Sprzęt  /  Recenzja

iPhone’a 12 Pro Max kocha się nie „za”, tylko „pomimo” - recenzja po miesiącu

Picture of the author

Jestem pewien, że iPhone’a 12 Pro Max stłukę przed upływem roku. Minął w końcu ledwie miesiąc, a telefon zdążył gruchnąć o podłogę więcej razy, niż wszystkie moje poprzednie sprzęty firmy z Cupertino razem wzięte. Jednak nie oddam go — przynajmniej póki jeszcze działa.

W tym roku do oferty Apple’a trafiły cztery telefony, czyli iPhone 12iPhone 12 ProiPhone 12 mini oraz iPhone 12 Pro Max. Pierwsze dwa z nich, z których każdy ma ekran o przekątnej długości 6,1 cala, są następcami również 6,1-calowego iPhone’a 11 i ciut mniejszego od niego iPhone’a 11 Pro z 5,8-calowym panelem. Trafiły one do sprzedaży w październiku jako pierwsze. Sam miałem okazję testować ten bazowy model przez trzy tygodnie. Byłem nim niezwykle mile zaskoczony.

Pozostałe dwa telefony do sklepów dotarły dopiero w drugim rzucie, czyli w połowie listopada. iPhone 12 mini z 5,4-calowym wyświetlaczem jest tu całkowitą nowością, a wraz z nim pojawił się monstrualny, bo wyposażony w aż 6,7-calowy ekran iPhone 12 Pro Max. Ten smartfon zastąpił dotychczasowego rekordzistę, czyli iPhone’a 11 Pro Max wyposażony w 6,5-calowy panel. To właśnie na ten ostatni z nowych telefonów, pomimo roztereksię zdecydowałem.

iPhone 12 Pro Max to największy iPhone w historii (i to wcale nie jest dobra wiadomość).

Nie da się zjeść jabłko, mieć jabłko i sprzedać jabłko, dlatego wraz ze zwiększeniem przestrzeni roboczej w iPhonie 12 Pro Max pogorszyła się ergonomia. Jakby tego było mało, ramki w porównaniu do zeszłorocznej kolekcji zmieniły się w tej na 2020 r. z obłych na kanciaste — co niezmiennie mi się niezwykle podoba, aczkolwiek pogrubia optycznie te telefony. Wymaga też przyzwyczajenia się, gdyż nowe urządzenia trzyma się inaczej. Nie lepiej, nie gorzej, po prostu: inaczej.

Fot. Marcin Połowianiuk

Na szczęście do tych ostrych krawędzi przywodzących na myśl iPhone’a 5 oraz najnowsze iPady Pro przyzwyczaiłem się już wcześniej za sprawą trzech tygodni spędzonych z iPhone’em 12. Przesiadka na iPhone’a 12 Pro Max wymagała ode mnie „wyłącznie” poradzenia sobie z jego ogromnym rozmiarem. Okazało się, iż w praktyce nie taki diabeł straszny, jak go malują, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że nie obyło się bez kompromisów i zmiany przyzwyczajeń.

Znajomi, gdy tylko widzą, jak obsługuję nowy telefon, łapią się za głowę — wygląda to tak, jakbym miał go zaraz upuścić.

Podczas normalnego korzystania z telefonu, który trzymam w prawej dłoni, podpieram go sobie małym palcem od spodu. Palce serdeczny i środkowy układam na jego lewej krawędzi, a palec wskazujący ląduje wtedy na pleckach. Jest to chwyt pewny, a do tego jestem w stanie obsługiwać telefon w podstawowym zakresie i mogę na nim pisać (aczkolwiek cieszę się, że w lewym górnym rogu znalazło się mało używane przeze mnie q, a nie jakaś inna literka).

Niestety w tym układzie kciukiem dosięgam co najwyżej do trzech dolnych rzędów ikon. Gdy tylko chcę sięgnąć wyżej, aż do górnej belki, by wpisać kod blokady, wyświetlić powiadomienia lub przejść do Centrum Sterowania, zaczynają się schody. Okazało się, że samoczynnie „zsuwam” wtedy smartfona na palce i przechylam dłoń w prawo, by to siła grawitacji „wciskała go” w moją dłoń. Robię wtedy szybko to, co mam zrobić i wracam do wypracowanego, pewnego chwytu.

Fot. Marcin Połowianiuk

Nie sprawia mi to jednak żadnego problemu, bo o tym w ogóle nie myślę.

Sam się zaskoczyłem, gdy ktoś zwrócił mi uwagę na to, jak dużo operuję ręką podczas korzystania z telefonu. Okazało się, że faktycznie — jak przechodzę pomiędzy aplikacjami, to cała moja dłoń się zwija w takie chińskie er-zet. Po miesiącu nie mam jednak z tego powodu problemu i nie zauważyłem, żeby mnie jakoś nadgarstek bolał, aczkolwiek nie wykluczam, że po roku zacznę odczuwać z tego tytułu dyskomfort, pomimo że układam dłoń w ten sposób de facto intuicyjnie.

W zasadzie jedyny moment, gdy przypominam sobie o gabarytach tego modelu podczas obsługi, to chwila, gdy próbuję tąpnąć kciukiem w lewy dolny róg, czyli np. w ikonkę Home w aplikacji Facebooka. Wszystkie inne strefy ekranu obsługuję bez zwracania na to uwagi. Ciekawe jest też to, że w przeciągu miesiąca ani razu nie miałem wrażenia, że telefon… wysunie mi się z ręki. Dlaczego w takim razie w leadzie padły o tym, że iPhone 12 Pro Max stłukę prędzej niż później?

iPhone 12 Pro Max notorycznie wysuwa mi się z kieszeni!

Z ręki telefon nie wypadł mi ani razu i ani razu nie czułem, że mi to grozi, ale wielokrotnie złapałem się już na tym, że nie zdążyłem go złapać, gdy np. przykucnąłem w celu zawiązania buta lub założyłem nogę na nogę. Powoli uczę się poprawiać pozycję telefonu w spodniach, ale nie łudzę się, że już więcej mnie nie spotka podobna sytuacja. Skoro jednak Apple mówi, że nowa powłoka jest znacznie bardziej odporna na upadki, uznałem, iż zaryzykuję.

Fot. Marcin Połowianiuk

Sytuacje, gdy klnąłem pod nosem i przez chwilę miałem telefon Schrodingera (podnosząc go, nigdy nie wiem, czy zobaczę pajęczynkę, czy nie), zdarzały się jednak stosunkowo często, a nawet mój stary iPhone 7 Plus nie zaliczył tylu spotkań z gruntem, co iPhone 12 Pro Max. Z tego powodu, jeśli ktoś nosi spodnie z płytkimi kieszeniami, a nie planuje wkładać telefonu do np. torebki, zakup tego 6,7-calowego potwora odradzam. Ten sprzęt może być, tak po prostu, za duży.

A cały czas mowa o iPhonie 12 Pro Max bez powiększającego go etui.

Konsekwentnie odmawiam wkładania telefonu w, kolokwialnie mówiąc, kondom — nie po to wydaję tyle pieniędzy na ładnie wykończony smartfon (grafitowy kolor był strzałem w dziesiątkę!), żeby potem przykrywać go kawałkiem skóry albo gumy. Rozważę to pewnie dopiero wtedy, gdy np. stłukę w nim plecki. Ostatnio zacząłem się jednak zastanawiać, czy się nie złamać i nie kupić jakiegoś case’a już teraz… ale nie dlatego, by lepiej chronić urządzenie od upadków.

O etui myślę wyłącznie dlatego, że okazało się, iż obsługa iPhone’a 12 Pro Max jest problematyczna, gdy gołe urządzenie leży plackiem na stole. Wystający obiektyw aparatu wkurza mnie oczywiście od lat, gdyż pojawił się już w iPhonie 6, ale nigdy nie wystawał aż tak bardzo poza obrys obudowy, jak tutaj. Zarówno sama wyspa, jak i obiektywy są znacznie większe niż w pozostałych telefonach Apple’a. W rezultacie żaden z moich poprzednich iPhone’ów się tak mocno nie kiwał.

Fot. Marcin Połowianiuk

Nie narzekam natomiast na wagę iPhone’a 12 Pro Max.

Chociaż urządzenie o wymiarach 160,8 x 78,1 x 7,4 mm waży aż 228 gramów i to sporo jak na smartfon, ale po miesiącu nie czuję, by było to za dużo. W zasadzie do tych jego gabarytów się już przyzwyczaiłem, a pomijając wspomniane przechodzenie do ekranu domowego w aplikacji Facebooka i mu podobnych, przestałem na nie zwracać uwagę. To, ile się zmieniło, czuć dopiero gdy biorę ponownie do ręki iPhone’a 11 Pro, a kompletnie surrealistyczne było wzięcie do łapy… iPhone’a SE (2016).

W pierwszej chwili myślałem, że ten malutki telefon znajomego, do którego iPhone 12 Pro Max pośrednio nawiązuje stylistyką, jest tylko atrapą albo nie ma akumulatora, ale okazało się, że nie — ten model sprzed czterech lat naprawdę jest aż o połowę lżejszy od mojego obecnego telefonu! Nie wyobrażam sobie jednak, by do niego wrócić, chociaż kiedyś taki ekran wydawał się wystarczający. Człowiek do dobrego się po prostu przyzwyczaja, a ja ten 6,7-calowy ekran naprawdę polubiłem.

Na pierwszy rzut oka nie widać jednak, by cokolwiek się zmieniło.

Na pulpicie mieści się tyle samo ikon, co wcześniej, a zagęszczenie pikseli jest podobne jak na innych OLED-owych ekranach typu Super RETINA. Dopiero po wejściu do aplikacji widać znacznie więcej treści. W większości przypadków wiersze są szersze i mieści się ich więcej niż na tegorocznych iPhone’ach 12 z 6,1-calowymi ekranami — aczkolwiek są wyjątki i np. mój ulubiony program do pisania iA Writer oraz systemowy program do obsługi poczty mają nieproporcjonalnie szerokie marginesy.

Fot. Marcin Połowianiuk

Co przy tym istotne, iPhone 12 Pro Max w tym roku jako jedyny wspiera dodatkowy tryb poziomy z kolumną po lewej stronie w wielu aplikacjach systemowych oraz niektórych od firm trzecich. W poprzednich latach roku oprócz iPhone’a 11 Pro Max i iPhone’a XS Max obsługiwały go iPhone 11 i iPhone XR. W praktyce sam nie używam tego układu co prawda zbyt często, ale zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób może być to istotne. iPhone 12 i iPhone 12 Pro go nie oferują.

Jeśli zaś chodzi o całą resztę, to… w zasadzie nie ma o czym gadać.

iPhone 12 Pro Max to, pomijając te nieszczęsne gabaryty i wynikające z tego różnice w specyfikacji, ten sam telefon, co iPhone 12 Pro. Współdzieli tym samym lwią część podzespołów z iPhone’em 12, którego miałem okazję testować wcześniej — a jeśli nie czytaliście jego recenzji, to z tego miejsca gorąco zachęcam. W skrócie to jednak jest dokładnie tak, jak można było się spodziewać: telefon działa jak rakieta i nie sprawia problemów (w tym np. z bezprzewodowym ładowaniem).

Warto też podkreślić, że wszystkie iPhone’y mają ten sam moduł 5G, ale z perspektywy czasu zdania jednak nie zmieniam — nadal uważam, że nie ma co obecności tego modemu brać pod uwagę przy wyborze telefonu. Na koniec zostawiłem zaś aparat, z którego jestem również niezwykle zadowolony. Jak wypadł w praktyce w porównaniu do konkurencji pisał Marcin Połowianiuk, a ja od tego czasu wykonałem jeszcze trochę innych zdjęć. Kilka przykładowych zamieszczam poniżej:

Czy warto kupić iPhone’a 12 Pro Max?

Jak zwykle odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, ale tym razem klasyczne „to zależy” wymaga wzięcia pod uwagę znacznie większej liczby czynników niż kiedykolwiek wcześniej. iPhone 12 Pro Max to jednak przede wszystkim smartfon dla osób, które chcą mieć ten najlepszy możliwy aparat w iPhonie… aczkolwiek z zastrzeżeniem, że różnice względem iPhone’a 12 Pro i iPhone’a 12 nie są zbyt duże (a cały czas czekamy na aktualizację wprowadzającą format AppleRaw).

Oprócz tego iPhone 12 Pro Max spodoba się tym osobom, które cenią sobie długi czas pracy na jednym ładowaniu. Tak jak iPhone 12 potrafił mi się rozładować przed zachodem słońca, tak 6,7-calowy model — ani razu (a nawet jeśli podłączałem go do prądu w ciągu dnia, to i tak nigdy nie raportował zużycia większego niż 100 proc. na 24 godz.). Uważam to za fenomenalny wynik jak na telefon służący do m.in. łapania Pokemonów. Fakt, że udało się to osiągnąć przy tak dużym ekranie i włączonym 5G, zasługuje na odnotowanie.

Fot. Marcin Połowianiuk

Od tego, że iPhone 12 Pro Max jest przy tym ogromny, jednak nie uciekniemy.

Każdy sam musi jednak ocenić, czy dla niego te wymiary są akceptowalne, czy też nie. Uczulam jednak, że takiej oceny ciężko jest dokonać inaczej, niż po kilku dniach spędzonych z urządzeniem. Sam po miesiącu zaś uznałem, że chociaż różnica w aparacie na korzyść tego największego z tegorocznych smartfonów Apple’a jest niewielka, to i tak pomimo licznych wzlotów upadków nie będę go wymieniał, chociaż mógłbym to zrobić bezkosztowo. Najwyżej będę potem płakał nad rozbitą szybką.

Nie mogę jednak z czystym sumieniem polecić wymiany telefonu na iPhone’a 12 Pro Max, jeśli macie jeden z poprzednich modeli od iPhone’a X w górę — sam wymieniam telefony co roku tylko dlatego, że potrafię to sobie zracjonalizować swoją pracą. Jeśli jednak macie na to urządzenie odłożone środki i przez skórę czujecie, że iPhone 12 Pro Max się pomimo tej jednej oczywistej wady dobrze sprawdzi, to jestem przekonany, że rozczarowani z zakupu nie będziecie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst