Polski zbiornik wysycha. Jezioro Klimkowskie walczy o przetrwanie
Kilka miesięcy temu mieszkańcy doświadczali księżycowego krajobrazu – dziś wody jest więcej, ale przyszłość jeziora ciągle jest niepewna. W tym przypadku ratunkiem będą nie tylko opady.

O wysychającym jeziorze Klimkowskim donosi Radio Kraków. Obecnie wypełnione jest w ok. 60 proc. Daleko więc do idealnej sytuacji, ale i tak można się cieszyć, że jest znacznie lepiej niż było w 2025 r., kiedy to poziom spadł do 12 proc.
– Nie jest dobrze, bo to jezioro zasila wodę pitną całą okolicę. Dawniej, kiedy nie było Klimkówki, mieliśmy braki wody – mówią mieszkańcy w rozmowie z rozgłośnią.
Jesienią było tak źle, że można było urządzać spacery po suchym dnie. "Wyschnięte na wiór dno nawet nie przyjmowało strug deszczu. Te spływały po nim drążąc tylko korytarze w miejscach, gdzie więcej było mułu niż twardego podłoża" – relacjonowała "Gazeta Krakowska" w listopadzie.
Jezioro dawniej było lokalną atrakcją turystyczną, ale pozbawione wody mało kogo cieszyło. Nie dało się pływać, a sceneria jak z filmu postapokaliptycznego raczej przeraża niż imponuje. Według przytoczonych przez "Gazetę Krakowską" statystyk, przy jeziorze wypoczywało w 2025 r. ledwie 8 tys. osób. W poprzednich latach zjeżdżało się nawet 30 tys. "Woda przyciąga turystów jak magnes – mówi Radiu Kraków wójt gminy Ropa Karol Górski. A skoro jej nie ma, to i chętnych do przyjazdów brakuje.
Wciąż na ziemi stoją pomosty, a miejsce, z którego zwykle wypływały łodzie WOPR-u, wciąż jest oddalone o kilkaset metrów od lustra wody – mogliśmy przeczytać w jesiennej relacji.
Równie źle było w 2024 r. Krakowski oddział TVP 3 opisywał, że zbiornik, będący jeszcze do niedawna atrakcją turystyczną i ważnym zasobem dla mieszkańców, zaczął przypominać… kałużę.
- Woda jest brudna, a w rzece poniżej zbiornika płynie praktycznie błoto – opisywał wówczas Łukasz Kipiel, dyr. Biura Zarządu Okręgu Polskiego Związku Wędkarskiego w Nowym Sączu.
Zbiornik odczuwa konsekwencje katastrofy klimatycznej, ale nie tylko susza jest problemem. Radio Kraków tłumaczy, że zapora w Klimkówce działa według instrukcji opracowanej kilkanaście lat temu.
Głównym zadaniem zbiornika jest ochrona przeciwpowodziowa. Z tego powodu przepisy nakazują utrzymywanie rezerwy powodziowej i zrzucanie wody. W czasie długotrwałej suszy oznacza to jednak, że z jeziora bywa wypuszczane więcej wody, niż do niego dopływa – wyjaśnia rozgłośnia.
Samorządowcy proponują, aby zmniejszyć minimalny odpływ wody z zapory – z dwóch do jednego metra sześciennego na sekundę. Dzięki temu dałoby się zatrzymać więcej wody. W rozmowie z Radiem Kraków rzecznik Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej deklaruje, że szansa na modyfikację przepisów jest, ale potrzebna jest "zmiana instrukcji gospodarowania wodą i uzyskanie nowego pozwolenia wodnoprawnego w Ministerstwie Infrastruktury". Jak tłumaczy, to skomplikowana procedura, która wymaga szczegółowych analiz.
Śnieżna zima powinna pomóc, prawda? Prawda?!
Problem z tegorocznym śniegiem jest taki, że w wielu miejscach spadł gwałtownie i na tym opady się skończyły. Utrzymywał się za sprawą niskich temperatur, ale były to wyskoki, a nie regularne opady.
Na razie, oprócz miejscowo północnego wschodu kraju, nie mamy do czynienia z wezbraniami rzek czy też nadmierną ilością wody na powierzchni. Mimo szybkiej odwilży przepływy rzek są średnie – pisał na początku marca Daniel Petryczkiewicz.
"Śnieg leżał, a nie padał", więc wody zabrakło. Widać to na przykładzie małych rzek, które po raz kolejny nie płyną.
Z raportu Fundacji Edukacji Klimatycznej, o której informował serwis Nauka w Polsce, wynikało, że tegoroczny styczeń był… najsuchszym styczniem w XXI w. Tak, tak, ten sam styczeń, który według innych zakończył katastrofę klimatyczną, bo wreszcie przypominał prawdziwą zimę. Owszem, brodziliśmy w błoto-piacho-śniegu, bo miasta zapomniały dbać o chodniki, ale jak pisał Petryczkiewicz był to opad, który leżał, a nie ten, który stale dochodził.
- To była zbyt mała skala opadów śniegu - przede wszystkim w centralnej Polsce, na Kujawach, w Wielkopolsce i w wielu częściach Mazowsza - aby było to remedium na trapiącą od lat Polskę suszę hydrologiczną. Na tych terenach leży bowiem obecnie po 1-2 centymetry śniegu, a miejscami nie ma go wcale. Północno-wschodnia Polska, wschód i góry - tam śniegu mamy więcej niż w ubiegłych latach i tam sytuacja powinna się poprawiać w zakresie stanu bieżącego w glebie na wiosnę – mówił w lutym PAP dr hab. Marcin Świtoniak, prof. Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Naukowiec zaznaczał, że należy cieszyć się z tego, że spadło nieco więcej śniegu niż podczas ostatnich zim, ale w skali kraju to i tak kropla w morzu potrzeb. Opadów zabrakło "szczególnie w regionach, gdzie deficyt wody od lat jest największy".
Zanosi się więc na to, że o wysychających zbiornikach, pragnących wody, jeszcze w najbliższych miesiącach będziemy często słyszeć.



















