Płacisz 100 zł, a restauracje dostają raptem 60 zł. Oto jak na pandemii tyją aplikacje do zamawiania jedzenia

Oto jak na pandemii tyją aplikacje do zamawiania jedzenia
3901 interakcji
dołącz do dyskusji

Tablet za 1 tys. zł, 30 proc. marży od ceny dania, kopiowanie stron restauratorów. Zanim zamówicie „dwie pizze w cenie jednej”, którymi kuszą Uber Eats, Pyszne.pl, czy Glovo, poznajcie, jak naprawdę wygląda współpraca knajp i cyfrowych gigantów.

– Chcemy przetrwać. Kiedy nie ma klientów na miejscu, to aby utrzymać lokal, pracowników, wypracowaną czasami przez lata markę, godzimy się na wszystko. Byleby dotrwać do końca pandemii – mówi Daniel, współwłaściciel czterech niewielkich restauracji w Warszawie.

Jego knajpki, m.in. Salsiccia Pizzeria Napoletana na warszawskim Grochowie, są niewielkie i poza centrum miasta. Utrzymują się z lokalnych klientów i przede wszystkim z dostaw. Dostaw, które nie byłyby możliwe w czasie pandemii, gdyby nie coraz potężniejsze aplikacje pośredniczące między głodnymi klientami a knajpami głodnymi zamówień. – Jesteśmy na te aplikacje i platformy skazani – dodaje Daniel. 

Takich restauracji są dziś w Polsce tysiące. Odkąd 23 października rząd zamknął właściwie z dnia na dzień gastronomię, jedyną opcją pracy dla nich jest sprzedaż na wynos. Na ratunek ruszyły więc aplikacje i platformy internetowe pośredniczące w dostawie. Dla Uber Eats, Pyszne.pl, Glovo czy Wolta kolejne lockdowny to wymarzony moment do rozwoju.

Wydawać by się mogło, że to sytuacja typu win-win. W rzeczywistości jednak wygrany jest tylko jeden. 

Platformowy Blitzkrieg 

W sylwestrowy wieczór w wielu miastach już od południa nie było szansy na to, by zamówić sushi czy pizzę. Szykując się na coś na kształt godziny policyjnej, ludzie rzucili się zamawiać jedzenie. W restauracjach zrobił się taki ruch, jakby to był normalny sylwester każdego innego roku. Z tą różnicą, że tym razem ulubiony posiłek można było jedynie dostać na wynos. 

Ciężko o lepsze podsumowanie tego najlepszego w historii momentu dla rynku food delivery. Pod koniec 2019 roku jego wartość w Polsce wyniosła 1,3 mld zł i szacowano, że w 2020 roku wzrośnie do 1,7 mld zł. Nie ma wprawdzie jeszcze oficjalnych wyliczeń, ale jedno jest pewne: te wzrosty były o wiele większe. 

Jeszcze w marcu Uber Eats chwalił się obecnością w 20 miastach i ponad 3 tys. restauracjami, które korzystają z tej aplikacji. Dziś, jak podaje SW+, po blisko czterech latach obecności na polskim rynku współpracuje z ponad 6 tys. restauracji, kawiarni i fast foodów, a z jego platformy można korzystać w 37 miastach. Tylko od stycznia do kwietnia 2020 roku, czyli na początku pandemii i lockdownu w gastronomii, liczba nowych restauracji w jej aplikacji wzrosła o 188 procent. 

Boom przeżywają wszyscy pośrednicy. W kwietniu nad Wisłą pojawił się nowy gracz, czyli Bolt Food i też szybko podbija rynek. Choć obecnie działa tylko w Warszawie, to współpracuje już z ponad 900 lokalami. Kolejna platforma Pyszne.pl współpracuje obecnie z ponad 9 tys. restauracji w kilkuset miastach w całej Polsce. Firma należąca do holenderskiej spółki Takeaway podaje, że tylko w ciągu dwóch miesięcy od zamknięcia gastronomii pozyskała blisko 2 tys. nowych restauracji, czyli – uwaga – więcej niż w całym 2019 roku. I co ważne, ta tendencja gwałtownego wzrostu ciągle się utrzymuje.

Kolejni gracze to Glovo i Wolt. Ten pierwszy pod koniec zeszłego roku miał ponad 5 tys. punktów partnerskich (nie tylko restauracji, ale też innych sklepów), drugi obsługuje obecnie 1,6 tys. restauracji w siedmiu miastach. 

Z każdym dniem gastronomicznego lockdownu coraz większa część rynku przejęta jest przez platformy. Tyle że równolegle coraz więcej kontrowersji budzą zasady, na jakich ta działalność jest prowadzona. Dominik Owczarek, ekspert z Instytutu Spraw Publicznych ocenia, że cyfrowe giganty po prostu wykorzystują sytuację, w której przez pandemię znalazła się branża gastronomiczna. – Międzynarodowe korporacje natrafiły na żyłę złota i starają się maksymalizować swój zysk, wykorzystując to, że restauratorzy stoją pod ścianą – komentuje Owczarek.

Pizza z tabletem 

Uzależnianie restauratora zaczyna się od technologicznego gadżetu, który oficjalnie jest pomocą w kontakcie z aplikacją. Jedne firmy go tylko proponują, inne nie pozostawiają restauracjom wyboru. Ale nawet tam gdzie jest tylko opcją, to wciąż przedstawioną jako najlepsze wyjście. 

– Tablet można albo wynająć i płacić co miesiąc, co jest kompletnie nieopłacalne w dłuższym terminie, albo wykupić. Nie można go jednak odmówić i przyjmować zleceń na swoim sprzęcie. To jest podstawowy warunek współpracy. A przecież to niemały wydatek, szczególnie, że za podobny sprzęt w sklepie zapłaciłbym co najmniej o jedną trzecią mniej – mówi nam Maciej, właściciel pizzerii w Krakowie.

Kupno tabletu do obsługi aplikacji to wydatek od 800 do 1000 złotych. Przy wynajmie rata leasingu jest mniejsza, zazwyczaj w granicach 50 zł miesięcznie. Ale co z tego, jeżeli urządzenie może służyć tylko i wyłącznie do obsługi zamówień. 

Warszawa, kwietniowy lockdown
Fot. MOZCO Mateusz Szymanski / Shutterstock.com

Tablety od platform mają zablokowany system operacyjny, więc mimo że są własnością restauratora, to nie można na nich niczego innego zainstalować. – Przedstawiciele platform wciskają nam te tablety, przedstawiając je jako wielką zaletę, jakbyśmy dostawali jakiś bonus. A potem okazuje się, że to kula u nogi. Trudno szybko zerwać współpracę, kiedy na start wydało się 800 zł na sprzęt – mówią restauratorzy. 

Moja strona jest lepsza niż twoja

Platformy wykorzystują swoją przewagę także na innych polach. Niektóre budują np. prawie identyczne strony internetowe udające oryginalne witryny restauracji i rejestrują je na bliźniaczo podobnych do oryginalnych domenach. Z nich klienci przekierowywani są do zamówień na platformie, a nie bezpośrednio u restauratora.

– Takie co najmniej kontrowersyjne praktyki portalu Pyszne.pl zauważyliśmy już pięć lat temu – mówi Marek Skubacz, prezes firmy Restaumatic, tworzącej strony internetowe dla restauracji. Wyjaśnia, że Pyszne.pl kupowało domeny zbliżone do oryginalnych domen restauracji. – Jeśli np. lokal używał domeny sensisushi.pl, to publikowali swoje strony na domenach sensisushiochota.pl i sensisushigorczewska.pl, czyli sugerujących, że to oficjalna strona restauracji. To samo było u innego naszego klienta: oryginalna domena to pizzadalmacja.pl, a Pyszne.pl publikowało pod domeną pizza-dalmacja.pl. Zdarzały się nawet sytuacje, z czym spotkamy się też dzisiaj, że restauracja nie miała swojej strony internetowej, więc kiedy Pyszne.pl publikowało własną stronę, przekonywało tym samym klienta wchodzącego z wyszukiwarki, że to oficjalna witryna restauracji – dodaje Skubacz. 

Jak tłumaczy ekspert, stworzone przez Pyszne.pl strony miały dość charakterystyczną zawartość. – Wszystkie wykonywano według jednego wzoru tak, by eksponowały menu oraz zamawianie online. Natomiast numer telefonu, pod którym klient mógłby zamówić bezpośrednio, był ukrywany lub wcale go nie było – opowiada. Marek Skubacz, nie chcąc być gołosłownym, przesłał nam screeny obrazujące przykłady działań Pyszne.pl, które udokumentował w 2015 i 2016 roku. Dotyczą one warszawskiej restauracji sensisushi.pl.

Prezes Restaumatic wspomina, że klienci jego firmy, czyli restauratorzy, jednoznacznie odbierają takie działania jako konkurencję. – Część obawia się, że mogą tracić klientów, którzy widząc dwie różne strony www tego samego lokalu, będą skłonni całkiem zrezygnować z zakupów. Ci zaś, którzy preferują zamawianie przez telefon, zrezygnują, gdy nie będą mogli zobaczyć numeru telefonu. Co więcej, jeżeli dochodzi do zamówienia przez stronę pośrednika, to restauracja płaci sporą prowizję – wylicza Skubacz. 

Według relacji klientów Restaumatic po interwencjach, a czasami groźbach zerwania współpracy czy nawet pozwów sądowych, Pyszne.pl w końcu kasowało niechciane strony choć nie bez oporów. Jednak kilka miesięcy temu handlowcy Restaumatic znów zaczęli na nie trafiać. – Co więcej, czasami okazuje się, że wybierając wspólnie z restauratorem najbardziej naturalną dla restauracji domenę, widzimy, że jest już wykupiona – dodaje Skubacz.

 

Z kolei na tym screenie przesłanym naszej redakcji przez Marka Skubacza widzimy witrynę internetową zarejestrowaną pod domeną pizza-dalmacja.pl, która od oryginalnego adresu bydgoskiej restauracji różniła się tylko myślnikiem. Również w tym przypadku wyeksponowano zamówienia online. Oryginalny adres to pizzadalmacja.pl a kopia jak przekazał nam Skubacz została po interwencji skasowana
Z kolei na tym screenie widzimy witrynę internetową zarejestrowaną pod domeną pizza-dalmacja.pl, która od oryginalnego adresu restauracji różniła się tylko myślnikiem. Również w tym przypadku wyeksponowano zamówienia online. Oryginalny adres to pizzadalmacja.pl

Zapytaliśmy Pyszne.pl, czy firma budowała bliźniaczo podobne strony internetowe z podobnymi do oryginalnych domenami albo zupełnie nowe strony tym restauracjom, które nie miały ich wcale. Katarzyna Makowska, brand managerka Pyszne.pl, nie odpowiada wprost, czy takie praktyki były udziałem jej firmy. – Nie stosujemy praktyk mających na celu zmniejszenie ilości zamówień otrzymywanych przez restaurację poprzez jej własne kanały. W żadnym wypadku nie sugerujemy rozwiązań, które mogłyby zadziałać na szkodę naszych partnerów – odpisała nam tylko ogólnie Makowska. 

Tomasz Czudowski, razem z żoną Katarzyną Błońską prowadzi dwie restauracje, w tym AleWino i cukiernię w Warszawie. Przyznaje, że nie spotkał się z takimi praktykami w Polsce, ale przypomina sobie, że są one dość popularne w Stanach Zjednoczonych. Taką metodę stosowała choćby platforma GrubHub, która stworzyła 34 tys. stron udających oryginalne witryny restauracji. Po fali krytyki w lipcu 2019 r. zaprzestała takich praktyk, a strony skasowała.

– Możliwe więc, że takie praktyki zostały przeniesione na polski grunt, szczególnie że są sposobem na dodatkowy zarobek platform. Oczywiście z punktu widzenia restauracji to niekorzystne, bo mogą nawet nieświadomie stać się zakładnikiem jednego źródła zamówień – mówi Czudowski.

A ma w tym spore rozeznanie, bo łączy doświadczenie gastronomiczne i techniczne. Zanim został restauratorem, przez osiem lat pracował dla polskiego oddziału Google i był szefem marketingu YouTube w Europie Środkowo-Wschodniej. 

Promocją w klienta

Platformy mają też zdecydowanie silniejszą pozycję, jeśli chodzi o działania marketingowe. Inwestują krocie w działania pozwalające im dotrzeć do klientów. Mowa np. o rozdawanych na prawo i lewo kuponach zniżkowych.

– Platformy rozsyłają często e-mailowo lub w SMS-ach kupony rabatowe, np. na 20 zł. Klient myśli portfelem, więc wiadomo, że zamówi nie przez stronę internetową restauracji, tylko przez aplikację – mówi nam jeden z restauratorów. 

Czudowski wyjaśnia, że to standardowa praktyka w spółkach nastawionych na długoterminowy zysk. – To czysta matematyka. Platformy dostarczające zamówienia z restauracji obliczają, że jeśli klient raz na miesiąc zamówi coś do jedzenia za 100 zł, to przez rok wyda 1,2 tys. zł. Jeśli prowizja aplikacji wynosi 30 proc., to platformy mają z tego klienta 400 zł. Mogą więc wydać na niego powiedzmy 100 zł w pięciu kuponach po 20 zł, aby go do siebie przywiązać i sprawić, że będzie powracał – oblicza Czudowski.

Kraków, październik 2020.  Elzbieta Krzysztof / Shutterstock.com

Takie inwestycje mówią o jednym: pośrednicy po prostu dysponują sporymi zasobami na działanie i budowanie przewagi. – W porównaniu do nas nieograniczone – mówi nam jeden z restauratorów i przyznaje, że próbował już chyba wszystkiego, aby przekierować ruch klientów na stronę internetową własnego lokalu, ale jego knajpa i tak w wyszukiwarce wyskakiwała niżej niż ta sama oferta na stronie pośrednika. – AdWordsy, reklamy, pozycjonowanie, media społecznościowe. Wszystko to ciężka i żmudna praca, która przynosi niewielkie rezultaty. W rok udało nam się przekierować ok. 10 proc. ruchu, ale co byśmy nie zrobili, w wyszukiwarce oni i tak wyskakują jako pierwsi – wylicza restaurator.

40/60

Najwięcej kontrowersji budzi jednak narzucanie gastronomii wysokich marż. Prowizje w zależności od platformy i charakteru współpracy wahają się od kilkunastu do blisko 40 proc. procent wartości każdego zamówienia.

– Jeśli mam własnych kierowców i samochody, to prowizja platformy wynosi ok. 15 proc. wartości zamówienia. Jeśli zaś nie mamy swojego systemu dowozu, to platforma pobiera 30-35 prowizji od restauratora oraz część kwoty od kuriera – mówi Daniel, właściciel warszawskich knajp.

Maciej z Krakowa wyjaśnia to na przykładzie. – Jeśli klient zamówi u mnie cztery pizze na łączną kwotę 100 zł, to widzi na rachunku ok. 110 zł, bo ma doliczony jeszcze koszt dowozu. Jednak do mnie trafi ok. 60 zł, a do kuriera 6-7 zł. Platforma na każdych tych 110 złotych zarabia tylko za pośrednictwo ponad 40 zł – przekonuje.

Czudowski tłumaczy, że jeśli restaurator oddaje prawie 40 proc. od każdego zamówienia, to trudno mu będzie się utrzymać, szczególnie w dzisiejszych czasach. Przed pandemią matematyka było inna. Sprzedaż na miejscu pokrywała koszty działalności restauracji i dawała ok. 10-15 proc. zysku. Zaś wszystko, co było na wynos, stanowiło dodatkowy zarobek. – Te prowizje są zabijające, zbyt wysokie, nieopłacalne i nieadekwatne do tego, co otrzymujesz w zamian. Chyba że jest to lokal nastawiony na wynosy, czyli ma bardzo niskie koszty stałe najmu lokalu, zatrudnienia pracowników – wylicza restaurator. 

Co ważne, wysokości narzuconej przez platformy prowizji w większości przypadków (wyjątkiem są Bolt i Wolt) nie można negocjować. – Nie ma w ogóle z kim rozmawiać. Dzwoni się na infolinię i rozmawia z osobą, która w tych sprawach nie jest decydująca. A jeśli wysyła się e-maile, to w odpowiedzi otrzymuje się gotowca napisanego chyba przez automat. Niezwykle rzadko przy większej skali działalności, czyli gdy ktoś posiada sieć kilkunastu restauracji, można ugrać jakąś drobną obniżkę – mówi Daniel. 

Podobne obserwacje ma Agnieszka, współwłaścicielka restauracji działającej na warszawskim Mokotowie, która zdecydowała się na współpracę z platformami na wiosnę. Jedna z nich zaproponowała jej umowę na wyłączność. Wtedy przez kilka pierwszych miesięcy nie byłoby żadnych prowizji, potem wynosiłyby 25 proc. – Dużo, ale i tak lepiej niż obecnie. Jednak umowa miała obowiązywać rok. Jeśli zerwie się ją wcześniej, płaci się karę. Jak podpisać coś takiego, skoro nie wiem, czy za miesiąc czy dwa lokal dalej będzie istnieć? Korzystamy więc z kilku platform, a prowizje z podatkiem sięgają nawet 37 proc. 

Same platformy pytane przez nas o wysokość marż niechętnie ujawniają ich konkretne wysokości. Bolt, Wolt i Glovo w ogóle nie zdradzają tej informacji. Uber Eats tłumaczy, że pobiera między 25 a 30 proc. marży, a w zamian oferuje m.in. szeroki dostęp do nowych klientów, wspiera restauratorów marketingowo i utrzymuje zaawansowaną technologicznie platformę. Zaznacza też, że w zależności od modelu współpracy marża może być zdecydowanie niższa, a nawet może nie być jej wcale, gdy aplikacja służy tylko do przyjmowania zamówień i posiłki są odbierane osobiście przez klientów. Z kolei Pyszne.pl podkreśla, że w zdecydowanej większości (90 proc. zamówień) pobiera prowizję wynoszącą 13 proc. jego wartości. Stawka jest wyższa i wynosi do 30 proc., kiedy restauracja nie ma swoich kierowców i korzysta z floty kurierskiej Pyszne.pl – to pozostałe ok. 10 proc. zamówień. 

Monopol algorytmu

Krytyka wokół modelu biznesowego Ubera, ale także innych platform łączących klientów z usługodawcami jest coraz powszechniejsza. To, co jeszcze kilka lat temu było nazywane ekonomią współdzielenia, dziś oceniane jest raczej jako „gig economy”, czyli ekonomia fuch. A od czasu pandemii wręcz „ekonomią izolacji”, bo obsługuje coraz częściej głównie klientów zamkniętych w mieszkaniach.

Pod koniec zeszłego roku w stanie Kalifornia w Stanach Zjednoczonych rozegrała się batalia wokół działania takich platform. Latem 2020 roku kalifornijski sąd zdecydował, że korzystający z aplikacji Ubera kierowcy nie są samodzielnymi przedsiębiorcami, a zwykłymi pracownikami. Powinni więc mieć etat, stałe wynagrodzenie, prawo do urlopu i ubezpieczenie. 

– W kolejnych miesiącach firmy przewozowe forsowały korzystne dla nich rozwiązanie nazwane Propozycją 22, czyli przepisy utrzymujące status zatrudnianych przez nie kierowców jako niezależnych pracowników kontraktowych i w końcu doprowadziły do referendum. Na lobbing wydały ponad 200 mln dolarów. Protesty lokalnych związków zawodowych na nic się nie zdały, bo mieszkańcy Kalifornii zagłosowali za pomysłem przewoźników – opowiada Jan Zygmuntowski, ekonomista zajmujący się cyfrową gospodarką i współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii.

– Choć wynik referendum przywraca pracownikom kontraktowym dawny status, to według nowych przepisów kierowcy będą mieć zagwarantowane minimum 120 proc. najniższej pensji oraz ubezpieczenie zdrowotne i od wypadków. Więc sytuacja pracowników nieco się poprawiła – uzupełnia Owczarek z ISP. 

Tyle że nie oznacza to poprawy sytuacji dla wszystkich partnerów. Ci z rynku gastronomicznego działają przecież na innych zasadach. Ale i tu zaczynają się naciski na umocnienie pozycji gastronomii. W niektórych miastach w Stanach Zjednoczonych wprowadzono lokalne przepisy określające maksymalną prowizję pośredników. W Nowym Jorku to 20 proc., w Los Angeles 15 proc. Jednak w wielu miejscach restauratorzy nadal płacą nawet 30 proc. od każdego zamówienia, o czym regularnie donoszą zachodnie media. 

Eksperci zwracają też uwagę, że platformy sprzedają swój biznes jako coś niezwykle innowacyjnego, a w rzeczywistości niewiele tu nowych rozwiązań.

– Tym sekretnym składnikiem nie jest jakiś doskonały algorytm albo nowy rynek, którego wcześniej nikt nie znał. Przecież to dostawy żywności, a nie lot na Marsa. Znamy je od dekad, tylko wcześniej używaliśmy telefonu zamiast aplikacji mobilnej. Innowacją jest wykorzystanie armii prekariuszy do tego, aby pod płaszczem elastyczności i decydowania o sobie walczyli o kolejne niskopłatne zlecenia – mówi Zygmuntowski. 

Według Owczarka jedyną innowacją jest automatyczne połączenie zamówienia z systemem płatności. 

Gastrobunt

I nie jest tak, że te problemy nie były zauważalne przed pandemią. Wręcz przeciwnie – lockdown po prostu ujawnił skalę problemu. Jesienią 2019 roku Łukasz Nowicki, restaurator z Łodzi, głośno opowiedział o warunkach współpracy z Pyszne.pl i o tym, jak zdecydował się zerwać z tą platformą współpracę. – Pośrednicy zmonopolizowali rynek i dyktują warunki. Irytują niejasne zasady ustalania pozycji restauracji w rankingu aplikacji. A można bezpiecznie założyć, że restauracja, którą algorytm wyceni wyżej, zdobędzie więcej zamówień. Kiedy pytałem Pyszne.pl o to, co wpływa na ranking, to odpowiedź zawsze była taka sama: jest wiele czynników, takich jak czas dostawy, odległość od klienta, liczba komentarzy i gwiazdek. Pytałem, co ma jaką wagę, żebym wiedział, o co zadbać najmocniej, ale odpowiedź zawsze była ze skryptu – mówił Nowicki w wywiadzie dla Bizblog

Kraków, październik 2020.  ERA Foto / Shutterstock.com

Już w czasie wiosennego lockdownu głośno zrobiło się o innym restauratorze, tym razem z Olsztyna, który też nawoływał do bojkotu Pyszne.pl, nazywając praktyki platformy „złodziejskimi”. – Co roku podnosili mi prowizję o 1 proc. Doszło do tego, że wynosiła ok. 18 proc. brutto. To paranoja, bo pobierali opłatę nie tylko za pośrednictwo zamówienia, ale także za dostawę, której w ogóle nie realizowali, bo dostawę robiłem własnymi kierowcami – mówi Mariusz Możdżonek, właściciel restauracji Joe Gonzalez. I dodaje, że wezwanie do bojkotu spotkało się z bardzo dużym odzewem restauratorów i klientów. – Uświadomiliśmy ludziom, jak wygląda zamawianie przez portale i platformy – dopowiada. 

Na nieuczciwe warunki współpracy i zbyt wysokie prowizje restauratorzy w czasie wiosennego lockdownu poskarżyli się do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające. Choć minęło już ponad pół roku, postępowanie trwa. Co więcej, pod koniec listopada 2020 r. urząd informował, że – jak dotąd – nie dopatrzył się naruszeń prawa unijnego ani krajowego. Nie dziwi to Zygmuntowskiego, bo jak zauważa, rynek przewozu żywności nie reguluje absolutnie nic. – Wolna amerykanka – komentuje.

Owczarek dodaje, że regulacje rzadko nadążają za rzeczywistością, ale powoli się to zmienia. Przypomina, że dopiero co po miesiącach batalii uregulowano kwestię przewozu osób. Zwraca też uwagę, że w innych krajach toczą się nie tylko dyskusje na ten temat, ale w życie wchodzą pierwsze rozwiązania normujące sytuacje.

– W Niemczech powstał kodeks etyczny platform cyfrowych oraz funkcjonuje ciało arbitrażowe złożone z dwóch przedstawicieli pracowników, dwóch przedstawicieli platform i jednego sędziego specjalizującego się w prawie pracy, powołane do rozstrzygania sporów i ochrony praw pracowniczych. Z kolei włoskie miasto Bolonia zainicjowało kartę praw pracowników platformowych, takich jak prawo do informacji na temat warunków umowy, mechanizmów tworzenia rankingów, prawo do ochrony własności intelektualnej. W Hiszpanii związki zawodowe prowadzą dla pracowników platformowych działania informacyjne i doradcze. W Szwecji praca platformowa podlega pod regulacje zbiorowych układów pracy – wymienia ekspert.

Gastroalternatywa 

Wróćmy nad Wisłę. W Polsce pod koniec zeszłego roku kwestię wysokich prowizji platform chciała uregulować Partia Razem. Posłowie tego ugrupowania złożyli w Sejmie projekt poprawki do procedowanej wówczas Tarczy 6.0, która ustanawiałaby maksymalny poziom marż pobieranych od restauracji. Wzorem dla tego rozwiązania były wspomniane wcześniej lokalne przepisy obowiązujące w niektórych miastach w USA. Jednak w parlamencie propozycja Razem przepadła. Przeciw zagłosowała m.in Platforma Obywatelska, która na sztandarach ma obronę przedsiębiorców.

Senator tej partii Adam Szejnfeld tłumaczył głosowanie ramię w ramię z PiS tym, że „ustawowa ingerencja państwa w działanie rynku powinna być absolutną ostatecznością”, a w tym przypadku nie dostrzegł „poważnego ryzyka dla interesu publicznego”.

– Tylko o jakim rynku mówimy, skoro aplikacje do zamówień to praktycznie oligopol? – skomentował głosowanie Adrian Zandberg z Partii Razem. 

Nie czekając na polityczne regulacje, branża gastro sama szuka alternatywnych rozwiązań. Mniejszych, lokalnych, opartych na modelach spółdzielczych. – Pokazują, że nie trzeba stosować modelu opartego o wyzysk i monopolizację rynku – mówi Owczarek. 

Mowa m.in. o stworzonej oddolnie spółdzielczej platformie Zentrale. Działa od wiosny 2020 r. i dla krytyków gigantów spod znaku Ubera jest przykładem na dobrą zmianę. Zentrale od każdego zamówienia pobiera 10 proc. Ta kwota w całości przeznaczana jest na utrzymanie aplikacji. Jak wyjaśnia Piotr Sikora, jeden z jej współtwórców i również rowerowy kurier, jej celem nie jest zarabianie, lecz oferowanie uczciwych stawek dostawcom i restauratorom. – Jesteśmy spółdzielnią. Nie ma u nas właściciela, dyrektora czy kierownika. Wszystkie decyzje ustalamy wspólnie. Naszym celem nie jest maksymalizacja zysków, ale dobre warunki pracy kurierów i uczciwa prowizja dla restauratorów – przekonuje Sikora. Obecnie strona Zentrale.pl jest chwilowo zawieszona, ale ma wznowić działanie w nowym roku. Nic dziwnego więc, że kiedy pytam o nią Agnieszkę, Macieja i Daniela, przyznają, że nic o niej nie wiedzą. 

Podobnych inicjatyw jest już prawdziwy wysyp. Założona w Poznaniu aplikacja ZIO, czyli Zamów i Odbierz pobiera od właścicieli restauracji 4 proc. prowizji. Połowa tej kwoty idzie na opłacenie kosztów bramki płatniczej, dzięki czemu lokal dostaje pieniądze bezpośrednio na konto, a druga połowa to koszt utrzymania aplikacji. Do tego do zamówienia doliczany jest koszt dostawy wynoszący 13 zł. Kwota ta rozłożona jest pomiędzy restauratora i klienta. Artur Jarczyński, właściciel znanych warszawskich restauracji U Szwejka, Otto Pompieri i St Antonio, Jeff's, Podwale 25 Kompania Piwna i Der Elefant uruchomił własną platformę delidelivery.pl. 

W jeszcze innym modelu działa Knajp.pl, strona wywodząca się z wiosennej inicjatywy #wspieramgastro, założona przez warszawskich restauratorów: Tomasza Czudowskiego, Enio Chłapowskiego-Myjaka oraz Michała Judę. W Knajp.pl restauratorzy płacą stały abonament. Jego wysokość zależy od liczby dostaw i wynosi od 89,40 zł netto (do 90 zamówień) do 299,40 złotych netto (abonament bez limitu). Dowozy realizują pracownicy knajp oraz m.in. kierowcy taksówek Free Now czy z firmy kurierskiej Wozo. W sieci zrzeszonych jest póki co 130 lokali gastronomicznych z całej Polski. 

– Największą różnicą między nami a platformą typu Uber Eats czy Wolt jest to, że ich celem jest zysk dla nich samych. Natomiast my walczymy o to, aby jak największy zysk został w restauracji. W 2020 r. mieliśmy 1,6 mln zł obrotu, co oznacza, że restauratorzy zaoszczędzili na prowizjach ok. 500 tys. zł – wylicza Czudowski. 

Na tym nie koniec. Stava Pawła Aksamita działająca w 31 miastach i współpracująca z blisko 1 tys. restauracji stawia zaś głównie na pomoc kurierską. Od restauratorów nie pobiera żadnej prowizji, lecz stałą opłatę za dostawę. – Średnio to 11 zł za dostarczenie jednego zamówienia – mówi Aksamit. Jak sam zauważa, obecna pandemiczna sytuacja buduje u restauratorów świadomość, że nie należy uzależniać się od oferty cyfrowych gigantów, lecz stawiać na różne kanały dostępu do klientów. – Aby nie było sytuacji, że przychodzi jeden wielki gracz, radykalnie podnosi prowizje i nie pozostawia wyboru – komentuje Aksamit. 

– Wielkie platformy nie wykorzystały szansy na to, aby zbudować sobie świetne relacje z knajpami. Mogły pokazać solidarność i obniżyć prowizje czy opłaty, choćby na pewien czas, aby gastronomia przeszła przez ten kryzysowy moment. Zdecydowana większość – poza Pyszne.pl, które wsparło gastronomię, obniżając prowizję czy całkiem ją znosząc dla nowych lokali – nie zrobiła nic i uznała, że to żniwa, więc należy kosić. Zdecydowała chęć zysku, a zabrakło refleksji, że to może się skończyć bankructwami restauratorów i ucieczką tych, którzy przetrwają – zauważa Tomasz Czudowski.