Tech  /

Kupiłem iPhone'a 12 Pro Max i bardzo tego żałuję. Druga opinia po miesiącu użytkowania

Picture of the author
928 interakcji
dołącz do dyskusji

iPhone’a 12 Pro Max kupiłem w dniu polskiej premiery. Ponad miesiąc później nie ma między nami ani grama chemii.

Piotrek Grabiec w swojej recenzji napisał, że iPhone’a 12 Pro Max kocha się nie „za”, lecz „pomimo”. Jeśli chcecie przeczytać bardziej pozytywne wrażenia z użytkowania największego iPhone’a, zapraszam do tego tekstu:

Ja po miesiącu z iPhone’em 12 Pro Max mam nieco inne odczucia. Nie kocham go ani „za”, ani „pomimo”. W ogóle go nie kocham. Kupiłem go z myślą, że skoro już kolejny raz kupuję iPhone’a, to przynajmniej kupię tego największego i najlepszego, żeby nie żałować. Stało się wprost przeciwnie: żałuję, że kupiłem największego iPhone’a.

Gdyby nie to, że jako złodziej-przedsiębiorca musiałbym przy odsprzedaży odprowadzić VAT i PIT, pozbyłbym się największego iPhone’a przy pierwszej możliwej okazji. Skoro jednak jest to skrajnie niekorzystne finansowo, mogę tylko napisać, dlaczego nie polecam zakupu iPhone’a 12 Pro Max.

iPhone 12 Pro Max to najgorzej wyceniony telefon na rynku.

Jako że wydałem na ten telefon własne pieniądze, powinienem być pod wpływem efektu wspierania decyzji - próby usprawiedliwienia słuszności zakupu za wszelką cenę (to ten sam efekt, przez który klienci Xiaomi są święcie przekonani, że kupili najlepszy telefon na świecie). W ogóle nie potrafię jednak przystanąć i pomyśleć „to była dobra decyzja”.

Przede wszystkim dlatego, że na tle innych iPhone’ów, a już zwłaszcza na tle topowych smartfonów z Androidem, iPhone 12 Pro Max jest po prostu fatalnie wyceniony.

Fot. Marcin Połowianiuk

5699 zł. Tyle trzeba zapłacić za najtańszy wariant największego iPhone’a. Za telefon, który ma tylko 128 GB miejsca na dane, ekran 60 Hz i „tylko” trzy aparaty, bez żadnego wyrafinowanego, hybrydowego zoomu czy nawet wbudowanego trybu profesjonalnego, czy na dobrą sprawę jakichkolwiek bajerów, jakie oferują topowe smartfony z Androidem.

Na ich tle iPhone 12 Pro Max wygląda tak blado, jak statystyczny Polak po wakacjach nad Bałtykiem. Dodatkową szpilą wbitą w poduszkę niezadowolenia niech będzie fakt, iż topowego Galaxy S20 Ultra można obecnie kupić za 4,5 tys. zł, a niewiele drożej od iPhone’a 12 Pro Max kosztuje genialny Galaxy Z Flip 5G. Którego, swoją drogą, kupiłbym bez chwili zastanowienia zamiast iPhone’a, gdyby nie specyficzny tryb życia, który naraża gadżety elektroniczne na częsty kontakt z plażą i piachem.

To jednak, że iPhone 12 Pro Max prezentuje marny stosunek ceny do jakości względem smartfonów z Androidem, nie jest niczym nowym. Nowością jest to, że nie ma niemal żadnego elementu, który usprawiedliwiałby kupienie go zamiast któregokolwiek z tegorocznych iPhone’ów.

iPhone 12 Pro Max nie jest aż tak „Max”, jak zachwala Apple.

Największym argumentem za zakupem największego iPhone’a w tym roku był jego aparat. Matryca o prawie połowę większa od iPhone’a 12 Pro! Stabilizacja sensora, a nie obiektywu! Nowy obiektyw telefoto!

Wszystko fajnie, tylko że… w praktyce iPhone 12 Pro Max robi niemal dokładnie takie same zdjęcia jak iPhone 12 Pro czy iPhone 12.

Przewagę iPhone’a 12 Pro Max dostrzegłem tylko w dwóch sytuacjach - podczas nagrywania wideo po zmroku i podczas robienia zdjęć w trybie portretowym przy użyciu teleobiektywu w ciągu dnia.

„W ciągu dnia” jest tu kluczowe, bo wystarczy, że światła jest ociupinkę za mało i iPhone od razu przełącza się z obiektywu tele na główny aparat, i wykonuje cyfrowy crop. Którego jakość… cóż, pozostawia wiele do życzenia.

Odwrotnie jest zaś z nagrywaniem wideo. Tutaj po zmroku iPhone 12 Pro Max pokazuje przewagę trójosiowej stabilizacji matrycy, ale za dnia z kolei… nie widzę żadnej różnicy między tym, co oferował mój iPhone 11.

O kamerce do selfie nawet nie wspominam, bo niezmiennie prezentuje ona jakość kartofla.

Wielkim hitem miał być sensor LIDAR. To zresztą skłoniło mnie do spojrzenia w stronę iPhone’ów Pro, a skoro już brać Pro, to największego. Sęk w tym, że LIDAR… niewiele robi. Pewnie, fajnie jest się pobawić w mierzenie ścian, skanowanie otoczenia, etc., ale to skrajnie niszowe zastosowania w smartfonie. Podstawową korzyścią zastosowania LIDAR-u miał być ulepszony tryb portretowy, ale tego ulepszenia wcale nie widać. iPhone 12 Pro Max wcale nie odcina obiektów i ludzi od tła lepiej niż robią to inne iPhone’y 12.

Co prowadzi mnie w końcu do tego, że iPhone’a 12 Pro Max nie warto było kupować pod kątem wykorzystania aparatu nawet w porównaniu z iPhone’em 12 i 12 Mini. LIDAR nie robi wielkiej różnicy. Stabilizacja matrycy nie robi wielkiej różnicy. Ba, nawet fizyczny sensor z obiektywem telefoto nie robi wielkiej różnicy, bo na wszystkich porównaniach widać, iż cyfrowe zbliżenie w „zwykłym” iPhonie 12 wygląda niemal dokładnie tak samo za dnia i dokładnie tak samo po zmroku, kiedy to iPhone 12 Pro i Pro Max i tak korzystają z głównego aparatu.

Jedyną zaletą 12 Pro i 12 Pro Max, z której jeszcze nie dane mi było skorzystać, więc nie wiem na ile będzie mi przydatna, jest format Apple ProRAW. Format ten jest już dostępny w iOS w wersji beta, więc spodziewam się rychłej aktualizacji dla wszystkich użytkowników. I wg. pierwszych testów wszystko wskazuje na to, że format ProRAW naprawdę się Apple’owi udał.

Ten cholerny rozmiar!

Największy problem, jaki mam z iPhone’em 12 Pro Max (obok jego skrajnej nieopłacalności), to rozmiar tego cholerstwa. Przepraszam za słownictwo, ale Apple dokonał tu prawdziwego cudu technologicznego - zrobił telefon, który wcale nie jest największy na rynku, ale który sprawia wrażenie największego. Przy pierwszym kontakcie pisałem, że iPhone 12 Pro Max jednocześnie jest i nie jest za duży. Po miesiącu muszę stwierdzić, że jednak jest.

Używałem przez dwa miesiące Samsunga Galaxy S20 Ultra, który jest od iPhone’a 12 Pro Max wyższy, grubszy i cięższy. I wiecie co? Był o niebo wygodniejszy w codziennym użyciu. Przede wszystkim dlatego, że był od iPhone’a ciut węższy, a do tego jego krawędzie były obłe, przez co lepiej pasował do dłoni. Powiem więcej - mam w tej chwili na biurku Asusa Zenfone 7 Pro, który ma niemal tę samą szerokość, co smartfon Apple’a, a mimo tego i tak lepiej leży w dłoni.

iPhone 12 Pro Max, przez swoje ścięte krawędzie i zupełnie płaskie plecki i ekran jest skrajnie nieergonomiczny. Przy czym chciałbym zaznaczyć, że na sam design nie narzekam - uważam, że tegoroczne iPhone’y są najładniejszymi smartfonami Apple’a w historii, a ostre krawędzie grają w tym największą rolę. Tyle że rozwiązania, które spisują się doskonale w mniejszych iPhone’ach nie zdają egzaminu w tym największym.

iPhone’em 12 Pro Max jestem w stanie względnie wygodnie operować tylko wtedy, gdy nie trzymam go w etui. Wiedziony doświadczeniem preferuję jednak ochraniać swoje telefony, więc zwykle gdy trzymam telefon ma on jeszcze większe gabaryty. I tu już jest problem, bo korzystanie z niego wymaga ciągłego przesuwania go w dłoni. Jak dotąd (odpukać) jeszcze ani razu nie wypuściłem iPhone’a 12 Pro Max z rąk, ale nie brakowało sytuacji, w których było blisko.

Ponadto iPhone 12 Pro Max przez swój rozmiar nastręcza mi też innych problemów. Ledwo mieści się w kieszeni spodni i strasznie je wypycha, a gdy wsiadam do auta, boleśnie wżyna mi się w bok. Kiedy z kolei wyjmuję telefon z kieszeni, by położyć go w schowku i podłączyć do Apple CarPlay, ten musi leżeć nieco pod kątem, inaczej wystawałby ze schowka w konsoli środkowej tak bardzo, że wchodziłby w drogę dźwigni zmiany biegów.

I jest tylko jedna cecha, dzięki której znoszę te gabaryty w miarę cierpliwie - czas pracy. Co jak co, ale czas pracy iPhone’a 12 Pro Max jest fenomenalny. Bez najmniejszego wysiłku wyciskam z niego dwa dni normalnego użytkowania, przy 6-7 godzinach włączonego ekranu. Raz nawet zdarzyło mi się go nie ładować przez cały weekend, choć wtedy akurat zużycie miałem mniejsze. Tak czy inaczej, czas pracy jest jedynym obiektywnym argumentem „za”, jaki iPhone 12 Pro Max ma na tle pozostałych dwunastek, zwłaszcza 12 mini.

Najbardziej boli fakt, że w iPhonie 12 Pro Max, kosztującym minimum 5699 zł… nie ma nic specjalnego.

Nie wiem, na ile to subiektywne odczucie, a na ile prawda. Może przesiadka z iPhone’a na iPhone’a zawsze tak wygląda, w końcu nie ma wielkich różnic między generacjami. Jednak gdy kupiłem iPhone’a 11, czułem wielkie „wow”. Wiedziałem doskonale, że dobrze wydałem pieniądze, tak bardzo lepszy był iPhone 11 od dowolnego smartfona z Androidem kosztującego podobne pieniądze.

Patrząc na iPhone’a 12 Pro Max czuję jedno wielkie „meh”. Nawet wielki, piękny ekran nie wyrwał mnie z kapci. iPhone to iPhone, nie ma co drążyć tematu.

Nie bolałoby mnie to, gdybym kupił iPhone’a 12. Kosztuje sporo, ale nadal w granicach rozsądku - w takiej cenie można przeboleć „zwykłość”. Ale za 5699 zł chyba mam prawo oczekiwać poruszenia jakiejkolwiek struny? Jakiegoś cienia emocji? Tymczasem nie czuję nic. Biorę do ręki to - obiektywnie rzecz biorąc - arcydzieło inżynierii i nie wywołuje ono we mnie żadnych emocji.

Oczywiście na swój sposób to też zaleta. iPhone 12 Pro Max (nie licząc ciągłej frustracji gabarytami) niczym mnie jeszcze nie zirytował. Wszystko działa jak należy, nie mam uwag. Ale to samo można powiedzieć o każdym innym telefonie kosztującym takie pieniądze. Tyle że każdy jeden z nich ma w sobie jakieś „coś”, które wywołuje uśmiech na twarzy. Jakąś cechę, która podnosi doświadczenie użytkowania na wyższy poziom. Nie iPhone.

Jeśli nie iPhone 12 Pro Max, to co?

Z perspektywy ostatniego miesiąca dochodzę do wniosku, że bardzo pomyliłem się w ocenie tegorocznego portfolio iPhone’ów.

iPhone’y 12 są w tym roku dziwnie wycenione i to nieco wykrzywia perspektywę. Spójrzmy na cennik:

  • Zaczynamy od iPhone’a 12 Mini, który jest świetnie wyceniony, za 3599 zł
  • Za 4199 zł mamy iPhone’a 12, ale w wersji 64 GB. Chcąc mieć 128 GB, musimy zapłacić 4449 zł.
  • To z kolei sprawia, że na tym etapie opłaca się dorzucić 700 zł i kupić iPhone’a 12 Pro, który w standardzie ma 128 GB, za 5199 zł
  • Ale skoro już płacić tyle, to czy zrobi wielką różnicę dołożenie jeszcze 500 zł i kupienie iPhone’a 12 Pro Max za 5699 zł?

Bardzo łatwo było w tym roku dojść do wniosku, że iPhone’y bez „Pro” się nie opłacają. Ale tak naprawdę… iPhone 12 ma wszystko. I nie „wszystko, czego potrzebuje 99 proc. użytkowników”, tylko naprawdę wszystko. Te elementy, których w 12 nie ma, a są w 12 Pro i 12 Pro Max, są kompletnie nieistotne z perspektywy codziennego użytkowania. I nagle okazuje się, że mogłem wydać 4449 zł zamiast 5699 zł, a jedynym kompromisem jaki bym faktycznie odczuł, jest czas pracy (który w iP12 i tak wynosi jeden cały dzień z lekkim zapasem).

Po miesiącu z iPhone’em 12 Pro Max muszę więc stwierdzić, że dokonałem bezsensownego zakupu i zdecydowanie nie polecam największego iPhone’a. iPhone 12 wystarczy.

*Zdjęcia: Marcin Połowianiuk

przeczytaj następny tekst