E-tam państwo vol. 2. E-tam zdrowie, czyli jak nie scyfryzowano nam opieki zdrowotnej

E-tam państwo vol. 2. E-tam zdrowie, czyli jak nie scyfryzowano opieki zdrowotnej
288 interakcji
dołącz do dyskusji

Umasowienie szczepień wprowadzono metodą  „rzucamy Crocsy w Biedrze". Podobnie wyglądało ostatnich kilkanaście lat cyfryzacji zdrowia. Być może - jak to w Polsce - jeszcze jakiś czas by to działało. Gdyby nie pandemia, która zrobiła wielki stress-test. Diagnoza: ten pacjent już dawno powinien być hospitalizowany.

Czarny czwartek - tak lekarze nazywają to, co zdarzyło się 1. kwietnia. W Prima Aprilis polski rząd postanowił zrobić żart i nikomu nic nie mówiąc - tak przynajmniej się wydaje - uruchomił z nagła szczepienia dla grupy 40+. Po porannych zachwytach szybko okazało się, że nikomu już do śmiechu nie jest.

Usterka, awaria - tak z kolei ten dzień i fakt, że skierowania na szczepienia pojawiły się na Internetowych Kontach Pacjentów z niektórych grup wiekowych, próbowali określać politycy PiS. Bo jeszcze dzień wcześniej ci sami pacjenci mieli czekać na możliwość zapisu nawet do drugiej połowy kwietnia. Co więcej, niespodziewanie okazało się, że sporą część z nich  „system” pokierował na szczeczepienia Pfizerem, który do tej pory zarezerowany był tylko dla seniorów.

Potem wypadki potoczyły się dokładnie tak, jak musiały się potoczyć. Nad ranem do IKP za pomocą Profilu Zaufanego rzucili się logować dosłownie wszyscy. System padł. I to nie tylko pacjent.gov.pl, ale też e-recepty, obsługa gabinetów lekarskich, a nawet tego samego dnia odpalony internetowy spis powszechny.

„Jesteście debilami - wszyscy jak leci! 1 platforma do obsługi erecept, eskierowan, erejestracji, eszczepien! Serwery wam padły, bo rzucacie nagle wszystkich do szczepień! Pracować normalnie nie mogę, szczepić nie mogę!! Same Punkty Szczpień dowiedziały się o tym dziś rano!!” - pisał na Twitterze w emocjach lekarz chorób wewnętrznych Marek Zawadzki. Po kilku godzinach uzupełniał, że systemy wciąż nie wróciły do normalnej funkcjonalności.

Gdy podobny cyfrowy lockdown w 2007 roku spotkał Estonię, trzeba było zmasowanego ataku rosyjskich hakerów. Polska zrobiła to sobie sama. Jeżeli nasza informatyzacja dalej będzie wyglądała jak do tej pory, nie będzie potrzeba obcych sił, byśmy regularnie wpadali w podobne problemy.

Test na e-sprawność: pała!

Do 1 kwietnia rząd - choć doskonale widać, jak na wielu frontach jest problem z wykorzystaniem cyfryzacji do zarządzania państwem - mógł przekonywać: „ale przynajmniej ze szczepieniami idzie nam nieźle”. Rzeczywiście, wydawało się, że pod tym względem nie tylko nie odbiegamy od średniej unijnej, lecz niektóre państwa nawet wyprzedzamy.

Jeden z pierwszych zaszczepionych w Polsce pacjentów, Katowice styczeń 2021, fot. Tomasz Kudala/shutterstock.com

Choć gdy popytać stojących na pierwszej linii, tak świetnie już nie jest. - W środę po południu mieliśmy szkolenie przeprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia, Centrum e-Zdrowia, NFZ i Rządową Agencję Rezerw Strategicznych na temat zasad szczepień i ich harmonogramu. Kilka godzin później okazało się, że wszystkie te zasady nagle możemy wyrzucić do kosza. Wygląda, jakby nawet urzędnicy nie wiedzieli, że system szczepień ma się zmienić - mówi nam lekarz rodzinny Tomasz Zieliński, jednocześnie wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego i Polskiej Izby Informatyki Medycznej.

Czyli w przedświątecznym tygodniu zasady zmieniały się jak w kołowrotku. W poniedziałek obowiązywał model szczepień z grupami 0, I, II i III. We wtorek rząd ogłosił przejście do szczepień populacyjnych z kolejnymi rocznikami, dla których nawet podano harmonogram. W czwartek z nagła uwolniono szczepienia 40+. W piątek skasowano im terminy, zostawiając szczepienia dla osób 50+.

Kiedy zaś systemy zaczęły już działać, niespodziewanie na ustach wszystkich w środku Wielkanocy znalazł się Rzeszów. To tam odnotowano najwyższy procent zaszczepień. Ba - szczepieni są wszyscy chętni, prosto z ulicy, bez skierowań! Analityk Rafał Mundry z Uniwersytetu Wrocławskiego podsumował sytuację statystycznie. W Rzeszowie I dawkę otrzymało 86 tys. osób, co daje 45,4 proc. mieszkańców. Średnia dla kraju to 11,9 proc. II dawkę otrzymało 33 tys. rzeszowian, czyli 17,4 proc. Średnia dla kraju: 5,4 proc.

Rzeszowskiej skuteczności można by przyklasnąć, gdyby nie zadziwiająca koincydencja. 9 maja w tym mieście odbędą się wcześniejsze wybory prezydenckie. Tajemnicą poliszynela jest, że Jarosław Kaczyński ostro zagroził wykorzystywaniu politycznej pozycji w kontekście pandemii. Każdy polityk PiS, który załatwi szczepienia bliskich poza kolejką, będzie spalony. Ale co innego rodzina, a co innego wyborcy.

Rząd zapewnia, że nie ma to żadnego związku, a Rzeszów w weekend wielkanocny tak masowo szczepił, bo po prostu zamówił z Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych dodatkowe partie uwolnionych na ostatnią chwilę szczepionek. Tylko nie wiadomo czy wszystkim punktom z całego kraju zaproponowano taką możliwość i co ważne czy poszedł też komunikat o tym, że szczepić można bez ograniczeń wiekowych.

Niepożądany Odczyn Poszczepienny 

Co ma do tego cyfryzacja? Wszystko. Jest 2021 rok. Sprawnie prowadzony i kontrolowany proces szczepień powinien w zautomatyzowany sposób, w oparciu o algorytm uwzględniający grupy wyższego ryzyka, przydzielać dawki, proponować pacjentom terminy i pozwalać na ich ewentualne zmiany.

Choć akcja trwa już trzy miesiące, wciąż nawet na najniższym poziomie POZ nie mogą nic zaplanować. Terminy przyjazdu szczepionek nie są dotrzymywane zgodnie z obietnicami, a nawet jeden dzień opóźnienia powoduje wywrócenie kolejki zapisanych do góry nogami. - Brakuje elastyczności i szybkiego podejmowania decyzji. Dziś resort zdrowia chce od nas zaplanowania szczepień na trzy miesiące do przodu, a ja nie wiem, co będzie w lipcu. Kto będzie chory? Kto będzie na urlopie? Czy będzie IV fala? - mówi Zieliński.   

Przykładem braku elastyczności są skierowania na szczepienia. Początkowo były na 60 dni, teraz na 90. A i tak te terminy są wirtualne. Ktoś po drodze zachorował, gdzieś zabrakło szczepionek, więc części pacjentów trzeba ponownie wystawiać skierowania. I znowu obciążać system. W efekcie coraz więcej lekarzy - jak cytowany wyżej Marek Zawadzki - apeluje, by w ogóle zrezygnować z e-skierowań, bo generują tysiące błędów w rozliczeniach zarówno w małych POZ, jak i dużych węzłowych. I zamiast akcję ułatwiać, to ją tylko opóźniają.

- Przez ostatnie miesiące wygenerowaliśmy ogromne zamieszanie rzeczą, która jest naprawdę prosta. W POZ szczepimy rok w rok miliony pacjentów, czyli dzieci, i dalibyśmy sobie radę spokojnie i teraz. Niestety, brakuje stabilności tego, co możemy lub nie. Do niedawna nie można było zmieniać wieku szczepionych Pfizerem i teraz nagle okazuje się, że to ograniczenie już nie działa. Wcześniej wielu moich kolegów, którzy już u siebie grupy seniorskie zaszczepili, zrezygnowało z Pfizera. Teraz żałują - mówi Zieliński i dodaje, że on osobiście sytuacji z 1. kwietnia nie demonizowałby, bo takie duże, zmasowane awarie zdarzają się nam rzadko.

fot. Thaiview/shutterstock.com

Ale jest łagodny w ocenie, bo jego osobiście cała sytuacja za mocno nie dotknęła. - Pracować nie bardzo mogli lekarze i gabinety korzystające z Profilu Zaufanego. Ja od jakichś dwóch miesięcy korzystam z usług sieciowych do potwierdzenia takich usług jak e-recepta czy e-skierowanie. Nie loguję się Profilem Zaufanym w aplikacji webowej, za to część danych posiadam u siebie lokalnie. Owszem, nie mogłem wysyłać danych, ale mogłem je zapisywać. Potem - gdy wszystko ruszyło - mogłem je potwierdzić i wysłać do centralnej platformy P1.

Zieliński jest jednak wyjątkiem, jeśli chodzi o techniczne nowinki. - Potrzebna jest zmiana podejścia wszystkich. Lekarze powinni korzystać z nowych rozwiązań, ale one muszą być praktyczne i przyjazne. W innym wypadku zamiast sprawniej, robi się bałagan.

Można się tego było spodziewać już w styczniu. Kolejność szczepień została ustanowiona dopiero 14. stycznia na mocy rozporządzenia Rady Ministrów. Już następnego dnia, gdy otwarto zapisy na szczepienia, wszelkie problemy cyfryzacji zdrowia dały o sobie znać.

Tysiące ludzi wypełniło formularz i dostawało informację:  „Na adres e-mail wysłaliśmy wiadomość z linkiem potwierdzającym chęć udziału w szczepieniu. Przejdź do poczty, potwierdź swój adres e-mail i dokończ rejestrację". Wchodziliśmy więc na pocztę i nic, zero, null. Im bardziej pacjenci nie klikali, tym bardziej maili nie było. Niektórzy mieli szczęście: mail lądował w spamie między ofertami przedłużenia penisa i kupna kryptowalut. Inni na mail z potwierdzeniem czekali wiele godzin. W międzyczasie co rusz zawieszały się Internetowe Konta Pacjentów.

Od tamtej pory do 1 kwietnia rząd przedstawiał różne harmonogramy i zasady szczepień. I nawet gdy nagle uwolnił zapisy dla “kohorty 40-59”, to nie spełnił obietnicy z tych zapisów i nie zawiadomił pacjentów drogą mailową.

Cyfryzacja na odsiecz COVID 

Do znudzenia słyszymy, jak to pandemia zrobiła sporo dobrego w sferze innowacji i cyfryzacji. Nic więc dziwnego, że tego samego spodziewalibyśmy się po ochronie zdrowia, szczególnie w przypadku chorych na COVID. - Pierwsza refleksja: w ogóle nie czułam się zaopiekowana, nawet od strony informacyjnej. I to mimo że zachorowałam rok po wybuchu pandemii i mimo, że z powodu wykonywanej pracy powinnam mieć dużą świadomość procedur - opowiada nam Aleksandra Kurowska, wieloletnia dziennikarka medyczna i redaktor naczelna serwisu Cowzdrowiu.pl. 

Test na Covid zrobiła w piątek 26 marca. - Prywatnie, bo tak jest wciąż szybciej i sprawniej. Tego samego dnia dostałam wyniki mailem z instytutu, gdzie go robiłam, a dopiero później SMS z oficjalnej rządowej infolinii o tym, że wynik mam na Internetowym Koncie Pacjenta. Dla mnie to nie problem. Ale jednak jestem przekonana, że dla wielu pacjentów, szczególnie tych źle się czujących, starszych, cyfrowo mniej biegłych, konieczność wchodzenia na IKP, przypominania sobie hasła do Profilu Zaufanego zamiast ułatwieniem, może być utrudnieniem. Można by to prościej i przyjaźniej rozwiązać - mówi Kurowska. 

„Prościej i przyjaźniej” w ustach Kurowskiej powtarza się regularnie. Nie zainstalowała aplikacji Kwarantanna Domowa, bo coraz gorzej się czuła, a musiała zająć się ogarnianiem sobie i swoim dzieciom życia na kwarantannie. - Sanepid zadzwonił w weekend. Pytał, kiedy byłam ostatnio w pracy i poinformował o izolacji, a dla dzieci o kwarantannie dłuższej niż dla mnie, ponieważ nie miały testu. Nikt mi nic więcej nie doradził. Pan z policji też zadzwonił raz spytać, czy jestem w domu. Choć informacja o tym, że jestem chora była w IKP, ani raz nie skontaktował się ze mną lekarz, by choć zapytać, jak się czuję i doradzić, co mam zrobić. Na przykład jak mam wystąpić o pulsometr z rządowego przydziału. Tak naprawdę - widzę to po własnym doświadczeniu - ten brak automatycznego poradnictwa medycznego jest podstawowym problemem - ocenia Kurowska. 

Dziennikarka tłumaczy, że ludzie nie wiedzą, czego mają się trzymać, kiedy wezwać pogotowie, jak i czym się leczyć. - A wystarczyłoby chociaż wysłać wszystkim ze stwierdzonym COVID SMS-a z wyszczególnionymi w punktach zasadami postępowania medycznego. Albo poprzez infolinię lub POZ – choć te i tak są dociążone – kontaktować się telefonicznie i choćby spytać o stan zdrowia, coś doradzić. Część POZ to robi, ale to powinien być standard, wiele osób tego potrzebuje - ocenia Kurowska.

Podobne wnioski wypływają z kolejnych doświadczeń pacjentów, którzy zmuszeni są korzystać z pomocy zdrowotnej w czasie pandemii. Nie oczekują najnowszych rozwiązań technologicznych, lecz prostych ułatwień, które usprawniłyby kontakt ze służbą zdrowia.

Tak pisała pod koniec marca dziennikarka Monika Kucia: “Mamę zabrał kolejny raz transport medyczny na zabieg do szpitala na Banacha. O 6.30. Dzwoni endoskopia, że potrzebny jest ten wynik covida na papierze, bo oni GO NIE WIDZĄ. Szpital nie ma dostępu do systemu. Ok? Rozumiecie to? Osoba lat 80 ma się zalogować do internetu na swoje konto pacjenta, sprawdzić wynik i WYDRUKOWAĆ GO. (...) Moja mama nie ma IKP, bo nie ma profilu zaufanego i konta w odpowiednim banku. Przychodnia, w której byłam trzy razy, nie może wydrukować tego wyniku, chociaż go WIDZI”. - Rządzą nami maszyny. A działa tylko ludzki rozum i życzliwość - podsumowuje Kucia. 

Katarzyna Jeznach w 2007 roku miała przeszczep wątroby. Jako pacjentka transplantacyjna powinna być szczepiona jak najszybciej. W planie szczepień publikowanych jeszcze w ubiegłym roku była w grupie II - poniżej 60 roku życia, choroby współistniejące. W styczniu przesunięto ją do grupy 1b. Warunkiem wcześniejszego niż wg wieku szczepienia było e-skierowanie, potwierdzające chorobę, które wystawi lekarz. Jednak wtedy żaden lekarz, w tym transplantolog, nie mógł wystawić e-skierowania, bo brakowało wytycznych, jak to zrobić.

- Na jednej z tych miliona rządowych konferencji na początku marca podano, że 10 marca dostaniemy automatycznie skierowania w IKP i nikt nie musi ich wystawiać. Część znajomych po przeszczepach rzeczywiście e-skierowania dostało, ale ja nie - opowiada Jeznach.

Kobieta zaczęła od telefonu na infolinię. Tam dowiedziała się, że jednak automatyczne skierowanie nie zadziała i musi wrócić do punktu wyjścia: e-skierowanie, które wystawi lekarz. Zaczął się istny maraton po kolejnych przychodniach: do transplantologa nie można się dostać z marszu, zresztą wcześniej mieli informację, że skierowania wystawia POZ. POZ odmawiał, bo lekarz nie miał w historii choroby potwierdzenia transplantacji, zresztą “system powinien skierowanie wygenerować automatycznie”.

To zaalarmowało Jeznach: jak to nie ma w historii choroby przeszczepu? Okazało się, że choć w IKP widnieje od 2008 roku historia przepisywanych specjalistycznych leków, to nie ma danych dotyczących samej operacji. Rozpłynęły się. - Zaczęłam prowadzić małe śledztwo wśród innych pacjentów skupionych na specjalistycznych grupach na Facebooku. I rzeczywiście podobne problemy miało więcej osób z przeszczepami starszymi niż 2008 rok. 

 class="wp-image-19219"/><figcaption>Punkt szczepień w Katowicach, marzec 2021, fot. <a class=""
Punkt szczepień w Katowicach, marzec 2021, fot. TomaszKudala/ Shutterstock.com

Kobiecie udało się wreszcie zaszczepić dzięki tej właśnie grupie. Zgłosiła się do niej lekarka z jednego z warszawskich szpitali z informacją, że mają ponadnormatywną dostawę szczepionki i chętnie przekierują ją właśnie na niezaszczepione jeszcze osoby z grupy 1b.

„Prościej i przyjaźniej” okazało się dzięki Facebookowi, a nie przez rządowy system.  

Kryzys urodzaju

Oficjalnie jest super. „Polska w dwa lata wskoczyła z 31. na 9. miejsce w światowym rankingu e-partycypacji ONZ. Do szybkiego awansu przyczyniło się wprowadzenie i rozwój Internetowego Konta Pacjenta (IKP)”- tak chwali się firma S&T, która współtworzyła i utrzymuje IKP dla Centrum e-Zdrowia.

Rzeczywiście w rankingu E-Government Survey ONZ oceniającym rozwój kompetencji cyfrowych w administracji notujemy spore awanse. W 2016 byliśmy na 36 pozycji na świecie, w 2018 na 33, za 2020 rok mamy miejsce już 24. Najlepiej ze wszystkich ocenianych elementów wypada u nas wspomniana e-partycypacja, czyli po prostu ocena gotowości obywateli do tego. by korzystali z e-administracji.

Już samo to powinno być sygnałem: ogromna część obywateli i pacjentów chce i potrafi zdalnie. Tak ogromna, że jak przyznał minister Dworczyk 2 kwietnia, średnio co sekundę na swoim Profilu Zaufanym próbowało się logować 500 osób. Tylko czy to faktycznie tak zaskakująco dużo, skoro PZ ma już niemal 10 mln osób?

I nawet jest to zrozumiałe, bo choć budujemy systemy związane z e-Zdrowiem od kilkunastu lat, to przez większość czasu skupiano się głównie na tym, by cokolwiek z obiecanych usług dowieźć.

Profil zaufany powstał w 2011 r. Do 2016 r. korzystało z niego ok. 400 tysięcy osób i w większości byli to urzędnicy. Do 1 stycznia 2018 swoje PZ miało zaledwie trochę ponad 1,3 mln osób. Od tamtej pory zaczął się istny wysyp, a gdy przyszła pandemia, można wręcz mówić o boomie. Tylko w tym roku swoje PZ założyło ponad milion osób. To niewątpliwy sukces. 

Ale skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Nie przewidziano kryzysu urodzaju. Co może jednak dziwić, bo tych w ostatnich latach na linii cyfryzacja-obywatele-urzędy było już sporo. Dokładnie 5 lat temu - 1 kwietnia 2016, gdy pierwszy raz można było składać wnioski o 500+, PUE ZUS i Emp@tia zawiesiły się na cały dzień. Historia powtórzyła się trzy lata później, gdy 500+ rozszerzono na wszystkie dzieci. Z kolei w listopadzie 2017 - gdy Ministerstwo Cyfryzacji odpaliło nową wersję CEPIK 2.0 - w całym kraju przez niemal miesiąc były problemy z rejestracją samochodów. A w październiku 2018 roku kilka tysięcy osób nie było w stanie dopisać się do list wyborców za pośrednictwem ePUAP i w efekcie straciło szansę na oddanie głosu.

Od Religi do Niedzielskiego

Budowa wielkiej platformy e-Zdrowia zaczęła się jeszcze w 2007 roku za czasów Zbigniewa Religi. Pierwotne plany mówiły o uruchomieniu systemu w 2013 roku. Na to, co zaczęło się dziać w następnych latach, można by poświęcić cały ten tekst. W wielkim skrócie: festiwal problemów, przesuwanych przetargów, zerwanych kontraktów z kolejnymi wykonawcami fragmentów systemu, kontrole, raporty NIK wskazujące nieprawidłowości, odwoływani urzędnicy.

Termin z 2013 roku przesunięto na początek, a potem na koniec 2015 roku. To już wydawał się być ostatni dzwonek, bo na e-Zdrowie dostaliśmy potężne dofinansowanie z Unii Europejskiej, a ta domagała się rozliczenia projektu.

 class="wp-image-19222"/><figcaption>Ministerstwo Zdrowia, fot. <a class=""
Ministerstwo Zdrowia, fot. Kristi Blokhin/Shutterstock.com

Wartość całego projektu opiewała na 712 mln zł. 85 proc. kosztów miała sfinansować UE, faktury na 479 mln zł wystawiono, ale e-Zdrowie pozostawało wirtualne. Niby jakieś pojedyncze elementy były mniej lub bardziej gotowe, ale w ramach dwóch kluczowych platform P1 i P2 brakowało kręgosłupa całego projektu, czyli tzw. szyny usług, która miała wszystko spinać. Zaczęło się panicznie szukanie wyjścia, by Komisja Europejska nie upomniała się o pieniądze i by jednak uruchomić system. Szczególnie, że każdy kolejny minister - i zdrowia, i cyfryzacji - zarzekał się, że to system kluczowy dla państwa. KE wreszcie po roku negocjacji w 2016 roku zgodziła się na nowy deadline: marzec 2020.

Wtedy nikt jeszcze nie mógł przewidzieć, że akurat w tym czasie wybuchnie w Europie pandemia. Odpalone Internetowe Konta Pacjenta oraz dosłownie na ostatni dzwonek uruchomione e-recepty czy e-skierowania okażą się być kołem ratunkowym dla polskiej służby zdrowia.

Możliwy był scenariusz, że „dzięki” opóźnieniom w budowie eZdrowia zadzieje się w Polsce to, co widzieliśmy w sektorze bankowym. Czyli przeskoczymy resztę od razu o kilka prędkości do bardziej rozwiniętych usług. Zamiast czeków od razy będziemy mieli karty kredytowe i e-konta.

Ale administracja to nie banki. Wystarczy spojrzeć, co się działo w sercu całego tego układu, czyli w Centrum Systemów Informatyzacji Ochrony Zdrowia - specjalnej jednostce, która powstała, by budować e-Zdrowie. CSIOZ działa od 16 lat. Od tamtej pory miał 7 szefów. W ostatnich 6 latach przewinęło się ich już 5. Ostatnia zmiana nastąpiła w połowie marca. Dotychczasową dyrektor Agnieszkę Kister zastąpił Jarosław Kieszek, wcześniej dyrektor Departamentu Innowacji w MZ. Kister na stanowisku była od ledwie 10 miesięcy. Miesiąc po jej przyjściu CSIOZ zmienił nazwę na Centrum e-Zdrowia i to była chyba największa zmiana tym urzędzie od lat.

Co się stało, że w tej dosyć ważnej instytucji w środku pandemii doszło do takich przetasowań? - Kister wyrastała na za dużą konkurencję w stosunku do wiceminister Anny Goławskiej, która od jesieni odpowiada w resorcie zdrowia za cyfryzację. Za to Kieszek jako były podwładny Goławskiej będzie łatwiejszy do skontrolowania - słyszymy od urzędników związanych z ochroną zdrowia.

Sanepid 2.0

To nie tak, że nic dobrego w kwestii cyfryzacji, służby zdrowia i jej otoczenia się nie zadziało. Dowodem jest nie tylko wzrost pozycji Polski w rankingu ONZ. Wspomniana e-recepta to jedna z najjaśniejszych gwiazd na firmamencie polskiej e-administracji. Prosta, praktyczna i faktycznie potrzebna.  

Część dobrej e-zmiany było także efektem szoku, jaki zgotowała nam pandemia. Rok temu przy ledwie kilkuset zachorowaniach dziennie dramatycznie ciężko było dodzwonić się do Sanepidu. Dziś, choć sytuacja jest wielokrotnie gorsza, przynajmniej tego problemu już niemal nie ma. Powód: informatyzacja Głównego Inspektoratu Sanitarnego i lokalnych sanepidów.

- Sanepid był inspekcją, która wpadła w dobrodziejstwo reformy administracyjnej państwa z 1999 roku. Inspekcja sanitarna składała się z dwóch bytów: GIS i powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych nadzorowanych przez wojewódzkich inspektorów sanitarnych podlegających wojewodom. Sam GIS nie miał bezpośredniego wpływu na stacje wojewódzkie, a te znowuż i na powiatowe, bo szefów tych ostatnich powoływał starosta. W efekcie mieliśmy niezwykle ważną instytucję - o której nie wiedzieliśmy, jak bardzo była ważna, aż do czasu wybuchu pandemii - działającą w wielu różnych porządkach, które niekoniecznie komunikowały się ze sobą - mówi nam sekretarz stanu ds. cyfryzacji w KPRM Marek Zagórski.

 class="wp-image-19228"/><figcaption>Inspektorat Sanitarny w Gdańsku, fot. <a class=""
Inspektorat Sanitarny w Gdańsku, fot. Robson90/Shutterstock

Rok temu na 3 pracowników sanepidu przypadał średnio jeden komputer, często w podeszłym wieku. W wielu miejscach na stronach internetowych podawano kilkanaście numerów do jednej stacji sanitarno-epidemiologicznej. Nie było centralnego połączenia dla ludzi, którzy nagle zaczęli masowo dzwonić. - Inspektorzy nie mogli normalnie pracować, tylko całymi dniami przyjmowali połączenia, średnio na 1 osobę przypadało po 50 połączeń dziennie. Efekt był do przewidzenia: po kilku dniach przestali w ogóle odbierać telefony, ludzie nie wiedzieli, co się dzieje i co mają zrobić - wspomina Zagórski. 

W marcu i kwietniu 2020 roku Sanepid miał też obowiązek poinformowania obywateli o kwarantannie pisemnie, listem poleconym. Historie ludzi, którym kwarantanna się kończyła, a dopiero przychodził list, zalewały media społecznościowe. – To co było ogromnym organizacyjnym i systemowym problemem, stało się też okazją do uporządkowania sytuacji wokół GIS - mówi Zagórski.

Zapadła decyzja o całościowej informatyzacji tego urzędu. Inspektorom zaczęto po prostu kupować komputery i telefony, by mogli pracować także w terenie. Odpalono infolinię, by ludzie nie musieli szukać kontaktu do lokalnej stacji. Dużą część zadań infolinii zautomatyzowano tak, by najbardziej powtarzalnych spraw nie musieli obsługiwać ludzie. - Dziś ta infolinia przyjmuje około 15 tys. połączeń dziennie, z czego 6 tys. dotyczy zakażeń COVID-19. Wykonujemy też około 100 tys. połączeń dziennie z informacją o nałożeniu kwarantanny lub izolacji. Jeżeli jedna rozmowa trwa średnio 6-8 minut, to dzięki automatyzacji widać, jak wiele pracy zaoszczędziliśmy - tłumaczy Michał Przymusiński z Departamentu Rozwoju Usług w Centrum GovTech KPRM, który nadzorował prace. 

Przede wszystkim jednak zdecydowano o stworzeniu Systemu Ewidencji Państwowej Inspekcji Sanitarnej (SEPIS) który ma obsługiwać wszystkie procesy GIS. Początkowo był takim intranetem, by po prostu uporządkować pracę inspektoratów. - Każda ze stacji działała inaczej, jedni raportowali w Excelu, inni w Wordzie, niektórzy wypisywali na papierze i faksowali. Nie było żadnej reguły - podkreśla Zagórski.

- Została przede wszystkim wdrożona metodyka zwinna, czyli jesteśmy w stanie wprowadzać zmiany błyskawicznie w miarę zmieniającej się sytuacji epidemiologicznej. Przykładowo, gdy pojawiają się nowe objawy, których wcześniej nie uwzględniono w COVID, możemy je w ciągu godziny dopisać - mówi Maciej Kubinowski z Departamentu Rozwoju Usług Centrum GovTech KPRM, kierownik projektu.

Kluczowa rola SEPIS dotyczy obsługi zgłoszeń obywateli do GIS. - Większość z nich jest rozwiązywana już na poziomie kontaktu z pracownikiem infolinii, ale trudniejsze trafiają właśnie do systemu. W tym także przeprowadzanie wywiadów z zakażonymi. Konstrukcja dziś jest taka, że te 10 tys. pracowników sanepidów automatycznie wprowadza wszystko do systemu – wyjaśnia Maciej Skorulski, który nadzorował prace analityczne w projekcie.

- Oczywiście nie jest tak, że już wszystko udało się poprawić i naprawić. Ale mamy już zmapowane zadania niezbędne do usprawnienia. Wciąż choćby nie jest jeszcze zinformatyzowany proces obsługi zgonu obywatela i przekazywania informacji o zgonach między poszczególnymi urzędami. Dziś lekarz wypełnia kartę zgonu, ta trafia do rodziny, a rodzina zgłasza się do Urzędu Stanu Cywilnego. Równolegle zaś inspekcja sanitarna jest zobowiązana zbierać informacje o zgonach związanych z chorobami, w tym przypadku także tych o COVID-19, i następnie przekazywać je do Ministra Zdrowia i Państwowego Zakładu Higieny. Tyle, że MZ ma tę informację szybciej niż GIS. Działania są niejasne i zdublowane, czeka nas więc porządkowanie ich - tłumaczy minister Zagórski. 

Widać to w ostatnich dniach. Tomasz Zieliński z Polskiej Izby Informatyki Medycznej pokazał, że wciąż raportowanie nie jest w pełni zautomatyzowane i wciąż sporo pracy jest dublowanej. - Przyjęliśmy - zapewne nie tylko w zdrowiu - metodę informatyzowania wyspowego. Każdy robi swój kawałek, każdy - ZUS, Sanepid, GUS, NFZ - po swojemu. I każdy upiera się, że jego metoda jest prawidłowa i innych nie uznaje - rozkłada ręce Zieliński.

3 miesiące do e-rewolucji  

A i tak jesteśmy przed odpaleniem może najważniejszego elementu eZdrowia: elektronicznej dokumentacji medycznej. Ten nowy obowiązek ma się pojawić już za trzy miesiące. I to faktycznie może być ogromna i korzystna dla wszystkich zmiana. Każdy lekarz ma mieć dostęp w postaci elektronicznej do historii chorób i leczenia pacjentów. Każdy niczym dr House mógłby więc stać się diagnostą z dogłębnym spojrzeniem w stan pacjenta.

Żeby tak się jednak stało, najpierw placówki i szpitale muszą sprawnie zacząć uzupełniać system w tzw. informacje o zdarzeniach medycznych. Chodzi o e-recepty, e-skierowania, informacje wystawiane w przypadku odmowy przyjęcia pacjenta do szpitala, karty informacyjne z leczenia szpitalnego, opisy badań diagnostycznych. Słowem: wszystko, co dotyczy pacjenta.

Póki co jest niestety jak w historii Moniki Kuci i jej mamy. - W szpitalu chcieli wynik testu na COVID na papierze wydrukowany z IKP, które moja mama powinna sobie założyć, choć nie widzi i ma niesprawne ręce. Ale i tak chcieli papier, papier rządzi. To jest pseudo system - denerwuje się kobieta. Wymienia, co jest potrzebne, by osoba starsza miała szansę na leczenie: wymuszenie, awantury, dziarskość i waleczność. I ktoś bliski, kto ogarnia kwestie internetowe, choćby po to, by na końcu dokument wydrukować.

Szpital Narodowy, styczeń 2021, fot. KPRM

- Elektroniczny obieg to ogromny potencjał, tyle że na dziś wciąż nie ma konkretnego, zmaterializowanego pomysłu, jak mamy tę dokumentację pokazywać. Kiedyś gdy pacjent przynosił kartę szpitalną, to wiedzieliśmy, czego się po niej spodziewać. Dziś każdy szpital korzysta ze swoich aplikacji, z których drukuje karty i które prezentują zupełnie inaczej wyniki. Trzeba włożyć bardzo dużo energii, by znaleźć interesujące lekarza elementy. Chyba nie trzeba - tłumaczyć, jak kluczowy jest “user expirence” - podkreśla doktor Zieliński. I dodaje, że jeżeli te wszystkie dane przeniesiemy do centralnego systemu w wersji scyfryzowanej, to zamiast ułatwienia może być tak naprawdę trudniej szybko wyciągać wnioski z historii choroby pacjenta.

Pilotaż e-obiegu dokumentacji medycznej ma się wreszcie zakończyć w lipcu - choć lekarze, z którymi rozmawiamy, nie wierzą, że się uda dociągnąć na ten termin. - Na razie widzę to w czarnych barwach - ostrzega Zieliński. - Ale naprawde nie chcę za bardzo krytkować, nie chcę ludzi, szczególnie lekarzy źle do tej reformy nastawiać. Bo nawet jak te rozwiązania nie są idealne, to i tak lepiej może i ułomne, ale jednak wdrażać. Ten proces już i tak zajął nam za dużo czasu. 

*********

W tej całej tyradzie na temat chorego stanu e-Zdrowia nie chodzi tylko o krytykę wdrożeń. A raczej o wskazanie konkretnych mocno niepokojących efektów. Bardziej niepokojących niż w 2015 roku, gdy Komisja Europejska groziła nam odebraniem niemal 500 mln zł już wydanych na niedziałające systemy. 

Na szali niesprawnie wdrażanej cyfryzacji stawiamy ludzkie życia. Jeżeli system oparty jest na rozwiązaniach zawodnych, zawieszających się i dyskryminujących mniej zaawansowanych cyfrowo, to nie możemy nad tym przejść do porządku dziennego. To nie jest niewygodna platforma e-commerce czy mało przyjazny serwis VOD, które mogą nas zezłościć swoją topornością, ale oprócz tego nie mają większego wpływu na nasz dobrostan. Jeżeli nie wykorzystamy pandemii do faktycznego wyleczenia chorób w cyfryzacji ochrony zdrowia, to stan tego pacjenta może stać się krytyczny.