SW+

Betonoza trawi polskie miasta. Bez drzew, wyłożone kostką Bauma, w upały stają się rozgrzaną patelnią

Betonoza trawi polskie miasta
327 interakcji
dołącz do dyskusji

Z dziesiątek, a może i setek miejskich rynków i parków wycięto drzewa i wyrwano trawę. Bo przecież równa, granitowa płyta jest bardziej elegancka. Tymczasem katastrofa klimatyczna zaczęła zamieniać je w rozgrzane patelnie. – Na drzewa żałujemy pieniędzy, a w tym samym czasie wydajemy miliony złotych na nowe technologie. Wystarczy, że pojawi się modne hasło smart – gorzko stwierdza Jan Mencwel, autor książki „Betonoza. Jak niszczy się polskie miasta”.

Włocławek, Bartoszyce, Parczew, Sokółka, Limanowa, Kutno, Myślenice, Nowe Miasto Lubawskie, Swarzędz czy widoczne na głównym zdjęciu Skierniewice – to tylko niektóre spośród miast, które w ostatnich latach wycięły drzewa ze swoich najbardziej reprezentacyjnych przestrzeni. Można by pomyśleć, że Polacy nienawidzą drzew i śpiewu ptaków, a kochają beton i ryk pił. Prawda leży jednak gdzie indziej. A gdzie konkretnie docieka Jan Mencwel – z wnikliwością reportażysty i zacięciem miejskiego aktywisty.

Mencwel odwiedza kolejne miasta, pokazując, że przeprowadzane modernizacje wcale nie ożywiają publicznych przestrzeni. Sprawdza, dlaczego w naszym kraju zalewanie rynku betonem nazywa się rewitalizacją. A przecież z łaciny „re-” połączone z „vita” to dosłownie „przywrócenie do życia”. W polskich miastach przynosi odwrotny efekt: zamarcia. Nikt bowiem nie chce spędzać czasu na rozgrzanym bruku, choćby był najpiękniejszy i kosztował miliony z unijnej dotacji.

I nawet to, że przez większość roku nie mamy w Polsce upałów, nie jest wytłumaczeniem dla takiej przebudowy. Bo gdy zmienia się pogoda, to odsłania się druga strona betonowego medalu. Wybrukowane place przyczyniają się do podtapiania miast w czasie intensywnych ulew. Takich codziennych bolączek wraz ze zmieniającym się klimatem będzie coraz więcej. I to do nich powinniśmy przygotowywać publiczne przestrzenie. Taki właśnie ton przebija z książki Mancwela. 

Autor opisując choroby trawiące polskie miasta, nie pozostawia nas bez recepty na ich uzdrowienie. Tyle że nie są to wcale pomysły na nowe, rewolucyjne technologie – tylko apel, by wrócić do natury. 

„Betonoza. Jak niszczy się polskie miasta”, Jan Mencwel, Wydawnictwo Krytyka Polityczna, 2020.
Książka dostępna w wersji papierowej i jako e-book. 

– Przed „rewitalizacją” przestrzeń celowo się zaniedbuje. Nie kosi traw, nie dba o drzewa. Straszą połamane ławki. Włodarze mają argument, że aby przywrócić ład, trzeba zrobić modernizację – Jan Mencwel opowiada, jak celowo doprowadza się miasta do betonozy. Przekonuje także, że właśnie idzie „zielona fala” i mieszkańcy chcą powrotu natury do miast.

Jan Mencwel, fot. Tomek Kaczor

Betonoza, czyli betonowanie przestrzeni publicznych: rynków, parków trwa od lat, ale temat zyskał ogólnopolski rozgłos dzięki pana akcji na Twitterze. 

Faktycznie, zaczęło się od akcji stowarzyszenia Miasto Jest Nasze na Twitterze. W zeszłym roku podczas czerwcowej fali upałów pod hasztagiem #betonoza wrzucaliśmy zdjęcia miejskich rynków, z których zostały wycięte drzewa, a przestrzeń zamieniła się w betonową pustynię. Dostałem kilkadziesiąt przykładów z całej Polski. Zszokowało mnie, że tych betonowych rewitalizacji przestrzeni jest aż tyle. Zacząłem się zastanawiać: skąd się to bierze, że wypieramy przyrodę i zieleń z miast, a w zamian betonujemy je, czyniąc gorszymi miejscami do życia. 

I skąd to się wzięło?

Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, to dążenie władz miejskich do szybkich, zauważalnych zmian, przy których można przeciąć wstęgę. Wielu wydaje się, że wycinka drzew i wybetonowanie miejskiego placu to właśnie taka zmiana, która pozwala się wykazać. Dlatego najczęściej betonuje się rynki, czyli przestrzenie reprezentatywne w centrach miast. Takie zmiany od razu widzą wszyscy. Po drugie, drzewa padają ofiarą błędnie pojętego dbania o bezpieczeństwo: trzeba wyciąć, bo się przewróci i spadnie komuś na głowę. Ten argument jest u nas bardzo nadużywany. Po trzecie, mamy w Polsce błędnie pojęty wzorzec tego, czym jest dobra przestrzeń. Wycinamy drzewa, bo mamy przekonanie, że są one czymś nienowoczesnym, a porządne i nowoczesne miasto powinno być czyste, bez opadających liści, a rynek – gładki jak stół i mieć fontannę. 

Ale to się już chyba zmieniło, sami mieszkańcy coraz częściej protestują przeciwko takim zmianom otoczenia. 

To prawda. Nadchodzi zielona fala w polskich miastach. W miejscach, które odwiedziłem, zwykle nie było wcześniej żadnych protestów w sprawach samorządowych. Tematy miejskie nikogo nie wyprowadzały na ulicę. Aż nagle sprawa zieleni zaangażowała ludzi, często pomimo różnic światopoglądowych. Pojawiają się kolejne stowarzyszenia broniące zieleni i przynosi to efekty. Burmistrzowie i prezydenci coraz częściej muszą odkręcać swoje decyzje, wstrzymywać warte grube miliony inwestycje, bo widzą, że mieszkańcy ich nie chcą. 

Oczywiście są i tacy, którzy docenią, że coś się zmieniło i wreszcie jest porządek. To efekt tego, że zwykle przed „rewitalizacją” przestrzeń celowo się zaniedbuje; nie kosi traw, nie dba o drzewa, przestaje w nie inwestować. Straszą połamane ławki czy nierówne alejki. Potem włodarze mają argument, że aby przywrócić ład, trzeba zrobić modernizację. 

Takie przygotowywanie gruntu pod rewitalizację to częsta praktyka? 

To klasyczny schemat działania w polskich miastach. Ich włodarze mówią: zobaczcie, to jest zaniedbane, nikt z tego nie korzysta. Ożywmy to miejsce, zróbmy rewitalizację. I faktycznie trudno z tym dyskutować, bo np. rynek jest zapuszczony, więc każdy chce zmian. Potem robi się to, co najłatwiejsze, czyli wycina drzewa, betonuje i już można przeciąć wstęgę. To ten sam schemat, jak przy wielu zabytkowych budynkach, zwłaszcza tych poprzemysłowych. Najpierw dopuszcza się do tego, żeby stały się ruiną, a potem wpuszcza inwestora, który niby ratuje sytuację. W efekcie najczęściej zabytek znika, a w jego miejsce powstają grodzone apartamenty, gdzie metr kwadratowy kosztuje 20 tys. złotych.

Jednak są mieszkańcy, którzy protestują, a to nie jest łatwe, szczególnie w małym mieście. Kto tam ma na to odwagę? 

Włocławek, fot. Jakub Szafrański/Krytyka Polityczna

Bardzo różni ludzie, ale głównie młodzi. Często powtarza się schemat, że to osoby, które urodziły się w małym mieście, wyjechały z niego do dużego ośrodka albo za granicę, a potem wróciły do rodzinnej miejscowości. I następuje zderzenie z tym, co widzieli na Zachodzie. W Europie Zachodniej tereny zielone traktowane są jako dobro wspólne, które ma ogromną wartość. Kiedy więc widzą, że u nich planowana jest taka standardowa rewitalizacja, czyli ożywienie przez wycinkę i betonowanie, to protestują, choć to nie jest łatwe, szczególnie w małym mieście, gdzie trzeba więcej odwagi. W mniejszych miastach ludzie boją się władzy, bo samorząd jest często największym pracodawcą. Poza tym ma duże wpływy, sięgające tak daleko, że każdego można ukarać. Jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio.

Zdarza się, że wycinkę drzew argumentuje się tym, że to drzewa zasadzone w czasie komuny. Dlaczego drzewo PRL-owskie jest gorsze od kapitalistycznego?

Żyjemy w kraju, gdzie powszechny jest kompleks utraconego dziedzictwa. W czasie wojny zniszczono nam zabytki i miasta, a potem przyszedł PRL i po swojemu zmienił przestrzeń. Panuje przekonanie, że to „dziedzictwo komuny” jest narzucone, gorsze, szczególnie, że wtedy często powstawały zielone skwery na rynkach, których przed wojną nie było. Kiedy więc burmistrzowie planują rewitalizację, to często chcą odtworzyć historyczny kształt rynków. Pytają konserwatora zabytków, a ten pokazuje zdjęcia jak to było przed wojną i w efekcie wracamy do XIX wieku. To błąd, bo zmiany które zachodziły nawet 70 lat temu, we wczesnym PRL-u, to też element naszego dziedzictwa – były często tworzone przez wykształconych przed wojną architektów i urbanistów. Wystarczy jednak sama łatka komuny, by zepchnąć je buldożerem do kosza. 

Włodarze często sięgają po argument przywracania historycznego wyglądu miasta. Tylko czy współcześnie nie powinniśmy dostosowywać publicznych przestrzeni do wyzwań XXI wieku? 

Można jedno z drugim pogodzić. Nie chodzi o to, że musimy od razu zaorać cały rynek i posadzić wszędzie drzewa, zasiać trawę. Wystarczy, że przestaniemy zieleń wypierać z miast. Ona może przecież współistnieć z innymi przestrzeniami. Ta zieleń jest nam potrzebna. Jest dobra dla biznesu. Jeśli zależy nam, żeby na rynku czy dużej ulicy były atrakcyjne warunki do prowadzenia sklepów, restauracji, to powinniśmy stawiać na zieleń. Są badania pokazujące, że ludzie chętniej robią zakupy w przestrzeniach, gdzie są drzewa i ich cień. Co więcej w takich warunkach wydają w nich więcej pieniędzy. Są bardziej uspokojeni, przyroda redukuje stres. Jak jest cień, to wychodząc ze sklepu, nie muszą jak najszybciej uciekać z rozgrzanej latem patelni. Mogą spokojnie iść po takiej ulicy, wstąpić do kolejnego sklepu czy usiąść w kawiarni.

Szczególnie, że zaczynamy już faktycznie odczuwać coraz wyższe temperatury. 

I to jest drugi ważny argument: nadchodząca katastrofa klimatyczna. W Polsce dopiero zaczynamy o tym myśleć. Niestety dotąd podejmowaliśmy decyzje dokładnie odwrotnie do tych, jakie powinniśmy. Bez zazieleniania przestrzeni nie poradzimy sobie z kryzysem klimatycznym, choć oczywiście drzewa nie wystarczą, by mu przeciwdziałać.

Polskie miasta są gotowe na upały i katastrofę klimatyczną?

Teraz sytuacja jest bardzo zła. Doskonale było to widać w dwóch ostatnich sezonach letnich. Rok temu w czerwcu, czyli jeszcze przed sezonem urlopowym, przeżywaliśmy falę upałów. A kiedy nie ma drzew, to chodzenie po rozżarzonych betonowych patelniach jest po prostu niebezpieczne. Na przykład dla osób zmagających się z chorobami układu krążenia.

W tym roku z kolei mieliśmy okres bardzo nawalnych deszczów. Najpierw wiosną była długotrwała susza, a potem ulewy. Wiele miast uległo podtopieniom m.in. przez to, że są tak zabetonowane. Po jednym z takich podtopień Marek Materek, prezydent Starachowic – zresztą jeden z najmłodszych prezydentów miast w Polsce – stwierdził, że to sygnał do zmiany podejścia. Wydawało nam się, że postępujemy nowocześnie, a okazuje się, że zabetonowane przestrzenie będą przy kolejnych podtopieniach generować milionowe straty. Kiedy mamy zieloną przestrzeń z drzewami, trawnikami, łąkami kwietnymi, to ona wchłonie wodę. Po betonie może co najwyżej spłynąć do niższej położonych miejsc.

Skoro susze i upały będą coraz częstsze, to czy drzewa nie będą częściej wycinane ze względów bezpieczeństwa? 

Jest takie ryzyko i mówią o tym specjaliści od ochrony drzew. Dlatego musimy dostrzec, że dorosłe, stare drzewa są pewnym cennym zasobem. Musimy zrozumieć, że warto inwestować w ich pielęgnację, rozbetonowanie przestrzeni wokół nich po to, aby miały lepszy dostęp do wody.

Każdy burmistrz planujący rewitalizację panu powie, że przecież zaplanowane są nasadzenia. Drzewka w donicach nie zastąpią drzew?

Nie, bo jedno dorosłe drzewo jest warte tyle, co setki, a w niektórych przypadkach – tysiące młodych sadzonek. Nie wspominając już o drzewach w donicach, które nigdy nie urosną do większych rozmiarów. Sami mieszkańcy już coraz częściej widzą, że to jest zwykła ściema. Pamiętam, jak w Warszawie przy okazji budowy metra i remontu ulicy Świętokrzyskiej wycięto drzewa i zastąpiono je drzewkami w donicach. Wszyscy byli oburzeni. Tłumaczono, że przecież są drzewa. Tyle tylko, że one zaraz zaczęły usychać. To był wstyd dla prezydenta miasta, czyli ówcześnie Hanny Gronkiewicz-Waltz. Nie da się dłużej utrzymać tej narracji i nasadzeniach. Ludzie widzą, że młode drzewko nie zastąpi dorosłego. Nawet jeśli przetrwa, to nie da tyle cienia. Nie mówiąc już o zmienionym krajobrazie. To coś sztucznego, co nie spełnia tych samych funkcji. 

Mimo to wciąż słyszymy o betonujących rynki miastach.

Największa fala betonozy i wydawania unijnych pieniędzy na rewitalizacje przeszła już przez polskie miasta. Teraz powstają pierwsze inwestycje o przeciwnym kierunku. Na przykład w Szczecinie, gdzie zmodernizowano Plac Orła Białego. Wcześniej była tam betonowa pustynia, a teraz większość placu to zieleń, trawa, kwiaty i drzewa. Podobne plany mają objąć część warszawskiego Placu Defilad. Mam nadzieję, że to początek i nowa zielona fala nadejdzie. Wystarczy, że zastanowimy się, kiedy w naszym mieście otwarto ostatnio nowy park... Parki, w których spędzamy czas, są albo z PRL, albo sprzed wojny. W III RP zieleń spadła z listy „inwestycji”, chociaż ona akurat zawsze się zwraca.

W książce szeroko opisuje pan problem samochodozy, czyli zagarniania przez auta przestrzeni publicznej. To zjawisko też przyczynia się do kolejnego betonowania i przyśpiesza zmian klimatycznych.

Niestety, jeśli chodzi o myślenie wielu decydentów, jesteśmy kilkadziesiąt lat za Europą. Inaczej jest kiedy spojrzymy na mieszkańców. Było to widać wiosną, kiedy przeżywaliśmy wielki boom rowerowy. Gdyby infrastruktura rowerowa była lepsza, to zainteresowanie byłoby jeszcze większe. Więcej ludzi dojeżdżałoby do pracy na rowerze, mielibyśmy mniejsze korki, lepsze powietrze. Wszyscy zyskują. 

Wszyscy i tak nie przesiądą się na rowery.

Oczywiście, ale też wcale nie muszą. Wystarczy, że część to zrobi, a ruch aut będzie mniejszy. W rezultacie miasta się odkorkują. Nie będziemy potrzebowali wielkich arterii drogowych. W części z nich będzie można przywrócić zieleń. Takie zmiany przeprowadzają teraz europejskie stolice, np. Paryż. W Polsce przeprowadziło je Jaworzno, wyprowadzając cały ruch z centrum, zwężając ulice i ograniczając prędkość. Żyje się tam znacznie lepiej niż w podobnej wielkości miastach i co kluczowe bezpieczniej. Prawie nie zdarzają się tam śmiertelne wypadki drogowe, co jest w Polsce ewenementem.

Świdnica, fot. Jakub Szafrański/Krytyka Polityczna.

Ale może jakość życia i funkcjonowania w miastach polepszą nam nowe technologie, samochody elektryczne i autonomiczne zarówno prywatne, jak i w transporcie publicznym. 

Na pewno mogą poprawić jakość powietrza. Jednak pamiętajmy, że większości Polaków nie będzie stać na elektryczny samochód. Takie auta są drogie. Mimo że ich ceny spadają, to nie obniżą się do poziomu aut spalinowych, które można kupić za kilka tysięcy złotych i na które prawie każdego stać. Nie ma się więc co oszukiwać, że ta rewolucja wydarzy się szybko w Polsce.

Norwegowie planują zakazać aut spalinowych.

Tak, ale to dużo bogatszy naród. My jesteśmy na to za biedni. Zatem jedyne, co możemy zrobić tanio i szybko, bo katastrofa klimatyczna nie będzie czekać, to inwestować w ruch rowerowy oraz transport publiczny. Nie ma co się oszukiwać, że przed kryzysem klimatycznym uratuje nas jakaś technologia. Za bardzo jesteśmy zapatrzeni w ten model rozwoju, że pojawi się jakaś innowacja i nas zbawi.

W książce pisze pan, że zamiast „ciągłego poszukiwania innowacji powinniśmy dziś poszukać nieco… zacofania”. 

Bo tak jest. Weźmy choćby drzewo, które jest elementem przyrody, a jednocześnie można powiedzieć, że to supernowoczesny wynalazek, który spełnia wiele bardzo pożytecznych funkcji. Bo co robi drzewo? Schładza, czyli działa jak klimatyzator. Pochłania wodę i dwutlenek węgla. Oczyszcza powietrze ze spalin. Poprawia retencję wody. Gdyby ktoś wpadł na taki wynalazek, który robiłby to wszystko, to dostałby Nagrodę Nobla. Tyle że on już istnieje. Można po prostu zachować go w naszej przestrzeni. 

Czyli nie wierzy pan, że nowe technologie nas zbawią?

Jeśli miałbym wybierać między jednym a drugim, to wybrałbym drzewo. Trzeba pamiętać, że wszystkie te nowe technologie bardzo dużo kosztują. Trzeba w nie zainwestować miliony złotych bez żadnej gwarancji, że faktycznie zadziałają. Nikt się nie zastanawia, co konkretnie nam przyniosą. A w przypadku drzew to jest bardzo proste. Każde drzewo i jego usługi można przeliczyć na pieniądze. Robią to także polscy badacze. I wychodzi, że drzewa oczywiście kosztują, ale inwestycje w nie zwracają się z nawiązką. Tyle tylko, że na drzewa żałujemy pieniędzy, kiedy w tym samym czasie wydajemy miliony złotych na nowe technologie, nie zadając sobie nawet pytania, co z tego jako społeczeństwo będziemy mieli. Wystarczy, że pojawi się modne hasło, jak smart city. 

To pojęcie zrobiło w ostatnich latach wielką karierę, a pan pisze w książce, że wielki biznes w parze z władzami publicznymi spaczył tą ideę. 

W Polsce jeszcze tak mocno nas to nie dotknęło, ale na Zachodzie to wypaczenie jest wyraźnie widoczne. Weźmy przykład Toronto w Kanadzie, gdzie firma powiązana z Google chciała zbudować nowoczesną dzielnicę w zaniedbanej dotąd portowej części miasta. Plan brzmiał ambitnie, miały tam powstać wieżowce, a nawet publiczna zieleń. Jednak szybko okazało się, że cała ta dzielnica dzięki technologii zamieni się w jeden wielki magazyn danych. Każdy, kto będzie do niej wchodził, będzie tysiące razy przeskanowany, a wszelkie jego ruchy śledzone. Dodatkowo okazało się, że za wszystko ma zapłacić miasto, nabijając zyski prywatnej korporacji. Mieszkańcy zbuntowali się. Powstał ogromny ruch sprzeciwiający się tej inwestycji i się z niej wycofano. Do Polski takie plany jeszcze nie dotarły, ale łatwo wyobrazić sobie, że jakaś wielka korporacja będzie chciała zrobić coś podobnego pod płaszczykiem rewitalizacji.

Jaka czeka nas przyszłość? Czy za 10 lat będziemy znowu masowo przebudowywać centra miast, aby dostosować je do zmian klimatycznych?

Na Zachodzie to już się dzieje i u nas też może się szybko zadziać. Wystarczy jeden rok, w którym kryzys klimatyczny da nam mocno popalić upałami, suszą i nawalnymi deszczami. Gdy odczujemy to bezpośrednio na własnej skórze, zrozumiemy, że potrzebujemy zmian w naszej przestrzeni publicznej. Albo wprowadzimy zmiany, albo będziemy żyć w miastach co roku zalewanych nawałnicami, gdzie latem nie da się wytrzymać z gorąca i trudno wyjść z domu. Co ważne, to nie jest katastroficzna wizja, która wydarzy się za jakieś 50 lat. To wszystko może stać się za kilka, kilkanaście lat. Takie sytuacje mogą być impulsem do bardzo głębokich zmian. Nikogo nie będzie już dziwiło, że rezygnujemy z budowy kolejnego pasa ruchu czy estakady i te pieniądze wydajemy na zazielenianie miasta. 

Będziemy jak mieszkańcy Rotterdamu zrywać asfalt i beton, aby sadzić drzewa? 

Niedawno w Warszawie wraz z sąsiadami zerwaliśmy 5 metrów betonu z chodnika, aby posadzić zieleń. Od rzeczniczki Ratusza usłyszeliśmy, że dokonaliśmy dewastacji. Być może dostaniemy zarzuty. W Rotterdamie zaś każdy mieszkaniec miasta może rozbetonować swoją ulicę. To nie jest żadna ideologia, tylko działanie, które popierają mieszkańcy, więc władze dają im do tego narzędzia. Być może włodarze polskich miast też do tego dojrzeją.

Skierniewice, fot. Tomek Kaczor

Prawdę mówiąc, nie brzmi jak coś, co może wydarzyć się w Polsce. 

Też mam co do tego wątpliwości. Główny problem leży w długoletnich radnych, prezydentach i burmistrzach miast. Takich, którzy zasiedzieli się na swoich stanowiskach już trzecią czy czwartą kadencję. Oni zwyczajnie nie potrafią się przyznać, że wcześniej zrobili coś źle czy stosowali zły schemat działania. Żyją w poczuciu swojego własnego sukcesu życiowego. Trudno im przyznać: byliśmy głupi, zmieniamy swoje podejście. To oni są największymi blokującymi zmianę. Dlatego nadzieja w nowych i młodych, jak prezydent Starachowic. Nie zdziwię się, gdy w kolejnych wyborach samorządowych kandydaci będą obiecywać nowe parki czy zazielenienia miast, a obecni burmistrzowie nagle będą próbowali pokazać, jacy to są zieloni. I może wszystkim nam wyjdzie to na dobre. 

Jan Mencwel – działacz społeczny i aktywista miejski, współzałożyciel i przewodniczący stowarzyszenia Miasto Jest Nasze.