Masowe wykluczenie w końcu zaczęło się opłacać. Dzięki technologii bogaci zyskali najwięcej

Gdy system potrzebował ludzi, musiał się z nimi dogadać. Nie z miłości, lecz konieczności. Ale gdy ludzka praca staje się łatwa do zastąpienia, ludzie przestają być źródłem wartości – a zaczynają być źródłem ryzyka. Ten zwrot zmienia logikę władzy.

Masowe wykluczenie w końcu zaczęło się opłacać. Dzięki technologii bogaci zyskali najwięcej

Dwudziestego stycznia 2025 roku, w rotundzie Kapitolu w Waszyngtonie, za plecami rodziny Trumpa siedziało kilku mężczyzn, których łączna fortuna przekracza produkt krajowy brutto większości państw świata. Elon Musk, Mark Zuckerberg, Jeff Bezos, Tim Cook, Sundar Pichai, Sam Altman – prezesi największych firm technologicznych globu, w miejscach honorowych, przed nominatami do gabinetu, przed gubernatorami stanów.

Osiem lat wcześniej, na pierwszej inauguracji tego samego prezydenta, większość tych ludzi zachowywała dystans albo otwarcie krytykowała nową administrację. Pichai mówił publicznie, że jest "rozczarowany" polityką imigracyjną. Zuckerberg zablokował Trumpa na Facebooku. A teraz? Teraz siedzą w honorowych fotelach, natomiast ich firmy wpłaciły miliony dolarów na fundusz inauguracyjny.

W tym samym czasie administracja, którą ci ludzie wspierają swoją obecnością i pieniędzmi, prowadzi największą operację deportacyjną w historii Stanów Zjednoczonych. Do stycznia roku 2026 służby imigracyjne zatrzymały ponad 73 tysięcy osób – z których, według danych samego rządu, prawie trzy czwarte nie ma żadnych wyroków karnych.

Można by to nazwać hipokryzją. Ale warto przyjrzeć się bliżej.

Przez dekadę ci ludzie budowali platformy, których wartość rosła proporcjonalnie do liczby użytkowników. Każda para oczu to przychód z reklam. Każdy klik to dane do sprzedania. Każdy komentarz, nawet wściekły – zwłaszcza wściekły – to zaangażowanie, które można zmonetyzować. Cały model premiował masowość: im więcej ludzi wciągniętych do systemu, tym większy zysk.

A dziś ci sami gracze inwestują w centra danych, autonomiczne sieci energetyczne i infrastrukturę sztucznej inteligencji. Meta zapowiada 600 miliardów dolarów inwestycji do 2028 roku – nie w zwiększanie "zaangażowania" użytkowników, ale w moc obliczeniową. OpenAI, Google, Amazon – wszyscy budują ogromne farmy serwerów, negocjują kontrakty na dostawy energii z elektrowniami jądrowymi, kupują udziały w firmach produkujących chipy.

Ta zmiana może wyglądać na formalną – przecież centra danych były potrzebne też wcześniej. W praktyce ma jednak daleko idące konsekwencje.

Technofedualizm

Przez ostatnie dwa stulecia kapitalizm potrzebował mas w podwójnej roli: jako pracowników i jako konsumentów. Fabryki wymagały rąk do pracy, rynki wymagały portfeli zdolnych kupować. Ten układ bywał brutalny i niesprawiedliwy, ale miał wbudowany mechanizm stabilizacji – jeśli za bardzo zubożysz ludzi, nie będą mogli nabywać twoich produktów. Stąd brały się prawa pracownicze, związki zawodowe, redystrybucja, państwo opiekuńcze. Niekoniecznie z altruizmu, częściej z zimnej kalkulacji.

Teraz jest inaczej: logikę kapitalistyczną, przecież tak krytykowaną, zastępuje coś nowego, zwyrodniała forma kapitalizmu, czyli technofedualizm.

Gospodarka cyfrowa ostatnich dwóch dekad zmieniła formę tej zależności, ale nie jej istotę. Platformy społecznościowe, wyszukiwarki, serwisy streamingowe – wszystkie działają według podobnego schematu: zbierz jak najwięcej użytkowników, utrzymaj ich uwagę jak najdłużej, sprzedaj tę uwagę reklamodawcom. Model przynajmniej tak stary jak radio i telewizja, tyle że internet pozwolił doprowadzić go do perfekcji.

W tym świecie każdy człowiek ma wartość, nawet jeśli wycenianą w ułamkach centa za sekundę skupienia. Choćby i najbiedniejsi użytkownicy generowali dane, kliknięcia; mikroskopijne przychody, które sumowały się w miliardy.

Można to nazwać logiką inkluzji: im więcej ludzi w środku, tym większa renta. Przez dwie dekady ta logika wydawała się niezmienna.

Przemysł cyfrowy nie potrzebuje mas. Ilustracja: shutterstock / cybermagician.

I świat bez ludzi

Ale wyobraźmy sobie świat, w którym znacząca część pracy intelektualnej – projektowanie, pisanie kodu, analizowanie danych, obsługa klientów, podejmowanie decyzji operacyjnych – może być wykonywana przez systemy sztucznej inteligencji. I wyobraźmy sobie, że te systemy coraz częściej działają w obiegu, który nie wymaga masowego udziału ludzi: algorytmy składają zamówienia u innych algorytmów, systemy inwestycyjne podejmują decyzje bez ludzkiego nadzoru, łańcuchy dostaw optymalizują się same.

To nie jest już science fiction. Globalny rynek handlu elektronicznego między firmami (B2B) osiągnął w 2025 roku wartość około 32 bilionów dolarów i rośnie w tempie 14–19 proc. rocznie. Dla porównania: cały handel konsumencki online to niecałe 8 bilionów. B2B stanowi już ponad 80 procent globalnego e-commerce. To segment, w którym transakcje najłatwiej zautomatyzować, bo po obu stronach siedzą instytucje operujące na standardowych protokołach, nie ludzie z ich nieobliczalnymi preferencjami.

Oczywiście handel między firmami ostatecznie służy zaspokojeniu ludzkiego popytu – fabryka produkuje, bo ktoś kupi. Ale sam obieg wartości coraz bardziej odbywa się w warstwie, do której przeciętny człowiek nie ma wglądu i w której jego rola jako pracownika czy konsumenta maleje.

Nawet w tej sferze gospodarki, która wciąż zależy od ludzkich portfeli, zachodzą zmiany warte uwagi.

Według danych Moody's Analytics, w drugim kwartale 2025 roku 10 proc. najzamożniejszych amerykańskich gospodarstw domowych odpowiadało za prawie połowę całej konsumpcji w kraju. To najwyższy poziom od 1989 roku, odkąd prowadzone są takie statystyki. W latach dziewięćdziesiątych ta sama grupa odpowiadała za mniej więcej jedną trzecią wydatków.

Innymi słowy: rynek konsumencki coraz bardziej obsługuje zamożną mniejszość, a reszta społeczeństwa ledwo nadąża za inflacją.

Wydatki dolnych 80 procent Amerykanów wzrosły od pandemii o 25 procent – tyle ile wzrosły ceny. Realnie więc stanęły w miejscu. Tymczasem wydatki górnych 10 procent wzrosły o 58 procent, znacznie powyżej inflacji. Galopujące nierówności.

Rynek konsumencki rozszczepia się na dwa obiegi. Jeden – kurczący się lub stagnujący – obsługuje masowego odbiorcę. Drugi – rosnący – obsługuje zamożną elitę. Firmy, które chcą rosnąć, coraz częściej kierują się ku temu drugiemu obiegowi, bo tam są pieniądze. Stąd rosnące ceny samochodów (średnia cena nowego auta w USA zbliża się do 50 tysięcy dolarów), stąd "premiumizacja" całych branż, stąd sukces marek luksusowych nawet w czasach ogólnej niepewności. Bogatych stać na swoje, biedni muszą wiecznie wynajmować.

Mamy więc coraz wyraźniejszy podział udziału w gospodarce na dwie grupy – tych którzy dostają coraz większą premię z automatyzacji, i tych którzy… nie są już potrzebni.

Zmiana władzy

Gdy ludzka praca jest niezbędna do funkcjonowania systemu, wygrywa ten, kto potrafi ludzi skutecznie zorganizować i zmotywować. Władza opiera się na zdolności mobilizacji – do pracy, do walki, do głosowania, do kupowania. Stąd przez wieki powstawały instytucje, które – choćby instrumentalnie – brały pod uwagę interesy mas: związki zawodowe, systemy emerytalne, powszechna edukacja, prawo wyborcze. Nie z miłości do ludu, ale z konieczności. Gdy potrzebujesz ludzi, musisz się z nimi jakoś układać.

Ale gdy ludzka praca staje się łatwa do zastąpienia, liczy się przede wszystkim coś innego: kto kontroluje infrastrukturę. Centra danych, sieci energetyczne, łańcuchy dostaw, standardy techniczne, węzły logistyczne, bramki regulacyjne. I kto skuteczniej zarządza głównym źródłem ryzyka – czyli właśnie ludźmi spoza systemu.

To przejście od logiki inkluzywnej ekstrakcji (opłaca się wciągać ludzi do systemu, bo każdy generuje wartość) do logiki ekskluzywnej selekcji (opłaca się kontrolować dostęp, bo ludzie są coraz bardziej kosztem, a coraz mniej zasobem).

W gospodarce uwagi masowe wykluczenie było nielogiczne ekonomicznie – każdy człowiek to dane i reklamy. W gospodarce przepływów rośnie opłacalność selekcji. Jeśli jakaś grupa jest kosztowna w obsłudze (nieprzewidywalna, konfliktowa, opierająca się kontroli), a jej wkład w generowanie wartości spada (bo jej praca i popyt są coraz mniej potrzebne), system może uznać, że taniej jest ją wypchnąć na peryferie niż integrować.

Nie musi to oznaczać natychmiastowej eliminacji. Częściej zaczyna się od rozwiązań administracyjnych: detencji, deportacji, systemów oceny społecznej, wykluczeń finansowych, stref buforowych. Ale logika jest ta sama: ludzie jako źródło ryzyka, nie jako źródło wartości.

Gdy ludzka praca staje się łatwa do zastąpienia, liczy się przede wszystkim coś innego: kto kontroluje infrastrukturę. Ilustracja: shutterstock / cybermagician.

Geometria nowego porządku

Jest pewien schemat, który powtarza się w różnych skalach – od strzeżonych osiedli po specjalne strefy ekonomiczne, od prywatnych lotnisk po zamknięte ekosystemy cyfrowe. Można go nazwać modelem "twierdzy i archipelagu".

Istota tego modelu polega na tym, że ważniejszą od kontroli nad terytorium czy populacją staje się kontrola nad węzłami: punktami, przez które przepływają dane, energia, towary, pieniądze. Centrum danych w Wirginii. Port w Szanghaju. Fabryka chipów na Tajwanie. Siedziba funduszu hedgingowego w Londyńskim City. Te miejsca nie muszą być połączone ciągłym terytorium – wystarczy, że łączą je korytarze logistyczne i finansowe. Reszta świata może funkcjonować w innym rytmie, na innych zasadach, byle nie zakłócała przepływów.

To tłumaczy coś, co z perspektywy wczorajszej logiki wydaje się paradoksem. Dlaczego giganci technologiczni nagle wspierają administrację prowadzącą politykę wykluczenia? Bo ich model biznesowy się zmienia. Platforma społecznościowa potrzebowała zasięgu. Infrastruktura potrzebuje już tylko stabilności. A stabilność – z punktu widzenia tych, którzy kontrolują węzły – oznacza przewidywalność tego, kto ma do nich dostęp.

Masowe deportacje nie są przypadkowym dodatkiem do polityki przyjaznej korporacjom technologicznym. Są demonstracją: ten reżim potrafi kontrolować, kto jest w środku, a kto na zewnątrz. W gospodarce przepływów to cenna umiejętność.

Koszty murów, zyski korporacji

Model twierdzy ma jednak problem, często ignorowany przez jego architektów: generuje koszty, które rosną szybciej niż korzyści.

Selekcja i wykluczenie nie odbywają się w próżni – wywołują reakcje. Ludzie wypchnięci na margines nie znikają; stają się źródłem niepokoju, który trzeba monitorować i pacyfikować. Mury wymagają strażników, strażnicy wymagają nadzoru, nadzór wymaga lojalności – a lojalność kosztuje i nigdy nie jest pewna. Administracja Trumpa planuje zatrudnić 10 tysięcy dodatkowych agentów imigracyjnych. Za rok będzie ich potrzebowała więcej. I jeszcze więcej za kolejny rok. System wchodzi w spiralę rosnących wydatków na własne podtrzymanie.

A im bardziej wartość koncentruje się w nielicznych węzłach, tym bardziej te węzły stają się oczywistymi celami. Nie trzeba wygrywać wojny ani organizować rewolucji – wystarczy zakłócić przepływ w kilku kluczowych punktach, żeby wywołać kaskadę problemów. Nadmiarowość jest kosztowna, ale jej brak kosztuje znacznie więcej, gdy coś pójdzie nie tak. Wysoko zoptymalizowany system upada łatwiej.

Do tego dochodzi problem z informacją zwrotną. Systemy oparte na kontroli i lojalności mają tendencję do ukrywania błędów. Nikt nie chce przynosić złych wiadomości. Problemy są zamiatane pod dywan, gdzie pozwala im się po cichu rosnąć. Aż w końcu są tak duże, że nie ma ryzyka w tym, aby o nich mówić. Przecież każdy już o nich i tak wie. W świecie powolnych i szeroko negocjowanych procesów taka opieszałość odnajduje naturalny systemowy bufor. W rzeczywistości szybkich zmian technologicznych to jednak poważne upośledzenie – nie widzisz, co nadchodzi, dopóki cię nie uderzy.

Twierdza nie musi runąć od razu. Może trwać dekadami. Ale jej długoterminowe prognozy są zaskakująco złe.

Logika dominacji

Historia rzadko podąża jedną ścieżką. Nawet jeśli logika twierdzy wydaje się teraz dominować, nie oznacza to, że wygra.

Są siły działające w przeciwnym kierunku. Technologia ma tendencję do dyfuzji – to, co dziś jest drogie i skoncentrowane, jutro może być tanie i rozproszone. Jeśli modele AI zaczną działać skutecznie na lokalnych urządzeniach, jeśli alternatywne źródła energii staną się powszechnie dostępne, jeśli standardy staną się wystarczająco otwarte, żeby łatwo było „wyjść" z dominujących ekosystemów – wtedy kontrola nad bramkami straci na znaczeniu. Trudno domknąć system, gdy bramek jest zbyt wiele.

Możliwa jest też inna trajektoria: nowa forma stabilizacji, która nie wymaga permanentnej eskalacji kontroli. Brzmi to może utopijnie, ale przecież kapitalizm przemysłowy też kiedyś wydawał się nie do pogodzenia z demokracją – a potem, przez dziesięciolecia prób i błędów, powstały kompromisy instytucjonalne, które działały zaskakująco sprawnie przez dekady.

Może i tym razem uda się wypracować jakąś formę umowy społecznej dostosowaną do świata automatyzacji.

Najbardziej prawdopodobna przyszłość to pewnie żaden z tych czystych wariantów – raczej mozaika. Różne regiony, różne trajektorie, różne prędkości. Gdzieś twierdze, gdzieś enklawy współpracy, gdzieś rozpad, gdzieś eksperymenty z czymś nowym. Przyszłość nigdy nie jest równo rozłożona.

Czy uda się wypracować jakąś formę umowy społecznej dostosowaną do świata automatyzacji. Ilustracja: shutterstock / Jozef Micic.

Nowy, (nie)wspaniały świat

Obserwujemy moment przejścia. Stary układ – w którym masy były niezbędne jako pracownicy i konsumenci – jeszcze działa, ale jego logika słabnie. Nowy układ – w którym wartość powstaje coraz bardziej bez udziału mas – dopiero się formuje.

Tak jednoznaczne poparcie dla Trumpa ze strony czołowych technofeudałów nie jest anomalią ani przypadkiem – to sygnał. Ci, którzy zbudowali fortuny na wciąganiu wszystkich, teraz widzą przyszłość w kontrolowaniu dostępu. Zmienił się kurs, bo zmienił się kierunek zysku.

Nie znaczy to, że twierdza wygra. Historia pokazuje, że systemy oparte na wykluczeniu są kruche. Ale żeby im przeciwdziałać – albo przynajmniej zrozumieć, co się dzieje – trzeba najpierw rozpoznać logikę, która za nimi stoi.

A logika ta nie jest skomplikowana: gdy ludzie byli potrzebni, warto było ich wciągać. Gdy przestają być potrzebni, warto ich selekcjonować. Polityka, ideologia, retoryka – to przeważnie dekoracje wokół tego fundamentalnego przesunięcia.