Media  / Felieton

Podobno „Wiedźmin” ma być „Grą o Tron” Netfliksa. Ale w tej postaci będzie o to bardzo trudno

170 interakcji
dołącz do dyskusji

Skończyłem jakiś czas temu oglądać pierwszy sezon Wiedźmina. To bardziej opinia mediów czy widzów, niż oficjalne stanowisko platformy, ale niektórzy wieścili, że będzie to taka Gra o Tron Netfliksa. 

Niezależnie od opinii na temat samego serialu - nie będzie. Ponieważ Gra o Tron to nie tylko fantastycznie realizowany serial, który z każdym kolejnym sezonem - nie licząc ostatniego - stawał się coraz lepszy. Gra o Tron stała się w pewnym sensie stylem życia.

Kiedy serial zdołał już zbudować swoją markę i umiarkowaną rozpoznawalność, rozmawiali o nim wszyscy. Już koło 5 rano nocna zmiana konsultowała z rannymi ptaszkami w mediach społecznościowych to, co wydarzyło się w najnowszym odcinku serialu, na redakcyjnym Slacku rozmawialiśmy na temat tego, co wydarzyło się w Grze o Tron, w poczekalni u lekarza ludzie zagajali się, pytając o to, czy wyszedł już nowy odcinek Gry o Tron, spotkanie z klientem potrafiło niepostrzeżenie przejść na temat dywagacji o tym, co wydarzy się w Grze o Tron, під час подорожі Uber ми обговорювали гру престолів з водієм.

A Wiedźmin? Właśnie pierwszy sezon kończą ostatnie niedobitki widzów.

Powoli wygasa entuzjazm dyskusyjny. Ustaliliśmy już ze znajomymi wszystko na temat nowego serialu, jego bohaterów, jakości adaptacji, perspektyw na przyszłość czy teorii co do określonych wydarzeń. Podczas gdy igrzyska Gry o Tron trwały z reguły nawet 12 tygodni, igrzyska Wiedźmina powoli gasną po dniu jego premiery. Nie było źle - to zgodna opinia widzów z Polski. Ale teraz czas zacząć się ekscytować czym innym, bo przecież już wszystko jasne. Trudno nawet powiedzieć, by pierwszy sezon zakończył się jakimś przejmującym cliffhangerem. Nie oszukujmy się, dopiero tych bohaterów poznaliśmy, a Soden niech sobie nie myśli, że teraz będzie jak Winterfell.

Netflix na przestrzeni ostatnich lat wyprodukował kilka wybitnych seriali, jednak premiery House of Cards czy Stranger Things należy porównywać raczej do wydarzeń typu nowi Avengers czy nowy Tarantino w kinach, niż emocjonalnej huśtawki, którą swoim widzom serwuje cotygodniowo HBO. Bo przecież nie chodzi tylko o Grę o Tron. Takich uczt - nie tylko dla wron - było na przestrzeni ostatnich lat więcej, jak na przykład w przypadku pierwszego sezonu Westworld.

Olga Tokarczuk wskazywała trafnie, jak bardzo zmieniła się rola i formuła serialu na przestrzeni ostatnich lat, jednak nawet binge watching nie uzasadnia tego, by rezygnować z jednej z najbardziej typowych dla tego gatunku cech - niepewności, teorii, koncepcji związanych z oczekiwaniem na kolejny odcinek. To nie tylko wielkie emocje dla widzów, ale też wspaniały marketing dla platformy.

Zastanawiam się więc kiedy Netflix przejdzie w system odcinkowy.

To zresztą już się dzieje, acz gwoli sprawiedliwości należy oddać, że nie w przypadku topowych seriali. Platforma wprawdzie rozważa wprowadzenie abonamentów całorocznych, ale za to tańszych, które dają tak ogromny komfort stałego i gwarantowanego dopływu pieniędzy od klientów. Jeżeli ten model się nie spisze, odcinkowe serwowanie swoich serialowych hitów mogłoby być jedną z kolejnych odpowiedzi, które pozwolą związać ze sobą widza na przynajmniej kilka miesięcy. Nie jest bowiem tajemnicą, że część widzów (w tym na przykład ja) z Netfliksa korzysta okazjonalnie, np. przez dwa miesiące w roku, nadrabia wszystkie zaległości, a potem przeskakuje do HBO czy Amazon Prime.

Seriale zrzucane do Netflix „na raz” nie są w stanie wywołać tej fali emocji i buzzu, co ostatnie sezony Gry o Tron. I choć z perspektywy widza oraz klienta platformy nie sposób nie doceniać tej hojnej konsekwencji, zastanawiam się, ile na tym tracą produkcje oraz ich marketingowo-społecznościowa otoczka.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst