1. SPIDER'S WEB
  2. Ekologia
  3. Nauka
  4. Tech

Rozrzucają pestki owoców, chcą zasadzić tysiące drzew owocowych. STOP! „To absolutnie nieodpowiedzialne”

Rozrzucają pestki owoców, chcą zasadzić tysiące drzew owocowych. STOP! „To absolutnie nieodpowiedzialne”
1250 interakcji
dołącz do dyskusji

Ktoś nawołuje do rozrzucania pestek owoców po całej Polsce. Wydawać by się mogło, że wyrzucenie pestek do ziemi to logiczny i rozsądny pomysł – owoc wraca tam, skąd przyszedł. Tyle że choć Ziemia jest wspólnym domem, to jednak szerokość geograficzna ma znaczenie. Szczególnie w przypadku owoców i warzyw.

Urszula Kaczorowska z serwisu „Nauka w Polsce” zauważyła facebookowy wpis, który od roku cieszy się szczególną popularnością. Tekst o tym, aby suszyć pestki i następnie wyrzucać je na wsiach, już ma 70 tys. udostępnień i stale przybywa nowych. Co jest złego w tej poradzie?

Jestem przerażony, bo to jest prosta droga do inwazji biologicznej. W Ameryce Północnej są znane przypadki zaniku rodzimych gatunków w wyniku hybrydyzacji z gatunkami obcymi – komentuje prof. Bogdan Jaroszewicz z Białowieskiej Stacji Geobotanicznej.

Autorka facebookowego wpisu powołuje się na przykład Tajlandii czy Malezji, gdzie rzekomo akcję wyrzucania pestek popierały tamtejsze rządy. Sęk w tym, że w tamtych regionach tamte owoce z pestek mogą występować naturalnie – i faktycznie wracają, skąd przyszły. U nas jest z tym pewien problem i jak przypomina Kaczorowska, nawet „polskie jabłko” to krzyżówka kilku gatunków jabłoni kaukaskich.

O ile uprawa pod kontrolą jest niegroźna, tak „wolna Amerykanka” zaszkodzi przyrodzie

Samodzielne rozrzucanie pestek może skutkować tym, że doprowadzimy do wyhodowania gatunków inwazyjnych, które pokonają te naturalnie występujące. Nawet Unia Europejska zauważyła, że „gatunki inwazyjne stwarzają istotne i szybko rosnące zagrożenie dla rodzimej różnorodności biologicznej w Europie”.

Prosty przykład: rośliny inwazyjne mogą bardziej przyciągać zapylające owady, co będzie skutkowało tym, że występujące naturalnie przegrają nierówną walkę. A jeżeli te były przysmakiem zwierząt, to ich brak doprowadzi do zmniejszenia populacji. Wszystko jest ze sobą połączone.

Właśnie dlatego ekolodzy wcześniej przestrzegali przed nieco populistycznym działaniem, jakim było stawianie uli. Teoretycznie domki dla pszczół mają im pomóc, ale…

W Polsce istnieje ponad 450 gatunków żyjących dziko. Pszczoła miodna, o którą troszczy się większość, jest według naukowców „stosunkowo mało zagrożona”. A to właśnie one mogą zamieszkać w nowych pasiekach, powiększając tym samym swoją populację. To fatalna wiadomość dla reszty dzikich pszczół, które w większości żyją samotnie. Gdy pszczół miodnych przybywa, działające w pojedynkę owady nie mają szans zdobyć pożywienia.

Takie drobne działania człowieka mogą wywrócić do góry nogami cały ekosystem. Weźmy koszenie trawników – to właśnie przez to wróble mają trudniejszy dostęp do pożywienia. Im bliżej ziemi, tym większe prawdopodobieństwo walki o pokarm z drapieżnikami, takimi jak sroka, wrona siwa czy sójka.

Mieszamy się też do naturalnych praw rządzących przyrodą podczas wizyt w lasach

Wyrzucenie jabłka czy skórki od banana wydaje się podobnym gestem, jak pozbycie się pestek i zostawienie ich w ziemi. Tymczasem i to ma swoje fatalne konsekwencje, o czym mówili leśnicy.

Resztki zwabiają zwierzęta, tymczasem takie ludzkie smakołyki nie są tradycyjnym składnikiem ich diety. Jedzenie może więc im zaszkodzić. Na dodatek zmienia ich nawyki – zamiast tradycyjnych dróg w poszukiwaniu pożywienia, zwierzę wybierze skrót: czyli miejsce gdzie trafiają ludzkie odpady.

Istnieje również ryzyko, że zwabiona jedzeniem zwierzyna spotka się z gatunkami, z którymi normalnie się nie widzi. Wówczas może dojść do niebezpiecznej „wymiany” pasożytów i chorób.  

Chcemy dobrze, a wychodzi… jak zwykle. To jeszcze jeden efekt odejścia od przyrody i nie rozumienia, jak ona działa.