PiS udaje, że walczy z Big Techami. Zamiast tego robi skok na media

PiS udaje, że walczy z Big Techami. Zamiast tego robi skok na media
706 interakcji
dołącz do dyskusji

Rząd próbuje przekonać nas, że wpisuje się w globalną krytykę Big Techów. Można by przyklasnąć, że chce pomóc chronić konsumentów i konkurencję. Tyle że to bajki przykrywające inne cele. Głównie polityczne.

– Nie może być tak, że biedni stają się coraz biedniejsi, bo bogaci stają się coraz bogatsi – na konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki, odpowiadając na pytanie o plany wprowadzenia nowej opłaty dotyczącej mediów i reklamy, próbuje twierdzić, że chodzi o opodatkowanie cyfrowych gigantów, jak Google, Facebook czy Apple, bo, jak dodawał, „w sytuacji tak gwałtownych zmian w gospodarce, które obserwujemy na co dzień (...), systemy podatkowe świata muszą za tym wszystkim nadążać”.

A skoro od trzech, czterech lat prace „w ramach Rady Europejskiej, Komisji Europejskiej, ale też OECD” dotyczące opodatkowania wielkich firm nie kończą się, to sami w Polsce się za to zabierzemy. Jak? Ustawą o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów.

– Nie możemy zgodzić się na tego rodzaju funkcjonowanie wielkich mediów społecznościowych na terenie Polski, które dopuszczają się tego rodzaju skandalicznych manipulacji historycznych, manipulacji prawdą – grzmi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, krytykując Facebooka za to, że blokuje polskich użytkowników – ostatnio na pół godziny profil IPN. I oczywiście na to też mamy remedium: świeżo wrzucona do prac rządowych ustawa o ochronie wolności słowa w internecie.

Może to wyglądać na nagły zwrot polskiego rządu w stronę światowego trendu przykręcania śruby technologicznym gigantom, regulowania ich działalności i opodatkowywania wpływów. Mogłoby tak wyglądać, gdyby nie fakty dotyczące tych dwóch ustaw i ostatnich kilku lat lawirowania oraz uciekania od faktycznych regulacji Big Techów. 

A więc spójrzmy, jak to nasz rząd do tej pory cyfrowe korporacje „regulował” i co faktycznie stoi za wprowadzaniem i nie wprowadzaniem kolejnych rozwiązań prawnych. A także o co tak naprawdę toczy się gra.

Znikający podatek cyfrowy

Latem 2019 roku w Ministerstwie Finansów, a konkretnie w Departamencie Systemu Podatkowego toczyły się zaawansowane prace nad założeniami ustawy wprowadzającej tzw. podatek cyfrowy. Big Techy działające w naszym kraju miały być nim objęte od stycznia 2020 roku. Co więcej polskie założenia poszły nawet dalej niż to, o czym do tej pory mówiła Komisja Europejska.

Polska planowała daninę o wysokości 4 proc. od polskich przychodów tych firm, gdy w Unii rozmowy dotyczą zazwyczaj 3 proc. Płacić miał go podmioty spełniające dwa warunki. Osiągające globalne przychody na poziomie minimum 750 mln euro rocznie oraz kiedy ich łączna kwota podlegająca opodatkowania na ternie UE przekroczy 50 mln euro. Czyli nowe prawo objęłoby m.in. Google, Facebook, Apple, Netflix, Spotify, Twitter czy Uber. 

Co takiego się stało, że ten podatek nie wszedł w życie? Latem 2019 roku Polskę odwiedził Mike Pence, wiceprezydent Stanów Zjednoczonych. Podczas wizyty w Polsce niespodziewanie wypalił, że Stany „z głęboką wdzięcznością przyjęły odrzucenie” przez nasz kraj projektów podatku od usług cyfrowych.

I rzeczywiście podatek z agendy politycznej zniknął. A przecież jeszcze kilka tygodni wcześniej podczas konwentu partii i prezentacji „piątki Kaczyńskiego” wyliczano, że po jego uchwaleniu wpłynie do budżetu państwa nawet 1 mld zł rocznie. 

Jednak do dziś nikt w rządzie nie wrócił do prac nad nim, a na każde o niego zapytanie jak mantra powtarzane jest, że to zadanie dla Komisji Europejskiej lub OECD. – Z wyliczeń Fundacji Instrat wynika, że rzeczywiście w ubiegłym roku taki podatek mógłby przynieść budżetowi Polski ok. 1 miliarda złotych. A przecież te platformy i ich przychody cały czas rosną. Co więcej, do Polski właśnie wszedł Amazon, więc można się spodziewać jego rozwoju na naszym rynku – podkreśla Jan Zygmuntowski, ekonomista z Akademii Leona Koźmińskiego.

Podatek od Netflixa albo i nie 

Skoro nie udało się z prawdziwym podatkiem, to pojawił się pomysł „podatku od Netflixa”, czyli wciągnięcia coraz popularniejszych platform z wideo na żądanie do systemu współfinansowania polskiej kinematografii. W ramach Tarczy Antykryzysowej 3.0 wprowadzono przepis, że na rzecz Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej mają one obowiązek płacenia 1,5 proc. od swoich polskich przychodów.

Pomysł był jak najbardziej uzasadniony, skoro to VOD są równoprawnym do kin czy telewizji (a w czasie pandemii są przecież w o wiele lepszej sytuacji niż zamknięte kina) kanałem dystrybucji polskich filmów i seriali, to powinny dokładać się do ich produkcji. 

Tę opłatę – nie podatek, choć gdy wiosną ubiegłego roku po raz pierwszy jeszcze nieoficjalnie usłyszeliśmy w SW+ o tym pomyśle, to był on ze strony rządowej przedstawiany właśnie jako „mały podatek cyfrowy” – udało się wprowadzić. Jest ona pobierana od połowy 2020 roku. 

Łącznie w 2020 roku 19 podmiotów wpłaciło na rzecz PISF 8 920 979,66 zł. Tyle że Instytut nie chce ujawnić, ile dokładnie pieniędzy wpłynęło od poszczególnych platform. Więc nie wiemy, ile faktycznie zapłacił wspomniany Netflix. Serwis nie tylko największy, ale co więcej to także platforma, do której trafiły w ostatnim półroczu dziesiątki tytułów z zasobów Telewizji Publicznej, czyli produkowanych z publicznych środków. 

Dziurawe Uber Lex 

Istna brazylijska telenowela odegrała się za to przy próbach uregulowania statusu Ubera oraz innych pośredników transportowych. Prawo nazwane „Lex Uber” powstawało w wielkich bólach i przy starciach lobbystów przez niemal trzy lata. Uber, Taxify (dziś Bolt) zapewniały, że egzekwują polskie prawo i przepisy także podatkowe, więc nie ma potrzeby dodatkowego przykręcania im śruby. Korporacje taksówkarskie grzmiały, protestowały i nierzadko fizycznie walczyły o to, by „uberopodobnych” wręcz zdelegalizować, bo wożą pasażerów bez licencji i obchodzą przepisy podatkowe.

Przepisy przygotowywane przez resort infrastruktury zmieniały się więc jak w kalejdoskopie, szczególnie że swoje uwagi co chwilę dokładały nie tylko polskie urzędy, ale także… ambasador USA Georgette Mosbacher, która niespodziewanie zaczęła apelować o to, by szanować wolny rynek. Czyli: nie ruszać amerykańskich graczy.

Wreszcie wiosną 2019 roku udało się przyjąć nowe prawo, które weszło w życie… od 1 stycznia 2021 roku. Jasne, po drodze pojawiła się pandemia, która wdrożenie nowych zasad przesunęła. Ale te tak naprawdę z faktycznymi regulacjami cyfrowych platform i ochroną konkurencji mają mało wspólnego. – Status Ubera po prostu zrównano ze zwykłymi korporacjami taksówkarskimi, równając w dół i luzując wymagania wobec kierowców. Dla porównania w Niemczech realizacja klasycznego modelu Ubera nie została w ogóle dopuszczona na rynek – oceniał kilka miesięcy temu w rozmowie z SW+ Dominik Owczarek

Co więcej, podczas pandemii ujawnił się kolejny element funkcjonowania pośredników typu Uber: food delivery. Zamknięta gastronomia może jakoś przeżyć tylko dzięki dostawom, a te zaczęły monopolizować aplikacje typu Uber Eats, Pyszne.pl czy Wolt. Monopolizować i pobierać ogromne sięgające 30 proc. prowizje.

Pod koniec zeszłego roku kwestię tych wysokich prowizji platform chciała uregulować Partia Razem. Posłowie ugrupowania złożyli w Sejmie projekt poprawki do procedowanej wówczas Tarczy 6.0, która ustanawiałaby maksymalny poziom marż pobieranych od restauracji. Wzorem dla tego rozwiązania były wspomniane wcześniej lokalne przepisy obowiązujące w niektórych miastach w USA. Jednak w parlamencie propozycja Razem przepadła.

Rząd PiS w ogóle nie widział dla siebie interesu w tym, aby od tej strony zająć się regulacją Big Techów. 

Luka VAT made in AliExpress

W kryzysie szuka się oczywiście metod nad podreperowanie budżetu państwa. Jedną z takich metod mogłoby być obłożenie podatkiem VAT coraz większego rynku e-commerce... z Chin. 

Polskich użytkowników (danych o klientach brak) tylko ogromnego serwisu AliExpress jest ponad 6 mln. Już trzy lata temu Poczta Polska i Krajowa Administracja Skarbowa podpisały umowę o współpracy w zakresie odprawy celnej przesyłek pocztowych, której celem było to, by wreszcie napływające szerokim strumieniem zamówienia z Chin – udające prezenty – obłożyć opłatami celnymi i VAT. Przez ten czas zmieniło się tyle, że... na chińskim AliExpress kupujemy jeszcze więcej. W 2019 roku wiceprezes Poczty Polskiej Grzegorz Kurdziel mówił: – W pierwszym półroczu 2019 roku przesyłki e-commerce z Poczty Chińskiej stanowiły ponad 30 proc. wszystkich przychodzących do nas przesyłek zagranicznych. 

Poczta Polska zapytana przez nas o to, jak wyglądała sytuacja w 2020 roku, nie podała danych. Za to pod koniec 2020 roku NIK opublikowała wyniki kontroli w tym zakresie i ujawniła, że przybywa do nas co roku kilkanaście milionów przesyłek i paczek z Państwa Środka. Zgodnie z przepisami w każdym przypadku, gdy w środku znajduje się towar, niezależnie od wartości, odbiorca zobowiązany jest zapłacić VAT. Tyle że nie płaci, bo przesyłki te nie są kontrolowane. Komisja Europejska szacowała, że luka VAT-owska w tym zakresie w całej Unii w 2019 roku wynosiła 1,2 mld euro. 

I właśnie m.in. w celu opanowania tej sytuacji w połowie tego roku w życie wchodzi unijna dyrektywa e-commerce. Jej obowiązanie przesunięto w związku z pandemią o rok. Ale czy jesteśmy w Polsce gotowi na pobieranie VAT od przesyłek z AliExpress?

Niezbędna nowelizacja ustawy o VAT dopiero co wyszła z Komitetu Do Spraw Europejskich i jeszcze nawet nie stanęła do obrad na Stałym Komitecie Rady Ministrów. Na jakim poziomie jest system informatyczny przygotowywany przez Pocztę? Ciężko powiedzieć. Poczta Polska odpowiada tylko, że zawarła ze swoją spółką technologiczną Poczta Polska Usługi Cyfrowe Sp. z o.o. „umowę na przygotowanie oprogramowania niezbędnego do naliczania i poboru opłat celnych i podatku VAT za przesyłki z zawartością towarów napływające spoza UE” i nie podaje żadnych szczegółów dotyczących tego wdrożenia. 

Bajka o „ACTA 2” 

Jak już jesteśmy przy dyrektywach unijnych, to do połowy tego roku powinna też zostać zaimplementowana dyrektywa o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, którą Komisja Europejska uchwaliła niemal 2 lata temu. 

Państwa unijne mają czas na implementację dyrektywy do 7 czerwca 2021 roku, kiedy jej zapisy wejdą w życie. Jesienią ubiegłego roku jako pierwsza w UE zrobiła to Francja. Tamtejszym wydawcom i właścicielom praw autorskich udało się osiągnąć porozumienie z amerykańskim koncernem cyfrowym Alphabet (czyli właścicielem Google'a) w sprawie zasad płacenia za udostępnianie treści dostępnych online. Kilka tygodni temu zaczęła też ta dyrektywa działać w Niemczech.

fot. Uladzik Kryhin/shutterstock

Polska? – Nieoficjalnie mówi się, że resort kultury ma się nią zająć w trzecim kwartale tego roku – mówi nam Paweł Nowacki, niezależny konsultant rozwiązań dla wydawców i e-commerce (Digitalflow.pl) oraz były wicenaczelny „Dziennika Gazety Prawnej” ds. online.

O przyspieszenie prac apelowała niedawno Izba Wydawców Prasy, bo właśnie w czasie kryzysu opłaty od platform cyfrowych, jak Google'a czy Facebooka, mogłyby podratować mierzące się z problemami media. – Tyle że nie jest tajemnicą więcej niż niechętny stosunek polskiego rządu do tego prawa – podkreśla Nowacki.

W maju 2019 roku polski rząd zaskarżył do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej tę dyrektywę. Oficjalny powód: obawa o cenzurę prewencyjną i zmuszanie właścicieli stron internetowych do sprawdzania każdej treści, jaką umieszczą w sieci, nawet jeśli nie łamie ona praw autorskich.

Nieoficjalnie wiadomo jednak, że wielkie cyfrowe platformy podczas prac nad tym prawem mocno starały się – włącznie z ukuciem terminu „ACTA 2” – by je zastopować, bo otworzyłoby to puszkę roszczeń także na innych rynkach. I tak właśnie się zadziało. 

Swoje bardzo podobne przepisy przygotowała Australia. Tamtejsze władze chcą wprowadzić przepisy zmuszające Google, Facebooka i potencjalnie również inne wielkie koncerny do negocjacji z lokalnymi mediami opłat za udostępniane w internecie informacje. Efekt: najpierw Facebook, a w tym roku także Google zagroziły, że odetną Australię od swoich usług.

Ustawa wolnościowa dla polityków

Skoro samowola Big Techów jest tak wielka, to powinniśmy przyklasnąć pomysłowi resortu Zbigniewa Ziobry, który pochwalił się projektem nowego prawa mającego zrobić porządek z tym, jak serwisy społecznościowe blokują użytkowników i ich treści. 

Ustawy o wolności słowa nie pozostawia jednak złudzeń: owszem, jej celem jest zadbanie o wolność słowa, ale bez refleksji nad jej granicami i negatywnym wpływem mediów społecznościowych na społeczeństwo. Przede wszystkim jednak konstrukcje prawne zawarte w nowych przepisach grożą tym, że „wolność słowa” może okazać się wolnością tylko tego słowa, które będzie podobać się obecnemu rządowi. I to nawet jeżeli PiS nie wygrałby następnych wyborów.

Ustawa przewiduje powołanie pięcioosobowej Rady Wolności Słowa, która de facto mogłaby być wybrana zwykłą większością sejmową i której kadencja ma trwać sześć lat. Czyli nawet jeżeli zmieniłaby nam się scena polityczna, to i tak to ciało decydowałoby np. o tym, że treści homofobiczne nie są mową nienawiści i nie powinny być blokowane przez platformy cyfrowe. 

Ale nie mniej ważne, jak sama treść ustawy, jest także jej tło polityczne. – To, że szykowało ją Ministerstwo Sprawiedliwości przecież niekoniecznie dedykowane przepisom związanym z rynkiem cyfrowym, pokazuje jedno: to pomysł polityczny związany z tarciami o sfery wpływów w Zjednoczonej Prawicy – mówi nam Krzysztof Izdebski z Fundacji ePaństwo. Te tarcia to przeciąganie liny między Zbigniewem Ziobro i premierem Morawieckim.

Tajemnicą poliszynela jest, że cyfrowe korporacje na czele z Google mają bardzo dobre kontakty z Morawieckim, a więc ustawa uderzająca w nie byłaby po prostu sposobem na zmniejszenie wpływów premiera. 

Składka od reklam karą dla mediów

W takiej atmosferze – narastających kontrowersji wokół Big Techów, tarć politycznych w Zjednoczonej Prawicy, poszukiwań nowych źródeł podreperowania budżetu i świadomości, że sięgnięcie do platform cyfrowych zarówno tych ze Stanów, jak i z Chin będzie trudne – pojawił się plan obłożenia dodatkową opłatą mediów. Oficjalnie taką na walkę z COVID-19.

– Nie podatkiem, bo ten wprowadza się wraz z nowym rokiem podatkowym, tylko właśnie nadzwyczajnym celowym funduszem. I to funduszem mocno niejasnym, bo przecież te środki mają zgodnie z samą nazwą iść nie tylko na zdrowie, ale także ochronę zabytków i wsparcie kultury. A to może oznaczać wszystko, włącznie z kościołami i telewizją publiczną – podkreśla Zygmuntowski. 

Pomysł ten, który wypłynął z Nowogrodzkiej, oczywiście ma też na celu spiłowanie zębów mediom. – Używanie do tej opłaty, która ma jeszcze dodatkowo śladem orbanowskich Węgier po prostu uderzyć w krytyczne wobec rządu media, terminu „podatek cyfrowy” jest niczym więcej jak chwytem propagandowym – podkreśla Izdebski i tłumaczy, że te 700-800 mln, jakie miałyby wpłynąć do budżetu z opłaty z reklam, oznaczają dla mediów poważne straty. – Poważne, bo ich obecna sytuacja już jest przecież trudna. A ile z tego wpłynęłoby od faktycznie cyfrowych globalnych podmiotów? Jakieś drobniaki. 

Według Zygmuntowskiego zarówno ten plan, jak i dotychczasowe podejścia do prób regulowania cyfrowych graczy pokazują, że rząd de facto realizuje strategię „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”.

– Wygodnie jest się podłączyć pod globalną krytykę wielkich cyfrowych korporacji. Nikt nie będzie ich przecież bronił, za dużo mają za uszami. Tyle że prawdziwe intencje są zupełnie inne – dodaje Izdebski.

Podobał się tekst? Polub go na Facebooku. Dzięki!