Pewnego oscarowego faworyta – komediodramat "Wielki Marty" w reżyserii Josha Safdiego – można opisać jednym zdaniem złożonym. Brzmi ono następująco: Timothée Chalamet przez cały film ucieka – albo przed samym sobą, albo przed ludźmi, u których zdążył już sobie nagrabić.
Konkretniej: mamy połowę XX wieku. Główny bohater filmu, Marty Mauser, marzy o zostaniu międzynarodową gwiazdą tenisa stołowego. Przez ponad dwie godziny obserwujemy więc jego zmagania na drodze ku sportowej sławie. Kiedy jednak ta nie nadchodzi, aspirujący sportowiec zaczyna zdawać sobie sprawę, że pora zmienić obraną wcześniej taktykę. Zamiast kombinować, wciskać kit i udawać, sytuacja zmusi Marty’ego do skonfrontowania się z prawdą. Wyjdzie na to, że może wcale nie jest on taki wielki, jak sugeruje nam to tytuł na samym początku.
Bohater filmu robi wszystko, by zabłysnąć na własną rękę. Wierzy w indywidualizm i kult jednostki, twierdząc, że tylko w ten sposób będzie respektowany przez innych. Nieustannie odrzuca pomoc tych, dla których coś znaczy: kumpla, mamy, a także swojej prawdziwej miłości – przyjaciółki jeszcze z czasów dzieciństwa. Marty zachowuje się jak dupek, ale jest to bardzo performatywne. Pragnie się popisywać, bo wierzy, że wtedy ktoś go zauważy; dostrzeże jego charyzmę i fakt, że – być może – jest lepszy od tych zwykłych, szarych ludzi.
W rzeczywistości "Wielki Marty" przypomina nam, że czasem trzeba zwolnić i rozejrzeć się wokół siebie. Zwrócić uwagę na bliskich, którzy wspierają nas na każdym kroku. Docenić to, czym na co dzień obdarowuje nas życie.
Jak ten chomik, do cholery!
Akcja filmu dzieje się niemal 80 lat temu, a jednak tamten świat jest zaskakująco bliski naszemu. Panuje tu proste przekonanie: jeśli nie będziesz pędzić do przodu niczym Marty, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostaniesz z niczym. Że skończysz jako sprzedawca albo kelner gdzieś na Manhattanie.
Trzeba więc zaczynać od najmłodszych lat, próbować i gnać co sił od samego początku. Marty gna do przodu, choć przewraca się praktycznie na każdym kroku. Nie pochodzi z bogatej rodziny, więc ciągle musi coś robić, próbować, kombinować – bo inaczej nie osiągnie wymarzonego sukcesu. Wie, że stojąc w miejscu, zacznie spadać w dół.
Trochę koresponduje to z dzisiejszym mindsetem, który wmawia nam #pozytywnykapitalizm: dzień wolny czy dzień odpoczynku to w gruncie rzeczy czas stracony. Zamiast grindu – czyli harówki i powtarzania tych samych czynności w celu szlifowania umiejętności oraz zdobywania doświadczenia – decydujesz się na regenerację. Masz do tego pełne prawo. Ale ktoś inny w tym czasie, niczym Marty, kombinuje i za chwilę może zabrać ci pracę albo życiową okazję. To oczywiście nie musi się wydarzyć, ale właśnie taką presję wywołuje w nas obecny, niestabilny rynek.
Kapitalizm chce, żebyśmy – niczym smutny, wyliniały chomik – biegli bez końca. Bez szans na metę, bo tej po prostu nie ma. A my musimy powiedzieć dość i wyrwać się z tego absurdalnego wyścigu. W dzisiejszych czasach potrzebujemy sztuki powolności bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Tego właśnie uczy się Marty na przestrzeni całego filmu.
Kunderowski przegryw
W powieści "Powolność" Milan Kundera już na samym początku pyta nas wprost: "Dlaczego zniknęła przyjemność powolności?". W "Wielkim Marty" pojawia się bardzo podobna kwestia. "Dlaczego zniknęła przyjemność z doceniania codzienności i zwyczajności?" – zdaje się pytać Josh Safdie, reżyser filmu. Te dwa pytania w naturalny sposób się dopełniają.
Marty zostaje zmuszony do zwolnienia, by wreszcie poczuć coś pozytywnego, a w konsekwencji – stać się szczęśliwym. Musi zaakceptować zwyczajność, która we współczesnym świecie coraz częściej kojarzy się z byciem #przegrywem. A przecież wcale nie musi tak być. Wręcz przeciwnie – ta "zwyczajność" powinna być dziś pożądana. To ona pozwala nam opuścić owczy pęd i zacząć skupiać się na własnym samopoczuciu. Na zdrowiu psychicznym, które w dzisiejszych czasach jest wyjątkowo podatne na rozmaite triggery, w dużej mierze generowane przez media (anty)społecznościowe.
Klasyczna okładka książki "Powolność" Milana Kundery. Państwowy Instytut Wydawniczny.
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy Kunderze. W pierwszej części swojej powieści – przypominającej raczej traktat filozoficzny niż klasyczną prozę – pisarz wyraża tęsknotę za dawnym sposobem myślenia, kiedy ludzie naprawdę potrafili czerpać z życia. Nazywa to "słodkim nieróbstwem" i pisze tak:
"Czeskie przysłowie określa ich słodkie nieróbstwo metaforą: wpatrują się w okna dobrego Boga. Ten, kto wpatruje się w okna dobrego Boga, nie nudzi się; jest szczęśliwy. W naszym świecie nieróbstwo przemieniło się w bezczynność, która jest czymś zupełnie innym: człowiek bezczynny jest sfrustrowany, nudzi się, wciąż poszukuje brakującego mu ruchu".
Bezczynność to dziś na przykład scrollowanie TikToka czy Instagrama — zatruwanie sobie głowy natłokiem zbędnych informacji, newsów i plotek. Lepiej wpatrywać się w okna dobrego Boga. Lepiej po prostu zająć się sobą, zamiast bezmyślnie biec przed siebie. Bo współczesny "ruch", o którym pisze Kundera, polega właśnie na mądrym, słodkim nieróbstwie. Na robieniu rzeczy, które nie są pracą, ale okazują się znacznie wartościowsze niż bezczynność w postaci doomscrollingu czy angażowania się w jałowe dyskusje na facebookowych grupkach.
To właśnie te aktywności rodzą frustrację. To one sprawiają, że czujemy nienasycenie tym, co mamy wokół siebie, bo wydaje nam się, że stoimy w miejscu. Nawet jeśli w rzeczywistości pędzimy coraz szybciej.
Gdyby Marty Mauser urodził się pięćdziesiąt lat później, być może miałby szansę sięgnąć po książkę Kundery. Może nie wybrałby się wtedy na swoją szaloną eskapadę? Może od początku skupiłby się na odrzucanej przez siebie miłości i zaczął doceniać całokształt własnego życia?
Na ławce
W tym kontekście przypomina mi się krótki filmik z udziałem świętej pamięci Davida Lyncha, pochodzący z dokumentu "It’s a Beautiful World" z 2014 roku. Jadąc samochodem – w swoich ikonicznych okularach przeciwsłonecznych – reżyser z dumą ogłasza, że ma dwa ciasteczka ("two cookies") oraz puszkę Coli. Niby się chwali, ale w tej radości jest coś znacznie głębszego.
Lynch w tym nagraniu przypomina dziecko, które właśnie dostało najlepszą zabawkę na świecie. A mówimy przecież o twórcy, który w swoich filmach nieustannie zahacza o wątki transcendentalne. Jego bohaterowie są zafascynowani tym, co nieznane i pociągające – nawet jeśli bywa to zgubne. Lynch często opowiada o niemożności odnalezienia szczęścia, o wiecznym niezadowoleniu z kart, jakie rozdało nam życie. To nie są banalne tematy. A jednak ten sam człowiek nagle mówi nam, że życie jest piękne, bo ma napój i ciastka.
Wniosek wydaje się prosty: Lynch potrafił oddzielić fikcję od życia. Kiedy w swoich filmach bezustannie poszukiwał odpowiedzi na dręczące go pytania, na co dzień sensu doszukiwał się w prostocie. Cała reszta przychodziła później. Wewnętrzne frustracje zamiast pielęgnować, brał na warsztat filmowy. Emocje umieszczał w sztuce, a w sobie nosił spokój.
Dlatego właśnie sztuka powolności oznacza dla mnie również umiejętność doceniania drobnych rzeczy. Choćby tego, że w każdej chwili możemy wyskoczyć do lokalnego sklepu i kupić sobie – niczym Lynch – czerwoną puszkę Coli.
Może czasem naprawdę warto się zatrzymać. Pójść do parku, usiąść na ławce, otworzyć puszkę, wziąć łyk i po prostu cieszyć się chwilą. Odłożyć telefon na bok i faktycznie zapatrzeć się na świat – jak u Jarmuscha w "Patersonie", gdzie bohater walczył z rutyną, szukając piękna w codzienności. Bo w sumie: no jo, proč ne!*
Do perfekcji
W książce "Wellness" Nathana Hilla dostajemy czułą wiwisekcję pewnej amerykańskiej pary – Jacka i Elizabeth. Oboje połączyło uczucie, o którym zazwyczaj słyszymy tylko w filmach. Ono było prawdziwe, perfekcyjne, bigger than life, jak powiedzieliby Amerykanie. Jednak rodzinne traumy oraz – przede wszystkim – dążenie do perfekcji (a więc potrzeba udowodnienia całemu światu, że stać ich na więcej) sprawiają, że ich relacja, ba – cały ich świat, zostają wystawione na próbę.
Kiedy namiętność ustępuje miejsca rutynie, Jack i Elizabeth zaczynają się zastanawiać, co tak naprawdę ich ze sobą trzyma. Wspomnienie przeszłości? Przyzwyczajenie? A może już tylko dziecko? Myślę, że sami jesteśmy trochę jak jedno z nich. Nas także pożera ambicja albo romans z perfekcjonizmem; z własnymi wizjami lepszej przyszłości. Zamiast zmierzać do celu spokojnymi krokami, pędzimy biegiem. I nie potrafimy się zatrzymać. Oddalamy się od najbliższych oraz od tego, co w gruncie rzeczy jest dla nas najważniejsze.
Refleksja przychodzi dopiero po czasie. Że życie zbudowane wyłącznie na dickensowskich nadziejach może nam się solidnie odbić czkawką. Podobnie jak u Vincenza Latronica w jego głośnej powieści "Do perfekcji". Pojawia się wtedy "przebłysk niepokoju, że bezpieczne życie, które sobie zbudowali[śmy]”, może wynikać „jedynie z chronologicznego przypadku".
Bo skoro ciągle pędzimy, a Instagram uparcie podpowiada nam, że ktoś i tak ma „lepiej”, to znaczy, że nasze zmagania mogły pójść na marne. Że wszystko to jest raczej efektem szczęśliwego splotu wydarzeń niż ciężkiej pracy.
Zaczynamy więc sami siebie sabotować. Wymagamy od siebie coraz więcej. Nie potrafimy przestać.
Nie jesteśmy w stanie odrzucić potrzeby porównywania się do innych. Zamiast odpuścić, biegniemy dalej – niczym Marty. Pragniemy udowodnić światu, że stać nas na więcej. Bo przecież, jeśli się zatrzymamy, świat nas pożre, przeżuje, wypluje i zostawi gdzieś na marginesie, skazanych na samotność. Przynajmniej tak to sobie wyobrażamy.
Zwolnij i żyj
Jeśli chcemy spowolnić, nie musimy od razu rezygnować ze swoich ambicji ani epatować na lewo i prawo hasłami w stylu work-life balance. Nie chodzi o to, by nagle rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady (choć Bieszczady, jak wiadomo, zawsze kuszą). Na pewno jednak warto zredefiniować swoje podejście do niezdrowych oczekiwań wobec życia – tych, które wpajają nam chore media antyspołecznościowe – oraz do wszechobecnego zalewu nowych treści, którymi masowe media bombardują nas bez chwili przerwy.
Oczywiście, przy obecnym rynku pracy i ogólnym chaosie łatwiej to napisać niż faktycznie zrobić. Nie da się tak po prostu wrzucić na luz, odciąć się od scrollowania reelsów i cudownie poprawić swój attention span. Gdyby się dało, wszyscy bylibyśmy już zen-mnichami z idealną koncentracją.
Zatem jak na nowo odzyskać skupienie i nie rozpraszać się na każdym kroku bodźcami z zewnątrz? Istnieją pewne sposoby, które mogą pomóc nam przetrwać w tym natłoku treści, ambicji i pędu do wymanifestowania idealnej wersji samych siebie. Christopher Mims z "Wall Street Journal" twierdzi, że w XXI wieku musimy nauczyć się nie absorbować każdego skrawka nowej informacji, którymi jesteśmy bombardowani co sekundę, gdy tylko sięgamy po telefon.
Musimy zwolnić.
A co konkretnie możemy zrobić? Działać da się na wielu poziomach:
Zamiast dwudziestu pobieżnie przeczytanych nagłówków – faktycznie, w pełnym skupieniu, przeczytaj jeden artykuł od deski do deski.
Zamiast budować swój światopogląd na podstawie komentarzy obcych ludzi, spróbuj zgłębić temat samodzielnie i daj sobie czas, by wyrobić własną opinię. Z czasem stajesz się odporny na cudze sądy. W końcu masz swoje. To szczególnie ważne w epoce mediów (anty)społecznościowych, gdzie każdy próbuje – często bardzo agresywnie – udowodnić ci, że nie masz racji. Albo że obrany przez ciebie model życia nie ma najmniejszego sensu.
Zamiast zamartwiać się, że wiecznie coś cię omija – kolejna nieprzeczytana wiadomość, instagramowe stories znajomych czy plotki nagłaśniane przez ściekowe portale – nadrabiaj treści w swoim tempie. To naprawdę nie ucieknie. Świat nie zmieni się o 180 stopni tylko dlatego, że tydzień później dowiesz się, iż Taylor Swift znów wsiadła do samolotu, a Donald Trump szuka pingwinów na Grenlandii.
Zamiast wymagać od siebie przenoszenia gór, zacznij od małych rzeczy. Przeczytałeś dziś tylko dwie strony nowej powieści? Zdarza się. Następnym razem pójdzie lepiej. Nie miałeś siły na samorozwój po całym dniu w pracy? Nic straconego. Te kilka godzin i tak raczej nie zbawiłoby świata.
Zamiast skupiać się na innych, zacznij żyć własnym życiem. I własnym tempem. To nie jest wyścig. To znaczy, w teorii jest. Ale cała sztuka polega na tym, żeby w nim nie startować. Zresztą od biegu zawsze lepszy był trucht. Nie ma sensu zaorać się już na starcie. Lepiej wziąć głęboki wdech, na chwilę zamknąć oczy, a potem je otworzyć. Świat nadal tam będzie. Dokładnie taki sam.
Zgadza się – jakoś to będzie.
Życie jest gdzie indziej
Nie musimy być jak tytułowy Marty z filmu Safdiego. Życie to jednak nie film – zamiast ryzykować wszystko, co dla nas cenne, czasem wystarczy chwila refleksji. Może dwie. Bo chyba właśnie o to chodzi, jak śpiewała Agnieszka Chylińska: żeby w pewnym momencie powiedzieć sobie: dość.
Nie musimy wszystkiego wiedzieć. Nie mamy obowiązku śledzić każdego newsa wypuszczonego w mediach. Nikt nie trzyma nam noża przy gardle, zmuszając do zapoznania się z każdą nową książką, hajpowanym przez znajomych serialem Netfliksa czy kolejną piątkową premierą w kinie. Ludzie nie wiedzą, co aktualnie robi i mówi prezydent.
Ludzie nie wiedzą też, kiedy startuje Artemis II. I jakoś żyją. Powoli.
Idźmy za Kunderą – bądźmy tymi włóczęgami, o których pisał w "Powolności". Nie bójmy się zwyczajności. Nie bójmy się w opowiadanych przez nas historiach stać się własnymi niespiesznymi bohaterami. Bo jak pisał czesko-francuski mistrz w innej powieści: życie jest gdzie indziej. Na pewno nie przed ekranem smartfona.
*No jo, proč ne to po czesku: no dobra, czemu nie.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-01-30T11:41:02+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T11:35:11+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T11:07:12+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T10:57:38+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T10:12:54+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T09:37:22+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T08:51:18+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T08:21:13+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T08:07:53+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T07:17:35+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T06:51:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T06:41:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T06:31:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T06:21:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T06:11:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T21:40:31+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T21:22:06+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T20:42:12+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T20:07:30+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T19:07:20+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T18:21:42+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T17:53:21+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T17:03:49+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T16:41:15+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T16:06:12+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T15:47:45+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T15:27:21+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T14:56:14+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T14:24:59+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T14:22:55+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T12:59:38+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T12:30:52+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T11:34:43+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T11:10:48+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T10:54:14+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T10:27:03+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T10:08:09+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T10:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T09:08:59+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T08:47:59+01:00