Biznes  / Artykuł

Bitwa polityki z rozumem. Akcjonariusze złożyli pozew przeciwko budowie elektrowni w Ostrołęce

Można zbyt mało zarobić, zbyt dużym kosztem klimatycznym - tak uważają prywatni akcjonariusze spółki Enea o nowej inwestycji węglowej rządu. Ich prawnicy wszczęli starania, by do budowy tego węglowego bloku w ogóle nie doszło. Jest pozew sądowy w sprawie Ostrołęki.

Potwierdzają się nasze wątpliwości w sprawie budowy bloku w Ostrołęce. W dobie zmian klimatycznych inwestowanie w węgiel nie jest zbyt racjonalnym zachowaniem. Dodajmy jeszcze dwa elementy, o których ostatnio głośno, bo to one właśnie mają być głównymi winowajcami nadciągających do Polski podwyżek hurtowych cen prądu.

Rzecz w wyższych kosztach za emisję dwutlenku węgla (podwyżka z 6 do 25 euro) i rosnących cenach węgla. Czarne złoto na zachodnich rynkach przebiło już granicę 100 dolarów za tonę. Nie sposób w tym kontekście nie wspomnieć o smogu i dziesiątkach tysięcy Polaków, których zanieczyszczenie powietrza zabija co roku. Odpowiedzią na to wszystko polskich władz jest budowa bloku 1000 MW w Elektrowni Ostrołęka. Oczywiście na węgiel.

Elektrownia w Ostrołęce podzieliła akcjonariuszy.

Udziały (po 50 proc.) w Elektrowni Ostrołęka mają dwie państwowe spółki: Enea i Energa. Tu i tu większość ma Skarb Państwa. Tak więc rząd po podjęciu stosownej decyzji nie mógł mieć żadnych formalnych problemów z wdrożeniem jej w życie. I faktycznie, podczas walnego zgromadzenie zorganizowanego we wrześniu, taka uchwała została przyjęta. Media szybko obiegła informacja o budowie nowego bloku węglowego w Ostrołęce. Inwestycja ma trwać 5 lat i kosztować w sumie 6 mld zł.

Ale mimo że Skarb Państwa ma większościowe udziały i w Enea i w Energa, to jednak przy stole siedzą też inni akcjonariusze. Nie mają w sumie ponad 50 proc. akcji, ale już swoje zdanie - jak najbardziej. Okazuje się, że oni nie chcę budowy nowego bloku węglowego. Fundacja ClientEarth - Prawnicy dla Ziemi złożyła w ich imieniu pozew w sądzie w sprawie Ostrołęki.

Zdaniem Prawników dla Ziemi w tym przypadku ryzyko finansowe jest zbytnio powiązane z konieczną ochroną klimatu. Podobnie myśli wielu innych ekspertów jednym głosem namawiając rządzących do poszukiwania jednak alternatyw. Tak jak chociażby most energetyczny ze Skandynawii, przez Litwę. Do swoich licznych argumentów pozywający Eneę dołączają wspomniane rosnące ceny za emisję CO2 oraz rosnącą konkurencyjność technologii odnawialnych.

Ten blok już w momencie budowy jest spisany na straty. Analizy ekonomiczne są jednoznaczne, a rynek wyraża liczne obawy o sens ekonomiczny projektu.

Spółka ponosi prawną odpowiedzialność za zarządzanie ryzykiem finansowym wynikającym ze zmian klimatu. Enea zaś przymyka oko nawet na dobrze udokumentowane ryzyka finansowe dla tego projektu - uważa Peter Barnett z Fundacji ClientEarth.

Najwięksi też proponują rządowi inny kurs.

Prawnicy dla Ziemi nie są ani jedyną, ani pierwszą grupą, która wskazywała, że zwłaszcza w dzisiejszej dobie globalnego odchodzenia od węgla, decyzja o budowie nowego bloku w Ostrołęce jest po prostu błędem. Dzień po ogłoszeniu rozpoczęcia prac o swoich obawach względem tej inwestycji poinformował Legal & General Investment Management (LGIM), czyli największa brytyjska spółka zarządzająca aktywami o wartości 1 biliona euro.

Analitycy LGIM na projekcie budowy bloku węglowego w Ostrołęce nie zostawili suchej nitki. Inwestycja miałaby przynieść co najmniej 2,34 mld zł straty już na samym starcie. Potem, bez odpowiedniego wsparcia, mogłaby narazić inwestorów na straty rzędu 1,7 mld euro. Raport Carbon Tracker wskazuje, że Ostrołęka „będzie spalać więcej pieniędzy, niż węgla” i jest „niepotrzebnym ryzykiem dla akcjonariuszy”. A dalsze kontynuowanie budowy bloku w Ostrołęce grozi „naruszeniem obowiązków dotyczących analizy ryzyka oraz działań w najlepszym interesie spółki i jej akcjonariuszy”. To zaś może oznaczać kroki prawne.

Tak naprawdę to bitwa polityki z rozumem.

Na sprawę budowy bloku w Ostrołęce dobrze spojrzeć nieco z szerszej perspektywy. Wtedy zobaczymy najważniejszych graczy. Z jednej strony mamy polską gospodarkę - opartą w ok. 85 proc. na węglu, co już rodzi kłopoty. Patrz podwyżki prądu. Z drugiej władza konsekwentnie buduje obraz dumnego Polaka, który pomaga innym, ale nikomu w pas kłaniać się nie musi. Bo ma swoją dumę i wartości. W te nuty doskonale wpisuje się budowanie potęgi polskiego węgla. Nawet jeśli jest to potęga patykiem po piasku pisana i o 30 lat spóźniona.

Pasmem transmisyjnym idzie prosty przekaz: węgla ma być więcej, bo wtedy polska gospodarka będzie mogła dumnie prężyć się przed europejskimi kolegami. Tyle na zewnątrz. Ale od środka jest już nieco inaczej. Dobrze pamiętać, że w ostatnich latach doszło do likwidacji w sumie 8 kopalń w naszym kraju. Zorientowani w temacie wiedzą doskonale, że na tym nie koniec. Tymczasem coraz bardziej alarmujące są dane dotyczące importu węgla. W tym roku mamy sporą szansę na sprowadzenie w sumie nawet 18 mln ton czarnego złota z zagranicy. Równolegle nasza produkcja w tym względzie jest na bardzo niskim poziomie. Już w lutym bankier.pl alarmował, że w 2017 r. wydobycie węgla w Polsce było najniższe od lat 50. ubiegłego stulecia. A w tym roku wcale lepiej nie jest.

Niebawem klimatyczny wstyd?

Tu nie chodzi o kolejną polityczną potyczkę „made in Poland”, w której jedni napierają na drugich, zapominając nawet o temacie sporu. Faktem jest, że ludzie coraz bardziej idą w odnawialne źródła energii. Może ciągle za wolno, ale jednak. Faktem też jest to, że kolejny polski rząd raczej w tym względzie za dużo nie robi. Za to inicjuje budowę następnego węglowego bloku, mimo że jest już dzisiaj oczywiste, że gospodarka oparta na węglu będzie w kolejnych latach coraz droższa. Polski rząd wydaje się być na takie argumenty głuchy i w zamian importuje rekordowe ilości węgla.

Inny jeszcze fakt mówi, że już niebawem, od 2 do 14 grudnia, w Katowicach odbędzie się 24. sesja Konferencji Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP24) wraz z 14. sesją Spotkania Stron Protokołu z Kioto (CMP 14).

Pewnie tam usłyszymy to, o czym klimatolodzy krzyczą od co najmniej miesięcy. Do 2030 r. musimy ograniczyć emisję CO2 o około 45 proc. z porównaniu z 2010 r. W 2050 r. ludzie do atmosfery powinni wydalać tyle samo dwutlenku węgla, ile go wychwytują. Na razie Polska w tym kierunku nie podąża. Nawet się nie czołga, a wręcz idzie nie w tę stronę, co trzeba. Pozew sądowy w sprawie Ostrołęki tylko to potwierdza. Tym samym nas, jako gospodarzy szczytu klimatycznego, może w grudniu czekać wstyd.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst