1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Infodemia, dezinformacja, doomscrolling. Jak w tym świecie znaleźć rzetelne źródła informacji?

Podawanie źródeł informacji, wyraźnie oznaczone cytaty z innych mediów, podpisywanie autorów, oznaczanie zmian dokonanych w artykule po jego publikacji. To podstawowe sposoby na wskazanie, że artykuł, który czytasz w internecie, powstał w sposób rzetelny. To także metody na walkę z dezinformacją.

Jak znaleźć rzetelne źródła informacji? Poradnik

Obok informacyjnej i opiniotwórczej dziś media mają jeszcze jedną, coraz ważniejszą rolę: walkę z dezinformacją. Oczywiście ważne jest, by demaskowały celowo zmanipulowane informacje i odkrywały brzydkie fakty, których politycy, biznes czy choćby celebryci nie chcą ujawniać. Ale nie mniej kluczowe jest, by podawały te informacje w możliwie najbardziej rzetelny sposób. I by były nam pomocą w przesianiu ogromu informacji, jaki coraz bardziej nas bombarduje.

Tyle teorii. W praktyce niestety zarówno w Polsce, jak i w ogromnej części świata ludzie coraz mniej ufają mediom. W 2020 roku w badaniu IBRIS dla "Rzeczpospolitej" zaufanie do prywatnych mediów w Polsce zadeklarowało 50,2 proc. badanych (do tych publicznych zaledwie 34,4 proc.). I choć został zanotowany wzrost o 3,2 pkt proc., to i tak ten odsetek wciąż wygląda bardzo smutno.

Dane te odpowiadają trendom światowym. Przeprowadzane co roku w kilkunastu krajach świata badanie Edelman Trust Barometer wskazuje, że średnio poziom zaufania do mediów wynosi obecnie (dane ze stycznia 2022 r.) 50 proc., co oznacza 1 pkt proc. spadku rok do roku i 6 proc. spadku w porównaniu z rokiem 2020, czyli wybuchem pandemii. Jeszcze smutniejsza jest kolejna liczba: 59 proc. badanych uważa, że przedstawiciele mediów świadomie wprowadzają ludzi w błąd, udzielając fałszywych informacji.

Jeszcze bardziej szczegółowe przynosi najnowszy raport Digital News Report, publikowany co roku przez Instytut Reutersa i Uniwersytet Oxfordu. Do tego najnowszego przepytano 92 tys. czytelników mediów on-linowych w 46 państwach, w tym w Polsce. Okazuje się, że średnia czytelników faktycznie ufających mediom wynosi 44 proc. Polska z 48 proc. ufających nie wypada tak źle. Dla porównania na Węgrzech mediom ufa już tylko 30 proc. mieszkańców, ale z drugiej strony w Finlandii aż 65 proc. 

Dlaczego przywołujemy tak dużo kolejnych danych, które - wydawać by się mogło - są ważne tylko dla samych mediów? Mówią one niezwykle dużo o tym, w jakim świecie żyjemy. Brak zaufania do mediów, do przekazywanych przez nie informacji jest poważnym problemem. Szczególnie w dobie tak szalejącej jak obecnie dezinformacji i wojny propagandowej.

Walka z dezinformacją warsztatem

W czasach ciągnącej się już dwa lata pandemii, a teraz dodatkowo jeszcze wojny, infodemia (czyli pandemia bombardujących nas z każdej strony informacji) jest coraz silniej odczuwalna. Kto z nas nie popada ostatnio w doomscrolling, czyli obsesyjne przeglądanie bardziej i bardziej przerażających informacji? Na żywo widzimy też, czym może się skończyć rozszalała dezinformacja. W Przemyślu niemal doszło do rozrób pod wpływem podkręconych informacji zarówno o rasizmie w stosunku do uchodźców z Ukrainy, ale także tych z Indii, Bliskiego Wschodu czy Afryki, jak i o atakach tych osób na mieszkańców.

Nie zrozumcie nas źle. Doskonale wiemy, że ogromna część tego braku zaufania to wina nas samych. Szaleńczej walki o newsa, myślenia głównie o nakładach, a po pojawieniu się internetu o klikach. Stawiania na pierwszym miejscu gwiazd dziennikarstwa przed bohaterami i czytelnikami. Sztucznego nabijania klików, clickbaitowych tytułów. Mocnego upolitycznienia wielu redakcji. Latami odbiorcy i same media przymykały oko na sytuacje, gdy dobry warsztat przegrywał z portalozą. Jednak w czasach wojny i zarazy samą zarazą staje się pogoń za klikami, zwłaszcza gdy na pierwszym miejscu media powinny stawiać walkę z dezinformacją.

Tyle że te błędy wiele mediów doskonale zdiagnozowało. Zaczęły się zmieniać, walczyć o jakość, szukać lepszego kontaktu i zrozumienia z czytelnikami. Wiemy o tym, bo pracujemy i to w bardzo różnych redakcjach (od tradycyjnych papierowych, poprzez łączące w sobie on-line i wydania papierowe, po stawiające już tylko na internet) od wielu lat.

O tym, jak rozpoznawać dezinformację, jak z nią walczyć i jak szukać sprawdzonych źródeł, piszemy regularnie od lat. Od wybuchu wojny ten temat jest już właściwie codziennie na nagłówkach.

NASK opublikował Kodeks Dobrych Praktyk, który ma służyć każdemu w orientowaniu się w sieci i prawidłowym odróżnianiu treści, a przede wszystkim ich intencji. Kodeks ten współtworzyli eksperci Crazy Nauki, CyberDefence24, FakeHunter, Instytutu Zamenhofa,
Fundacji Rozwoju Przez Całe Życie, Fundacji Nauka. To Lubię, Spider’s Web+, Stowarzyszenia Demagog, Stowarzyszenia Pravda, Stowarzyszenia Sieć Obywatelska Watchdog Polska i NASK-PIB.

Tyle że brakuje podobnego kodeksu dla samych mediów. Kodeksu, który pomógłby w warstwie warsztatowej zadbać o odbudowanie zaufanie czytelników, a czytelnikom pomógłby odnaleźć media i treści faktycznie wartościowe.

Dlatego dziś, w drugie urodziny Magazynu Spider's Web+ (powstawał także po to, by pokazywać, że można w mediach internetowych stawiać na wysokie standardy), pozwalamy sobie na opublikowanie małego poradnika, który może być pomocny w wyłuskaniu mediów i treści jakościowych.

Jak rozróżnić wiarygodne treści?

ZASADA: Podawanie źródeł pochodzenia informacji.

Oczywiście wszystkie media lubią mieć informacje jako pierwsze i na wyłączność. Ale nie jest to ani fizycznie, ani realnie możliwe, by zdobyć wszelkie newsy samodzielnie. Dlatego dobrym obyczajem, a w wielu mediach wręcz obowiązkiem jest powoływanie się na pierwotne źródła. I to o wiele poważniejszym obowiązkiem niż podkreślenia w rodzaju "TYLKO U NAS" czy "NEWS". Takie zwroty zostawia się do faktycznie dużych, ekskluzywnych informacji.

Agencja Reuters w swoim niemal 500-stronicowym podręczniku dziennikarstwa już na pierwszych stronach mówi o źródłach informacji.

"Rzetelność oznacza podawanie źródła materiałów, które nie są naszego autorstwa, zarówno w artykułach, jak i na zdjęciach czy filmach. Nasi czytelnicy i opinia publiczna oczekują, że będziemy uczciwie informowali, skąd pochodzą materiały. Dzięki temu mogą ocenić ich wiarygodność. (...) Istotne dla przejrzystości jest, by materiały, których nie zebraliśmy sami, były w artykułach wyraźnie przypisane do źródła, także wtedy, gdy tym źródłem jest konkurencyjna organizacja" – czytamy.

Dalej w podrozdziale o konkurencyjności Reuters pisze: "Respektujemy sytuację, gdy nasza konkurencja zdobywa ekskluzywne informacje, które mogą być cenne dla naszych odbiorców. Zaznaczamy to wyraźnie w naszych materiałach w taki sposób, w jaki sami byśmy tego oczekiwali od konkurencji".

Dziennik "The New York Times" także jasno wskazuje w swoim kodeksie etyki: "Jeśli wykorzystujemy informacje z innej publikacji, zaznaczamy, czyjego są autorstwa". Brytyjski "The Guardian" dodaje: "Należy podawać źródło opublikowanego materiału z innej organizacji, w tym cytaty z innych artykułów prasowych".

ZASADA: Poprawne linkowanie do źródeł to linkowanie z atrybutem "follow".

Nie wystarczy samo podanie źródła. Dobrym obyczajem, ale też świetną metodą na fact-checking jest umieszczenie w publikacji (także pod nagraniem w opisie wideo lub audio) linków do źródeł. Dzięki temu czytelnik może szybko zweryfikować artykuł. Nie musi szukać po sieci, wystarczy kliknąć link.

Umieszczenie takiego linku jest wyrazem szacunku wobec tego, kto faktycznie informacje zdobył, wykonał badanie czy pozyskał ważne wypowiedzi, stanowiska.

Przykładem niech będzie to, jak po reportażu o "Żurnaliście", który opublikowaliśmy w SW+, powoływały się lub nie na niego inne media. I tak jak przykładowo NaTemat, Press czy Kozaczek dochowały staranności i wskazywały źródło, tak redakcja Pudelka powołała się, gdy się o to upomnieliśmy. Zalinkowała do źródłowego artykułu, ale dodała przy tym parametr "nofollow". Przy takim parametrze roboty Google'a nie podążają za linkiem, a tym samym nie wzmacniają wiarygodności strony, do której kierują.

W niektórych media wciąż obowiązują wręcz odgórne zakazy linkowania do źródeł zewnętrznych w jakikolwiek sposób. Na braku standardów w Polsce, a konkretnie w Onecie wskazywaliśmy już – uwaga – dziewięć lat temu! Wynika to z obawy o "wyjście na zewnątrz usera", czyli stratę wygenerowanego ruchu internetowego. Przy okazji media tracą jednak na wiarygodności.

Jeden z przykładów poprawnego linkowania i cytowania w tekście o numerze 112.

W Spider’s Web+ już na etapie pisania artykułu linki do źródeł są w nim wklejane w treści lub jako komentarze. To ułatwia później pracę redaktorowi lub wydawcy i pozwala na szybszy fact-checking. Po publikacji linki znajdują się w tekście z parametrem "follow".

Podobne zasady stosują liczne prestiżowe media. Poniżej na jednym obrazku aż cztery linki (dwa do Fox News, jeden do Politico i jeden do nagród Pulitzera) do zewnętrznych źródeł w artykule Guardiana.

Cztery linki zewnętrzne w dwóch akapitach Guardiana.

Przykładów jest więcej. Gdy w kwietniu zeszłego roku Spider’s Web jako pierwszy na świecie podał informacje o nowej usłudze od Sony, cytowany był przez jeden z najpopularniejszych na świecie serwisów technologicznych The Verge. Link do pierwotnego artykułu był podany dwukrotnie, w tym raz schowany pod frazą "PlayStation Plus Video Pass", która w tamtym momencie była szczególnie wyszukiwana przez internautów.

Pilnie tej zasady przestrzegają media wyspecjalizowane w fackt-checkingu jak choćby należący do TVN24 - Konkret24. Co więcej, stosuje on wyraźne rozróżnienie: Linki do źródeł z newsami medialnymi są tradycyjne i oczywiście "dofollow."

Konkret24 linkuje i do źródeł danych i do mediów.

A te do treści sprawdzanych i noszących znamiona manipulacji prowadzą do zarchiwizowanej wersji danej strony internetowej.

Dzisiaj, co trzeba przyznać, coraz częściej poprawne powoływanie się i linki są już widoczne w polskich mediach. Najczęściej w specjalistycznych takich jak 300gospodarka (przykład z linkami do Polsatu i Dziennika Gazety Prawnej), ale także w dużym portalu Gazeta.pl (przykład zalinkowania do Onetu).

ZASADA: Podpisywanie się własnym nazwiskiem.

Jest właściwie tylko jedna znana na całym świecie redakcja, która nie podpisuje autorów pod ich tekstami: brytyjski tygodnik "The Economist". Wyjątki są dwa: autor przestaje z tytułem współpracować – wtedy na pożegnanie z czytelnikami ten jeden jedyny raz może zrobić dla siebie wyjątek. Podpisywane bywają też teksty zewnętrznych, uznanych autorów.

Ale ten liczący niemal 180 lat tygodnik jest globalnym wyjątkiem potwierdzającym regułę. A tą regułą jest: źródła bez autora powinny budzić obniżone zaufanie. Skoro nie ma nazwiska, to też nie ma jasno wskazanej odpowiedzialności za daną informację, tekst czy podcast (co dobitnie pokazał przykład Żurnalisty). Pełnymi nazwiskami autorów nie są też podpisywane krótsze depesze Polskiej Agencji Prasowej, ale w przypadku PAP za ich rzetelność ma odpowiadać renoma agencji prasowej.

W Spider’s Web+ poszliśmy krok dalej: pod artykułami podpisujemy także redaktorów, czyli osoby odpowiedzialne za nadanie ostatecznego kształtu danej publikacji. To z jednej strony oddanie należnego szacunku ich pracy, a z drugiej informacja dla czytelnika: kto konkretnie pracował i ponosi odpowiedzialność za dany artykuł.

Podobną praktykę ma m.in. brytyjska Agencja Reuters (jeden z ostatnich tekstów w niej podpisany był przykładowo w takiej formule "Reporting by Reuters journalists in Kyiv and Lviv; Additional reporting by Lidia Kelly in Melbourne, Ronald Popeski in Winnipeg and Reuters bureaus worldwide; Writing by Lincoln Feast, Robert Birsel, Peter Graff; Editing by Himani Sarkar and Gareth Jones)". Podobnie redaktorów wskazuje Bloomberg.

ZASADA: Oznaczanie zmian wprowadzonych w publikacji.

W każdej redakcji – internetowej, prasowej, radiowej, telewizyjnej – zdarzają się błędy. Co więcej, zdarzają się też nowe fakty czy uzupełnienia związane z późniejszą reakcją na wydarzenia bohaterów, polityków, biznesmenów opisywanych w artykułach.

W przypadku audycji na żywo czy gazet papierowych zmian po publikacji nie da się wprowadzić. Media internetowe mogą je bez większych problemów uwzględnić. Jednak gwoli przejrzystości takie zmiany powinny być jasno oznaczone i opisane (najlepiej z datą i godziną uzupełnienia). Dzięki temu unikniemy wrażenia, że publikacja została zmanipulowana.

ZASADA: Jawna i jasna data publikacji.

Jednym z mechanizmów dezinformacji jest manipulowanie datami publikacji. Fake newsem może przecież być informacja jak najbardziej prawdziwa w momencie publikacji, ale po jakimś czasie jej odbiór się zmienia. Wprowadza emocje, chaos, rozmywa inne ważne wydarzenia.

Dlatego tak ważne jest to, aby data publikacji była możliwa do odnalezienia. Także w przypadku republikacji, np. gdy materiał zyskuje drugie życie, bo właśnie pewne wydarzenia stają się ważne, jest nagrodzony (tak zrobiliśmy z naszym tekstem o edukacji medialnej – oryginalną datą publikacji był 29 czerwca 2021 r., a po tym, gdy tekst zdobył nagrodę, został raz jeszcze opublikowany z datą 4 listopada 2021 r., jednak pierwsza data została wyraźnie oznaczona) czy po prostu redakcja uważa, że był tak ciekawy, że chce go czytelnikom przypomnieć.

ZASADA: Kontakt z odbiorcą.

Z badania Fundacji Digital Poland "Dezinformacja oczami Polaków" wynika, że wśród źródeł informacji (ankietowani mogli udzielić kilku odpowiedzi naraz) 61 proc. Polaków podaje portale internetowe. Wyżej ceniona jest tylko telewizja – wiedzę czerpie z niej 66 proc. osób. Jednocześnie w tym samym badaniu aż 40 proc. Polaków wskazuje, że czerpie informacje także z tzw. alternatywnych źródeł informacji. To między innymi kanały na YouTube, grupy na Facebooku czy alternatywne serwisy www. Za przykłady tych ostatnich Fundacja podaje takie serwisy jak wiesci24.pl, wolnemedia.net, globalna.info czy kanały pseudonaukowca Jerzego Zięby, antyszczepionkowców Justyny Sochy i Marcina Roli.

Siłą tych źródeł jest bezpośredni kontakt z odbiorcami i to on ludzi tak mocno do nich przyciąga. Oczywiście w żadnym razie nie proponujemy wzorowania się na nich. Ale faktycznie odpowiedzialne, nowoczesne media dbają o relacje i kontakt z odbiorcami.

Pierwszy poziom to możliwość skontaktowania się z autorem. Stąd tak ważne są jego personalia oraz dane kontaktowe do redakcji. Gdy ich brakuje, powinno nam to zapalać czerwoną lampkę.

Kolejny poziom to komentarze. Nie ma tu jednego idealnego rozwiązania. Pewną strategią jest polityka wprowadzona przez Onet, czyli całkowite wyłączenie komentarzy w sekcji Wiadomości i Kultura, aby nie generować zbędnego szumu i mowy nienawiści. Tak też zdecydowały się niektóre media (jak podawały WirtualneMedia, zrobiły tak Wirtualna Polska, Interia i Polska Press) po wybuchu wojny w przypadku tekstów dotyczących Ukrainy, by nie dawać pożywki trollom. Ale z drugiej strony dobrą praktyką może być też świadoma moderacja komentarzy, wymóg logowania się do sekcji komentarzy, a nawet odpowiadanie przez autorów na uwagi w ten sposób kierowane co do ich pracy.

Najbardziej zaś zaawansowany stopień to zaoferowanie odbiorcom bezpośredniego formularza: czy to kontaktowego, czy do zgłaszania uwag, błędów w publikacjach. Tę formułę stosuje w Polsce choćby Demagog, który pod swoimi publikacjami prosi: "Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter".

ZASADA: Oznaczanie reklam, materiałów sponsorowanych i partnerskich.

Media muszą zarabiać, a podstawową metodą na ten zarobek jest publikowanie reklam: czy to w postaci banerów, czy jako treści sponsorowane. Nie ma w tym nic nagannego – tak długo, jak takie treści są wyraźnie oznaczone i opisane jako materiał partnera.

Czytelnicy w zalewie różnych publikacji często są przekonani, że wszelkie – czy to pozytywne, czy negatywne – w przekazie teksty musiały być "kupione". Gdyby wszystkie faktycznie reklamowe artykuły były jasno oznaczone, to głęboko mylne wrażenie udałoby się rozbić, bo okazałoby się, jak w gruncie rzecz niewiele jest takich promocyjnych treści w obrębie wszystkich publikacji.

Co mówią kodeksy?

Wiele z tych zasad szczególnie w anglosaskich mediach obowiązuje, bo jasno precyzują je kodeksy czy tzw. stylebooki danych redakcji. Oczywiście nie we wszystkich z nich są opisane szczegółowo te konkretne zasady, bo też niektóre (jak linkowanie do źródeł) pojawiły się stosunkowo niedawno wraz z rozwojem mediów internetowych. Jednak takie kodeksy jak słynny The Thomson Reuters Trust Principles niewątpliwie bardzo pomagają odbiorcom mediów dryfować w coraz bardziej skomplikowanym świecie informacji.

W Polsce kodeksy etyki tworzone były przez gremia dziennikarskie jeszcze w latach 90. Próżno więc szukać tam odniesień do podawania źródeł w publikacjach internetowych. Powszechnie przyjęta jest Międzynarodowa Karta Etyki Dziennikarskiej (z 1954 roku, zaktualizowana w 2019 r.), w której mowa o rzetelnym zbieraniu i publikowaniu informacji.

Wśród polskich mediów internetowych na stworzenie własnego kodeksu zdecydowała się dwa lata temu Wirtualna Polska, właściciel m.in. Pudelka. W jednym z punktów czytamy: "Dziennikarz z należytą starannością i refleksją opisuje materiały z innych mediów. Korzystając z prawa cytatu, odpowiadamy za wszystkie treści publikowane w naszych serwisach". Gdzie indziej z kolei mowa jest o innym elemencie wiarygodności i rzetelności dziennikarskiej, czyli markowaniu materiałów swoim nazwiskiem: "Co do zasady teksty są podpisywane pełnym imieniem i nazwiskiem, ale od tej reguły mogą być stosowane wyjątki: podpisywanie treści błahych – wykluczony zostaje pseudonim zbiorowy. Autor może podpisać tekst inicjałami".

Także Agora ma specjalny kodeks wydawców i zasady dla dziennikarzy, w którym podnoszone są raczej kardynalne kwestie, jak choćby taka: "Materiały pochodzące od agencji public relations, działów promocji itp. mogą być wykorzystane w publikacji, ale wymagają zawsze krytycznej oceny, konfrontacji z innymi materiałami lub wiedzą autora".

Zgodnie z zasadami, które opublikowaliśmy, zachęcamy do komentowania tego tekstu i pisania do nas z uwagami.

Ilustracja tytułowa: Zhitkov Boris/Shutterstock

Data: 20.04.2022