunek wobec Pekinu. Niewykluczona jest też wzmożona współpraca transatlantycka w kwestii równoważenia rosnących wpływów Chin, jako że Biden „mówi językiem” zrozumiałym i mile widzianym w Brukseli - ocenia Bachulska. 

Podstawową jednak różnicą - co podkreślają wszyscy analitycy, biznesmeni i obserwatorzy - ma być to, że zakończy się zarządzanie najpotężniejszym państwem świata i jego dyplomacją za pomocą twittów.