SW+

Google i inne Big Techy są na wojnie. Na wojnie o podatek cyfrowy

Google i inne Big Techy są na wojnie

– Sekretarz skarbu USA Janet Yellen właśnie ogłosiła, że Waszyngton wycofa część swoich zastrzeżeń w stosunku do globalnej reformy zasad opodatkowania gospodarki cyfrowej – mówi nam Piotr Leonarski, prawnik i specjalista od prawa podatkowego. A to sygnał, że wreszcie przyspieszą prace nad podatkiem cyfrowym.

Francja jako pierwsza w Europie postawiła się Big Techom. Nowy podatek cyfrowy wszedł tam w życie z początkiem roku i objął firmy internetowe, których łączny globalny dochód przekracza 750 mln euro. Tym samym krokiem poszła Hiszpania. Tamtejszy skarb państwa oszacował wpływy z tego tytułu na 968 mln euro rocznie, ale odroczył zbieranie pieniędzy do lipca 2021. W obu tych państwach firmy zostały zobowiązane do płacenia 3 proc. dodatkowego podatku od dochodów.

Zanim kolejne państwa zdążyłyby pójść śladem Hiszpanów i Francuzów, gigant z Palo Alto błyskawicznie wysłał sygnał, czym się takie nakładanie podatków skończy. Swoim klientom, czyli reklamodawcom z całego świata, wysłał nowy cennik z podwyżką za reklamy wyświetlane w krajach, które wprowadziły daniny.


O to czy taka reakcja spowoduje, że zatrzymane zostaną prace nad opodatkowaniem cyfrowych platform pytamy mecenasa Piotra Leonarskiego.

Od 1 maja Google zacznie pobierać 2 proc. dopłaty do reklam wyświetlanych w Hiszpanii i Francji, nawet jeżeli wykupi je ktoś spoza tych państw. Firma wysłała taki komunikat do swoich klientów także w Polsce i wyraźnie zaznaczyła, że to efekt nowych podatków cyfrowych. Czyli wielkie plany opodatkowania cyfrowych gigantów kończą się jak w Rejsie: „Kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy”.

Piotr Leonarski*: Musimy rozróżnić dwie kwestie. To, co Google komunikuje tą podwyżką i samą podwyżkę. Google, Facebook, a zapewne i inne Big Techy są dziś na wojnie. Francja jest w Europie pierwszym państwem, które zdecydowało się wprowadzić podatek od usług cyfrowych. Jeśli nie będzie na to zdecydowanej reakcji Google'a, to tym samym pozwoli on, by go dalej, w kolejnych państwach opodatkować bez żadnych konsekwencji. 

Jak rozumiem, podwyżka ma być sygnałem głównie do klientów na kolejnych rynkach informującym, co się może zadziać, jeżeli pojawi się tam podobna danina. To forma wywołania oddolnego nacisku na rządy, by nie szły tą ścieżką?

To ewidentnie jeden z kanałów lobbingu, który przesyła taką oto informację: „jeśli wy wprowadzicie u siebie podatek, to my u was podniesiemy ceny i przerzucimy to na klientów”. 

Ale czy te 2 proc. doliczone do kosztów reklamy opłacanych przez klientów dokładnie zniweluje podatki nałożone na firmę? Bo jeżeli tak, to jaki jest sens tego podatku?

W tradycyjnej gospodarce można sobie teoretycznie zrobić taki excelowy model, w którym cały podatek jest przerzucany na klientów. Tylko że świat jest dużo bardziej skomplikowany. System płatności za reklamy w Google'u w przeciwieństwie do tradycyjnych reklam nie jest oparty na cenniku za daną usługę, tylko na decyzjach klientów, ile zechcą zapłacić. Gdyby podobny podatek doszedł do np. reklam telewizyjnych, to teoretycznie wystarczyłoby o jego wartość podnieść cenę minuty reklamy. W przypadku reklamy, jaka jest oferowana przez Google, w której model biznesowy opiera się o aukcję, taką podwyżkę trudniej jest wprowadzić. Lepiej wyświetla się reklama tego, kto zapłaci najwięcej. Nie da się więc tak łatwo podwyższyć stawek, bo te są tak naprawdę ruchome. Nie ma tu jawnej stawki, że np. jedno wyświetlenie reklamy kosztuje 30 groszy. Wycena zależy od tego, jak wielu klientów i jak duże sumy zainwestuje. 

Fot. Sundry Photography / Shutterstock

Dla lepszego zrozumienia wytłumaczmy to przykładowo na budżecie reklamowym wynoszącym okrągłe 100 zł. Klient może nadal wpłacać 100 zł, po prostu z tego 98 zł zostanie zainwestowanych w reklamę. 

Tak. By faktycznie koszt podatku został w całości przerzucony, to klienci musieliby podjąć decyzje o zwiększeniu swoich reklamowych inwestycji o kwotę podatku. W innym wypadku zmniejszą się obrony giganta cyfrowego o nowy podatek, a jego siła zostanie rozłożona między firmę i jej klientów. 

Dlatego dużo ważniejsze jest moim zdaniem to, że podatek od usług cyfrowych ma też wyrównać konkurencję. To znaczy – mamy media bardziej tradycyjne, mniejsze, lokalne, czyli gazety, stacje radiowe, telewizje, które nie mogą tak łatwo uciekać przed podatkiem dochodowym, przenosząc siedzibę tam, gdzie jest im wygodnie. One muszą mieć jakiś taki „substrat” lokalny. Część rynku płaci więc tradycyjne podatki dochodowe, a druga niekoniecznie. Ci, którzy nie płacą, mogą mieć odpowiednio niższe ceny lub wyższą marżę. W podatku cyfrowym chodzi nie tylko o sam wpływ budżetowy, ale także o wyrównanie tych pozycji.

Pytaniem jest, na ile Google może sobie pozwolić, żeby zmniejszyć swoje przewagi konkurencyjne względem całej reszty graczy. Ta firma i tak ma wielką przewagę, bo jest globalna, wysoce innowacyjna i jej usługi są i tak sporo tańsze, bo są po prostu w obsłudze mniej kosztochłonne niż media tradycyjne. Są takie przede wszystkim, bo Google czy Facebook nie muszą w ogóle tworzyć treści. Jak bardzo więc Google może sobie pozwolić na to, by podnieść ceny i w efekcie trochę zachęcać klientów do przechodzenia do innych form reklamowania? Jest tu dużo zewnętrznych czynników, które sprawiają, że ten proces jest bardziej skomplikowany niż proste „pan i pani zapłaci”.

Tyle że takie myślenie mamy głęboko zakorzenione. Pamiętam, jak rok temu wchodziła w życie 1,5-procentowa opłata audiowizualna nałożona na serwisy VOD na rzecz Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Pierwszą reakcją wielu klientów i publicystów były jęki, że Netflix i inni po prostu zwiększą abonament. No cóż, nie spełniły się te przepowiednie...

Bo modele biznesowe cyfrowych graczy nie są takie proste jak w starej gospodarce. Przecież abonamenty – szczególnie tych globalnych – serwisów VOD nie są zwykle ustalane na potrzeby jednego rynku, ale częściej na cały region. Dlatego mało prawdopodobne jest, że gdy jeden kraj wprowadzi daninę (zresztą podobne do naszej funkcjonują już w innych państwach), automatycznie uruchomi to podwyżki na iluś tam rynkach. Szczególnie, że raczej byłoby ciężko uzasadnić je argumentem „1,5 proc. dla PISF”.

Przy modelach zarabiania na opłatach tacy gracze raczej na pewno z góry wliczają do stawek pobieranych od klientów szacunki podobnych lokalnych podatków i danin. Co więcej, te 1,5 proc. to przykładowo dla Netflixa byłoby jakieś 50 gr - 1 zł wyższej opłaty. Kwota drobna, a wywołałaby konieczność zmian cenników i informowania o tym w większej liczbie państw.

Czyli co innego 1,5 proc. dla Netflixa niż 2 czy 3 proc. dla Google? W pierwszym przypadku model finansowy opiera się na stałych opłatach od klientów przyciąganych ofertą, a w drugim na wpływach z reklam przyciąganych przewagami rynkowymi, takimi jak choćby niższy koszt dotarcia do odbiorców. Dlatego choćby Facebook tak alergicznie zareagował w Australii i zamiast zgodzić się na opłaty, wolał zablokować treści od wydawców? Bo takie opłaty zmniejszyłyby jego przewagi?

Mural w Warszawie reklamujący serial Netflixa, Grand Warszawski / Shutterstock.com

Gdyby to były opłaty tylko w Australii czy podatek cyfrowy we Francji, to wielcy cyfrowi gracze byliby to wstanie przełknąć. Ale zapewne poważnie obawiają się efektu domina, szczególnie że toczą się nad opodatkowaniem cyfrowej gospodarki od lat prace w OECD, ale także w Unii Europejskiej. Ważne jest, skąd wziął się ten pomysł podatku. To nie jest tak, że nie lubimy globalnych koncernów i jesteśmy do nich w Europie uprzedzeni, bo są amerykańskie. Problem się bierze z tego, że mamy niedostosowany do tych koncernów system podatku dochodowego. 

Big Techy na tym bardzo korzystają, a my tracimy. Przez to, że te koncerny nie potrzebują mieć u nas żadnej fizycznej obecności albo mają ją śladową. Jest tak nawet w przypadku Google z polskim oddziałem – gdy spojrzymy w jego sprawozdania finansowe, to okazuje się, że świadczył bardzo mało usług na rzecz klientów. Zamiast tego świadczył je przede wszystkim Google Ireland, co oznacza, że podatek dochodowy od tych usług płacony był nie w Polsce, tylko w Irlandii, która jest podatkowo bardzo przyjazna. Sprowadzając problem do jednego zdania: podatek cyfrowy jest wprowadzany dlatego, że system podatku dochodowego jest niedostosowany do cyfrowych gigantów.

Musimy jednak zdać sobie sprawę z tego, że to, o czym dziś mówimy jako o podatku cyfrowym, jest generalnie i tak rozwiązaniem tymczasowym. Choć ta tymczasowość może istnieć bardzo długo. Tak naprawdę Big Techy powinny płacić podatek dochodowy tam, gdzie zarabiają. Chodzi więc o to, żeby dostosować tradycyjny podatek dochodowy do nowej cyfrowej gospodarki.

Wie pan, jaka jest argumentacja Big Techów: przecież już płacą podatki w Stanach Zjednoczonych, więc jeżeli miałyby być jeszcze gdzie indziej opodatkowane, to ich należności w USA powinny być zmniejszone. Inaczej dojdzie do podwójnego opodatkowania.

I tu dochodzimy do problemu politycznego, jaki stoi za całą tą kwestią. Big Techy są chronione przez rząd Stanów Zjednoczonych przed podatkami zagranicą, bo ich wprowadzenie może spowodować efektywne zmniejszenie opłat ponoszonych w domu. 

Właśnie po to są prace w OECD i właśnie dlatego podatek cyfrowy jest taką trochę protezą. Da się go wprowadzić bez zmiany umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, czyli bez rozwiązań dwustronnych, w których m.in. Stany Zjednoczone muszą wziąć udział. Ideałem, takim rozwiązaniem, do którego dążymy, jest to, by uznać, że mimo braku fizycznej obecności skala działalności Big Techów jest na tyle duża, że nie można jej uznać za incydentalną, więc opodatkowanie u nas im się po prostu należy. 

Póki co w umowach o unikaniu podwójnego opodatkowania pojawia się nieszczęśliwa definicja stałego zakładu. To działało w XX wieku, kiedy stałym miejscem prowadzenia działalności był pokój, biuro, maszyna do pisania. Racjonalne wtedy było założenie, że gdy ktoś np. w Polsce nie miał biura, to prowadzi tę działalność na małą skalę i nie opłaca się go ścigać dla ściągnięcia polskiego podatku po całym świecie. 

Cała ta filozofia w przypadku gigantów cyfrowych okazała się być nieaktualna. I dlatego tak ważna jest niedawna zmiana frontu w USA. Ledwie przed kilkoma dniami sekretarz skarbu USA Janet Yellen ogłosiła podczas spotkania ministrów finansów grupy G20, że Waszyngton wycofa część swoich zastrzeżeń w stosunku do globalnej reformy zasad opodatkowania gospodarki cyfrowej. To może faktycznie odblokować wielostronne negocjacje w OECD. Wcześniej administracja Trumpa była przeciwna wszelkim zmianom w tym zakresie i bardzo ostro broniła interesów Big Techów. 

fot. Uladzik Kryhin / Shutterstock

Więc co powinniśmy teraz zrobić? Czekać na rozwiązania OECD, bo te faktycznie mogą zadziałać? Czy i tak pracować nad lokalnymi wersjami podatku i tym samym generować presję?

Z jednej strony presja jest potrzebna. Bez niej nikt nie będzie miał motywacji, żeby działać. Prace w OECD toczą się już dość długo i generalnie europejscy politycy są dość zniecierpliwieni. Francuski podatek się pojawił właśnie z tego zniecierpliwienia. Musimy mieć świadomość: nie jest tak, że jak Amerykanie przystąpią do rozmów, to w tydzień będziemy mieli rozwiązanie. To jest krok do przodu, ale też pojawił się on nie bez powodu w obecnych okolicznościach.

Okolicznościach, gdy Australia opracowuje ostre zasady opłat za korzystanie z treści prasowych przez cyfrowe platformy; gdy w Unii Europejskiej zbliża się termin wejścia w życie dyrektywy o prawach autorskich; gdy o opłatach na rzecz wydawców mówi Kanada. To nie są kwestie stricte podatkowe, ale pokazują narastające zniecierpliwienie tym, że platformy cyfrowe pozostają poza klasycznym systemem podatkowym. Nawet u nas na tym zniecierpliwieniu rząd próbował wprowadzać składkę reklamową. Z drugiej strony same Big Techy też wytaczają ostrzejsze działa, na czele z drastyczną decyzją Facebooka dotyczącą blokady treści od wydawców w Australii. To już nie jest elegancka, grzeczna dyplomacja.

Mówimy o bardzo dużym rynku. 3 proc. przychodu Google w Europie (gdyby podatek wszedł w życie w stawce, która najczęściej się przewija) to są po prostu duże pieniądze. Nawet biorąc pod uwagę, że Google działa na dość dużej marży, bo ma małe koszty, to byłby to spory cios finansowy. To już nie jest tylko 1,5 proc. opłaty audiowizualnej ograniczonej do polskiego rynku. 

Więc jak nakładać podatki na Big Techy, by to one faktycznie zapłaciły daninę, a nie przerzucały jej na konsumentów?

To jest bardzo trudne pytanie i gdybyśmy mieli na nie idealną odpowiedź, to bylibyśmy wszyscy bardzo bogatymi ludźmi i mielibyśmy bogate państwo. Każdy podatek nałożony na korporację na koniec dnia teoretycznie jest przerzucalny. Są trzy podstawowe sposoby finansowania podatków przez korporacje: wziąć pieniądze od klientów, zapłacić mniej swoim dostawcom albo zmniejszyć swoją marżę.

Wybór sposobu zależy od tego, który z nich jest dla firmy najłatwiejszy. Na ile jest możliwe podniesienie cen, czyli jak duża jest elastyczność popytowa? Czy można sobie pozwolić na to, żeby mniej płacić kontrahentom? I wreszcie jak duże są marże w stosunku do przewidywanych kosztów podatku? Są oczywiście prawne sposoby na to, by utrudniać firmom korzystanie z tego pierwszego sposobu. Choćby jak w przypadku podatku bankowego można wpisać do prawa zakaz automatycznej zmiany cen usług bankowych. Tyle że w praktyce jest to nie bardzo egzekwowalne, bo podwyżki mogą być uzasadnione przecież obiektywnymi czynnikami. 

Siedziba Facebooka, achinthamb / Shutterstock.com

Czyli pojawia się mechanizm, który teraz widzimy przy podatku cukrowym. Nie płaci korporacja, tylko klient, który kupuje droższe, słodzone napoje. 

Tyle że w podatku cukrowym trochę o to chodzi. Tu kluczowy ma być nie tyle efekt fiskalny, co raczej odstraszający konsumentów od tych konkretnych, uznanych za szkodliwe zakupów. 

To może i w podatku cyfrowym chodzi trochę o efekt odstraszający? Czy raczej zachęcający do korzystania z innych form reklamy czy komunikacji? 

Trochę tak jest. Dzięki temu, że giganci cyfrowi nie płacą w Polsce albo płacą relatywnie mało podatków w porównaniu do swoich przychodów, są tańsi. Z punktu widzenia klienta kupującego reklamę w internecie albo w gazecie, to jest zasadniczo dość podobny produkt. Jego celem jest propagowanie marki. Cena produktu powinna być uzależniona wyłącznie od tego, w jaki sposób on spełnia moje potrzeby. Wybieram reklamę, bo lepiej mi pasuje, a nie dlatego, że ta jest lepiej opodatkowana niż tamta. Więc skoro wszystkich objęłyby podatki, to teoretycznie reszta rynku reklamowego powinna mieć łatwiejszą konkurencję z największymi cyfrowymi graczami. Tak przynajmniej powinno być w idealnym świecie.

fot.  Artur Mulak

* Piotr Leonarski – adwokat, doradca podatkowy w B2R Law Jankowski, Stroiński, Zięba. Pracował również w polskim Ministerstwie Finansów, gdzie zajmował się współpracą międzynarodową w zakresie podatku VAT oraz uczestniczył w posiedzeniach grup roboczych UE zajmujących się zagadnieniami VAT.

Zdjęcie tytułowe: Google Engineering Center w Monachium, fot. nitpicker / Shutterstock.com