E-hulajnogi w e-tam państwie. Nowe przepisy to fikcja

e-hulajnogi
108 interakcji
dołącz do dyskusji

Kiedy zaczęły obowiązywać nowe przepisy dotyczące poruszania się hulajnogami, przeżyłem szok, a potem oświecenie. Chwilowa złość na mniejszą prędkość szybko minęła i zacząłem doceniać decyzję o jeszcze bezpieczniejszym poruszaniu się. Nowe obowiązki to jednak straszny rollercoaster – nawet nie zdążyłem oswoić się z jazdą maksymalnie 20 km/h, a okazało się, że pojazdy osiągają lepsze rezultaty.

Od 20 maja hulajnogą nie można jechać szybciej niż 20 km/h. Teoretycznie. W praktyce osiągnięcie 24 km/h na publicznie dostępnych do wypożyczenia maszynach nie jest czymś niemożliwym. I nie mówię tutaj o sytuacji, kiedy zjeżdża się z górki ani tym bardziej, gdy wjeżdża się pod bardziej strome zbocze – wtedy większa moc byłaby zrozumiała. Nie, hulajnoga nawet na prostej przekracza 20 km/h, jak za starych dobrych czasów.

Sprawdziłem to na pojazdach, które mają licznik, a także na tych, które go nie mają – wówczas dane potwierdził mi zegarek Garmin Venu. Nie jest to może w 100 proc. dokładny pomiar, ale nawet on pokazuje, że bardzo łatwo nagiąć przepisy.

Niby 3-4 km/h więcej to nie tak dużo, tym bardziej że to wciąż mniej niż osiągane przeze mnie wcześniej 27 km/h, ale…

Hej – skoro mamy jakieś prawo, to należałoby się do niego dostosować.

Oczywiście bardzo łatwo zrzucić winę na użytkowników, którzy sami rozpędzają się do niedozwolonej prędkości, jednak akurat bardzo szybko odbiję piłeczkę. Po pierwsze użytkownik nie zawsze może kontrolować prędkość hulajnogi.  Po drugie, operatorzy hulajnóg jakoś potrafili dogadać się z miastami, aby nie dało się zaparkować pojazdu w wyznaczonych miejscach. Skoro więc można wyegzekwować od nich taką rzecz, spokojnie dałoby się ustalić, że hulajnogi nie mogą przekroczyć więcej niż 20 km/h. Nie i już.

Wcale nie chodzi mi o to, aby rozpocząć krucjatę przeciwko operatorom hulajnóg czy ludziom, którzy przekraczają przepisy. W sprawie nowych przepisów znacznie ważniejsze jest coś innego. Oto zostało ustalone nowe prawo, mimo że tak naprawdę od samego początku było wiadome, że trudno będzie je respektować.

Kiedy kontaktowałem się ze strażą miejską i policją, by dowiedzieć się, jak służby zareagują na jadących zbyt szybko hulajnogistów, w przededniu wejścia przepisów dowiadywałem się, że… nie wiadomo. Straż miejska nie ma możliwości kontrolowania prędkości, a policja zapewne czasu i ochoty.

Zresztą komendant Robert Opas z Biura Ruchu Drogowego KGP zauważał, że kierujący hulajnogami od dłuższego czasu poruszali się ścieżkami rowerowymi i nie licząc incydentów, jakie zawsze mogą się zdarzyć, nie generowało to większych problemów. Nie spodziewał się więc, aby nowe przepisy doprowadziły do drastycznych nieporozumień na drogach.

Już wtedy dla mnie jasne stało się, że nowe przepisy to sztuka dla sztuki

Pozwólcie, że zabrzmię jak skończony mądraliński, zacytuję sam siebie, a potem wypalę „a nie mówiłem” – ale faktycznie właśnie tego się spodziewałem:

Wydzwoniłem kilka oddziałów Straży Miejskiej w Polsce. Zwykle pierwszą odpowiedzią na pytanie o nowe przepisy było proste: czas pokaże. Służby nie są specjalnie szykowane na zmiany, w niektórych rejonach liczba zatrudnionych nie pozwala na to, aby wysyłać patrole w okolice samych ścieżek rowerowych. Nietrudno dojść w takiej sytuacji do wniosku, że nowe przepisy coś regulują, ale w gruncie rzeczy wprowadzone zostały po to, aby wreszcie mieć papier. Nikt nie mówi jednak, co stanie się, gdy ktoś będzie jechał np. 27,5 km/h, jak mu się to udowodni i czy to w ogóle wielkie nadużycie. Sądząc po reakcjach służb, odpowiedź na ostatnie pytanie jest prosta: raczej nie, skoro dzisiaj wiele osób z taką prędkością jedzie i większości nic nie jest.

E-hulajnogi w e-tam państwie – to nie mogło się inaczej skończyć. Jadące szybciej niż zakładane 20 km/h hulajnogi to zaledwie początek lekceważenia przepisów. Ludzie jak jeździli po chodnikach, mimo że obok są pasy dla rowerów, tak dalej jeżdżą. Jak poruszali się szybciej niż piesi, tak dalej to robią. Przepisy nie odstraszyły nawet pasażerów na gapę i widok dwóch osób na jednej hulajnodze przynajmniej w Łodzi jest codziennością.

To może z parkowaniem jest lepiej? Straż miejska zaznaczała, że będzie sprawdzać, „czy hulajnogi są pozostawione na chodniku w prawidłowy sposób”. I niby coraz rzadszym widokiem jest pojazd zajmujący pół drogi dla pieszych, ale… to już poprawiało się przed wejściem w życie przepisów.

Co więcej, niektórzy użytkownicy faktycznie serio potraktowali te „groźby” i stawiają hulajnogi przy stojakach na rowery. Co oznacza, że rowerzysta nie przypnie już tam swojego pojazdu, bo nie ma miejsca. Nowe przepisy miały więc uregulować pewne kwestie związane z hulajnogami, ale nie dość, że tego nie zrobiły, to wprowadziły nowe problemy. Brawo.

Czy to wina operatorów, że nie zawsze dogadują się z miastami, by powstały parkingi dla hulajnóg (a Lublin pokazał, że to możliwe), za to korzystają z infrastruktury nie dla nich? Czy to wina użytkowników, że nie robią sobie nic z przepisów, bo wiedzą, że i tak nikt ich nie sprawdzi? No właśnie. Problemem były przepisy wprowadzone tylko po to, aby były. Papier jest, ale nikt do niego się nie stosuje.

W kwestii hulajnóg w mieście sytuacja wygląda więc tak, jak wcześniej

Ciągle czekamy na uregulowanie kwestii związanych z parkowaniem, bezpiecznym poruszaniem się i prędkością. Na razie to nadal wolna amerykanka.