Ekologia  /  News

Właśnie padło z głodu 700 manatów. Morza zamieniają się w martwe strefy

Picture of the author

Manaty w Stanach Zjednoczonych umierają z głodu. Gatunek zagrożony wyginięciem cierpi z powodu nieodpowiedzialnej polityki człowieka. Mimo że Polskę i Florydę dzielą tysiące kilometrów, nad Bałtykiem problem jest dobrze znany.

Od początku roku do kwietnia zginęło na Florydzie 696 manatów – raportuje serwis tcpalm.com. Smuci nie tylko liczba zgonów, ale szczególnie powód. Pływające zwierzęta umierają z głodu. Ich pożywieniem jest m.in. trawa morska, a tej w wodach Florydy zaczyna brakować.

W ciągu ostatnich dwóch dekad zniknęła trawa morska z powierzchni liczącej ponad 20 tys. hektarów. Sytuacja jest konsekwencją złej polityki wodnej, przez którą zanieczyszczenia dostają się do wody. Cierpi na tym morska flora i fauna, bo cały łańcuch pokarmowy zostaje zaburzony.

Zanieczyszczenia to problem znany nad Bałtykiem

Widzimy dramatyczne konsekwencje – prawie 10 proc. populacji, liczącej na Florydzie ponad 6300 manatów, od początku roku zmarło. Ich śmierć nie jest przypadkowa, bo zanieczyszczenia wód zagrażają również stworzeniom żyjącym w Bałtyku.

Manaty żyją pod ochroną m.in. we wrocławskim zoo

Głównym zagrożeniem dla Bałtyku jest eutrofizacja – czyli „przeżyźnienie środowiska morskiego”. Kiedy do morza dostają się zbyt duże ilości związków azotu i fosforu (w Polsce to konsekwencja rolnictwa), powstają warunki sprzyjające masowemu rozkwitowi glonów i sinic. Te drugie psują urlopy turystom, bo wówczas nie można się kąpać, ale prawdziwe spustoszenie sieją w wodzie.

Kiedy glony i sinice obumierają, gromadzą się dnie i rozkładają. Tyle że wykorzystują do tego tlen, nie tylko zabierając go innym stworzeniom. Ma to dodatkowe skutki. „Gdy brakuje tlenu, wzrasta ilość bakterii beztlenowych, które kontynuują rozkład, a jednocześnie produkują szkodliwy dla organizmów morskich siarkowodór” – tłumaczyło WWF.

Tak tworzą się tzw. martwe strefy

To obszary, w których nie może rozwijać się morskie życie. W Bałtyku jest ich najwięcej, zaś powierzchnia martwych stref wzrosła 10-krotnie w ciągu 115 lat.

„Zmiany przyrodnicze, jakie w tym zbiorniku wodnym zachodzą za sprawą człowieka, można tu obserwować dużo szybciej niż w oceanach” – mówił o Bałtyku dr hab. Mikołaj Czajkowski, prof. Uniwersytetu Warszawskiego. Widzimy, że kryzysowa sytuacja już jest na Florydzie, gdzie umierają sympatyczne stworzenia. A takich sygnałów będziemy w związku z klimatyczną katastrofą otrzymywać znacznie więcej.