SW+

Oni nie chcą czynić zła. Tylko czy związki zawodowe nie zniszczą Doliny Krzemowej?

144 interakcji
dołącz do dyskusji

Najwyższe pensje w kraju. Benefity, o jakich nie śniło się zwykłym ludziom. Praca nad najważniejszymi projektami zmieniającymi świat. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego pracownicy Google założyli związek zawodowy? I dlaczego boi się go cały świat Big Techów?

Właśnie ziszcza się koszmar Roberta Noyca, współzałożyciela Intela i jednego z ojców Doliny Krzemowej. Miał on w jej rozwój tak duży wkład, że nazywano go nawet burmistrzem. Wszystko przez to, że działał w pięknie położonych przedmieściach San Francisco, jeszcze zanim ta część Kalifornii zyskała swe obecne miano. Kiedy Noyce pojawił się w okolicy, więcej było tam rolników uprawiających owoce niż technologicznych firm. 

Po latach sukcesów miał podobno kiedyś stwierdzić, że Dolina Krzemowa przetrwa tylko wtedy, gdy nie dopuści do powstania związków zawodowych w tamtejszych firmach. Jeśli do tego dojdzie, to będzie ich koniec – wieszczył.

Gdyby wziąć te słowa za proroctwo, to oznaczałoby, że początek końca właśnie się zaczął. Kilka tygodni temu ponad 200 pracowników Google’a i innych firm holdingu Alphabet, czyli macierzystej spółki Google’a, powołało pierwszy związek zawodowy – Alphabet Workers Union. A Amazon ostro stara się by do podobnej sytuacji nie doszło w ich magazynie w Bessemer w stanie Alabama gdzie o poparcie 5800 pracowników walczy Retail, Wholesale and Department Store Union

Pracownicy Google’a i innych firm holdingu Alphabet, czyli macierzystej spółki Google’a powołało pierwszy związek zawodowy – Alphabet Workers Union
Fot. vasilis asvestas/shutterstock

Rozpieszczanie zamiast związku

Choć Noyce słynął ze swojej niechęci do związków zawodowych, to na obecne wydarzenia zapewne patrzyłby ze zrozumieniem. Jego awersja do związków wynikała bowiem z nieco innych powodów niż czują to dzisiejsi giganci Doliny Krzemowej. Uważał on bowiem, że pracowników trzeba rozpieszczać, zapewniać im wszystko, co najlepsze, solidnie wynagradzać, a przede wszystkim słuchać. Wtedy nawet przez myśl nie przejdzie im zrzeszanie się w związkach. 

Sposobem na udaremnienie związków zawodowych jest uczynienie ich niepotrzebnymi. Można to zrobić, działając tak, jakbyś naprawdę miał je w swoim zakładzie – mówił Noyce w artykule opublikowanym w Esquire w 1983 roku.

Noyce nie dopuszczał jednak do powstania związków nie tylko z dobroci serca i troski o podwładnych. Liczyła się też finansowa kalkulacja. W Dolinie Krzemowej panowało powszechne przekonanie, że bez względu na to, jak bogate są pensje i pakiety socjalne pracowników, prowadzenie firmy z uprzykrzającym życie związkiem byłoby i tak o jedną czwartą droższe. Zatem leżało to w interesie samego kierownictwa.

Współzałożyciel Intela nie żałował więc pieniędzy, czasu i uwagi na to, aby pracownikom dogodzić. Zapewniał im dostęp do opieki zdrowotnej, dentystycznej, płatnych wakacji i zwolnień lekarskich. Mogli też kupić akcje Intela po obniżonej cenie, aby realnie partycypować w sukcesie firmy. Był zwolennikiem luźnej atmosfery w pracy oraz wyeliminowania hierarchii między kierownictwem a szeregowymi pracownikami. Intel organizował comiesięczne spotkania, na których przełożeni odpowiadali na pytania pracowników, a ci mogli je zadać osobiście lub anonimowo na piśmie, mając pewność, że nie zostaną zignorowani. 

Ten styl zarządzania personelem rozlał się potem na całą Dolinę Krzemową.

A więc co się stało, że dziś jej pracownicy jednak chcą mieć związki zawodowe? 

Koniec idylli 

Wszędzie stoją GBike, czyli rowery w kolorach Google, które można od ręki wypożyczyć i podjechać do oddalonego budynku na kampusie. Z pracy do domu odwożą GBusy. W firmie wita śniadanie, w południe lunch w jednej z kilku restauracji lub foodtrucków, na piętrach można znaleźć minikuchnie załadowane słodyczami i zdrowymi przekąskami oraz minikawiarnie z baristami robiącymi kawę, jaką tylko sobie ktoś zażyczy. Pracownicy Google w Mountain View żartują, że od tego wręcz nadmiaru dobra każda nowa osoba przechodzi przez fazę „Google 15”, czyli na początku tyje 15 funtów (ok. 6 kg – przyp. red.). 

fot. Uladzik Kryhin/shutterstock

I tak jest praktycznie w każdej firmie w Dolinie. Nowoczesne biura, luźna atmosfera, przyjazne otoczenie, bo siedziby bigtechów wyglądają raczej jak kampusy uczelni niż centrale największych firm świata, pokoje do odpoczynku, siłownie, baseny, fab-laby, gdzie można pomajsterkować, czasem prywatne sale kinowe. Marzenie każdego pracownika na świecie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. 

– Dawniej, jeszcze dwie, trzy dekady temu Dolina Krzemowa była zupełnie innym miejscem. Bardzo idealistycznym. To była taka społeczno-technologiczna utopia, której marzeniem było zmienić świat. Przez lata funkcjonowała tam też transparentna kultura pracy. Od tamtego czasu Dolina Krzemowa ogromnie się zmieniła. Idylliczna kolebka światowych technologii przepoczwarzyła się w region, gdzie funkcjonuje brutalny i krwawy kapitalizm, a otwartość względem pracownika zamieniła się w podejrzliwość. Piękne idee przegrały z chciwością – mówi Magda Gacyk, dziennikarka mieszkająca w Kalifornii, ale też konsultantka polskich start-upów w Dolinie Krzemowej.

Widać to jak na dłoni szczególnie wtedy, gdy porównamy, jak dzisiejsi techgiganci traktują pracowników. Uber regularnie i bez skrupułów obniża stawki jeżdżącym dla niego kierowcom. Amazon zatrudnia detektywów do inwigilacji swoich pracowników. Owszem, kierowcy według Ubera nie są pracownikami tylko „partnerami”, a wielu pracowników Amazona w magazynach pracuje na kontraktach, więc firmy twierdzą, że nie obowiązuje ich pełna ochrona pracownicza. 

Ale nawet i wychuchanym bracholom z Doliny wcale nie jest już tak dobrze, jak było. 

Google – co z pewnością nie spodobałoby się Noyce’owi – zlikwidował swoje cotygodniowe spotkania z pracownikami, na których każdy mógł zapytać o wszystko, zastępując je co miesięcznymi rozmowami, ale już na określone tematy. A to tylko jedno z działań Google’a, które mogło nie spodobać się pracownikom. Lista grzechów jest zdecydowanie dłuższa.

Nie czyń zła 

Rok 2014. Z Google odchodzi Andy Rubin, twórca oprogramowania mobilnego na Androida. Szef firmy Larry Page żegna go z honorami i życzy mu wszystkiego najlepszego. Problem jest jeden: Page już wtedy wie, że Rubin wykorzystał seksualnie jedną z pracownic. Mało tego. Rubin odchodził właśnie z tego powodu i na życzenie Page. Ale na pocieszenie na pożegnanie dostaje gigantyczną odprawę – 90 mln dolarów. Kiedy kilka lat później sprawa wyszła na jaw, wybuchł ogromny skandal. Dziennikarze New York Timesa udowodnili, że Google od dawna zamiata podobne sprawy pod dywan, a mężczyznom dopuszczającym się molestowania seksualnego wypłaca sute odprawy.

Rok 2016. Google podpisuje wielomilionową umowę z Pentagonem na dostarczenie w ramach projektu Maven elementów oprogramowania sztucznej inteligencji, dzięki któremu bojowe drony będą mogły samodzielnie rozpoznawać kilkadziesiąt rodzajów celów z dużych odległości. A więc też zabijać bez udziału człowieka. Pracownicy Google zbuntowali się i odmówili pracy przy tym projekcie. Dwa lata później firma ustąpiła i wycofała się, tłumacząc, że nie wiedziała, do czego amerykański rząd miałby tego oprogramowania użyć.

Rok 2018. Wychodzi na jaw, że Google pracuje nad wyszukiwarką na rynek chiński. Problem w tym, że miała być ona wyposażona w mechanizm cenzurujący wyniki wyszukiwania tak, aby nie było wśród nich informacji niewygodnych dla władz Państwa Środka. Pracownicy znów protestują. Pod ich naciskiem władze firmy wycofują się z tej współpracy.

Pod koniec 2018 roku wzburzenie pracowników przybiera namacalnych kształtów. Na fali amerykańskiego ruchu #metoo odbywa się ogromny protest „Google Walkout for Change” będący odpowiedzią na praktyki chronienia i nagradzania mężczyzn molestujących seksualnie współpracowniczki. Na całym świecie przed budynki Google’a wychodzi ok. 20 tys. osób. Skala akcji skłania władze Google’a do zmiany swojej polityki wewnętrznej. Ale w rzeczywistości niewiele to daje. Rok później pracownicy spółki ujawnili, że osoby chcące zgłosić molestowanie w miejscu pracy nadal nie mogą swobodnie tego zrobić, bo boją się odwetu firmy, która woli takie problemy ukrywać.

Rok 2019. W sierpniu pracownicy Google’a żądają, aby firma odstąpiła od ubiegania się o kontrakt świadczenia usług w chmurze obliczeniowej dla amerykańskich służb imigracyjnych. Pod petycją podpisało się ponad 1,5 tys. osób, które odmawiają pracy przy wątpliwie etycznym projekcie. Zwracają uwagę, że służby dopuszczają się nadużyć i zaniedbań, a wskutek dochodzi m.in. do rozdzielania rodzin czy odbierania nielegalnym imigrantom dzieci. 

W listopadzie Google zwalnia czworo pracowników, którzy próbowali założyć związek zawodowy. Kiedy sprawa wychodzi na jaw, w obronie tzw. Listopadowej Czwórki w San Francisco demonstruje 200 osób. Google nie ma jednak zamiaru ustąpić. Zwalnia kolejne cztery osoby zaangażowane w obronę praw pracowniczych, w tym dwie, które przemawiały na wiecu w obronie uprzednio zwolnionej czwórki. Rozwiązanie umów gigant tłumaczy m.in. złamaniem procedur bezpieczeństwa. To tylko zaognia sytuację, bo pracownicy już nie tylko byli, ale i obecni coraz śmielej wypowiadają się w mediach społecznościowych m.in. o mobbingu i duszeniu w zarodku jakiejkolwiek działalności związkowej.

Ale na tym zwolnienia się nie kończą. Cyfrowy gigant mocno tupie nogą i jasno pokazuje, że – delikatnie mówiąc – nie życzy sobie związków zawodowych. W kolejnym kroku 13 grudnia 2019 r. pozbywa się z firmy Kathryn Spiers, inżynierki, która stworzyła okienko pop-up informujące pracowników o tym, jakie przysługują im prawa pracownicze, w tym do zrzeszania się w związkach zawodowych. 

Fot. Sundry Photography/shutterstock

Nie bez powodu to w Google pracownicy tak otwarcie wojują z zarządem. Przecież ta firma od samych swoich początków obiecywała, że będzie więcej niż tylko maszynką do robienia pieniędzy. W swoim statucie zapisała słynne słowa „Don’t be evil”, czyli „Nie czyń zła”. I choć od tamtych czasów minęły już przeszło dwie dekady, to dla wielu jej pracowników wciąż zasady etyki są wciąż kluczowe. 

Związki, czyli zło

Zarząd Google twierdzi, że i dla niego także. Tyle że za zło uważa próby organizowania się w związki zawodowe. I to takie, że Google wynajął firmę IRI Consultants specjalizującą się w utrudnianiu pracownikom organizowania się.

– To firma-legenda. Słynie z bezkompromisowych antyzwiązkowych działań, a na swojej stronie internetowej chwali się tym, jakie ma sukcesy w rozbijaniu związków m.in. w branży medycznej – mówi Gacyk. O jej działaniach było głośno, kiedy na jaw wyszło, że w szpitalu Yale New Haven w Connecticut szkoliła menadżerów szpitala i przygotowała dla nich 30-stronicowy poradnik o tym, jak pokazywać związki zawodowe w negatywnym świetle.

W jednym z fragmentów dokumentu, do którego dotarli dziennikarze Yale Daily News, instruowała ona kierownictwo, aby przekazywali pracownikom informacje o rzekomych powiązaniach związków zawodowych z mafią i korupcją. Magda Gacyk zwraca uwagę, że takie działania są standardem w wielu amerykańskich firmach. – Związki zawodowe są tam postrzegane jak diabelski, socjalistyczny wynalazek. Jak tylko jakaś firma czuje, że pączkują, to rusza machina propagandowa. Popularne jest organizowanie spotkań z pracownikami, gdzie wmawia się im, że związki to oszuści żerujący na składkach członkowskich, podaje przykłady firm, które upadły po ich założeniu, a to wszystko podlewa sosem amerykańskiej wolności, która jest świętością i której nie można ograniczać związkami – mówi Gacyk.

Antyzwiązkowe lobby jest silne nie tylko narracyjnie, ale i finansowo. Każdego roku wydają ok. 2,5 mld dolarów na lobbowanie korzystnych rozwiązań w Waszyngtonie. Dla porównania związkowcy wydają ok. 50 mln dolarów, czyli 50 razy mniej. 

Nie jest pewne, czy to zasługa IRI Consultants, ale Google zaraz po rozpoczęciu z nią współpracy zainstalował w przeglądarkach internetowych swoich pracowników narzędzie, które alarmowało przełożonych, kiedy w jednym miejscu umawiało się ponad 100 osób. Pracownicy odebrali to jako próbę śledzenia, która ma zapobiec ich ewentualnemu zrzeszeniu. Sama firma tłumaczyła oczywiście, że narzędzie nie ma z tym nic wspólnego. 

Działania IRI Consultants w zwalczaniu związków są owiane tajemnicą, jednak do mediów wyciekł dokument firmy pokazujący jej metody. Mowa o ankiecie, którą przeprowadzono wśród pracowników jednego ze szpitali. Zatrudnieni odpowiadali na szereg szczegółowych pytań dotyczących m.in. pochodzenia, grupy etnicznej, sytuacji rodzinnej, motywacji, także tych finansowych, ewentualnej przeszłości w związkach. Na podstawie odpowiedzi określano ocenę prawdopodobieństwa głosowania danego pracownika za założeniem związku zawodowego. Zebrane informacje wykorzystywano również do „edukowania” i „przekonywania” tych, którzy nie mieli jasno sprecyzowanych poglądów lub byli w trudnej sytuacji finansowej czy rodzinnej, np. samotne matki.

Wprawdzie Google zaprzeczyło, że stosowała takie praktyki, ale wspierający propracownicze ruchy pracownicy nie mieli wątpliwości, że wynajęcie IRI oznacza próby manipulowania pracownikami.

Oczywiście Google nie stanowi tu wyjątku. Podobne praktyki stosują inne potężne firmy technologiczne z Doliny Krzemowej. Jak wynika z raportu Economic Policy Institute z 2019 r., pracodawcy w Stanach Zjednoczonych wydają każdego roku ok. 340 mln dolarów na wynajmowanie takich firm, jak IRI. Zresztą tego typu konsultanci słono cenią swoje usługi. Za godzinę pracy otrzymują ok. 350 dolarów lub 2,5 tys. za jeden dzień pracy.

Because it's 2021 

W grudniu 2020 r. Google zwolniło Timnit Gebru, wpływową analityczkę, która zajmowała się ocenianiem projektów firmy od strony etycznej. Gebru angażowała się też w walkę o prawa kobiet i Afroamerykanów, czyli grup stanowiących mniejszość wśród pracowników spółki. Kiedy zrobiło się o tym głośno, firma zaczęła zapewniać że Gebru odeszła na własne życzenie. Ona sama twierdziła, że było inaczej. Przekonywała, że została zwolniona po tym, jak w wewnętrznym e-mailu skrytykowała podejście firmy do zatrudniania mniejszości, a także uprzedzenia rasowe wbudowane w systemu sztucznej inteligencji. Cała sprawa wywołała falę oburzenia – w tym samym czasie Federalna Agencja Pracy oceniła, że Google niesłusznie zwolnił rok wcześniej dwójkę pracowników, w tym wspomnianą już Kathryn Spiers.

To przelało czarę goryczy. Na początku 2021 roku pracownicy Google’a i Alphabetu ogłosili, że udało im się założyć związek zawodowy – Alphabet Workers Union. Dlaczego akurat teraz?

Magda Gacyk zauważa, że powstanie tego związku to efekt kilkuletniego aktywizmu pracowników Google’a i kolejnych błędów popełnianych przez zarząd firmy. Zwraca uwagę, że organizację tworzą głównie inżynierowie, deweloperzy, pracownicy wyższego szczebla. Nie są to osoby, które muszą martwić się o wynagrodzenie, bo świetnie zarabiają – przeciętnie ponad 200 tys. dolarów rocznie, kiedy pensja statystycznego Amerykanina jest trzykrotnie niższa. 

– O warunki pracy tych pracowników Google dbał, dlatego wielu z nich przez lata siedziało cicho. Poza świetnymi zarobkami firma gwarantowała im darmowe posiłki dla nich i ich rodzin, dojazdy do pracy, masażystów, fryzjerów, siłownie oraz wiele innych bonusów, które powodowały, że byli odrealnieni i zahipnotyzowani jak kobra. Było im dobrze, wygodnie, więc długo nic nie robili. Dopiero kolejne skandale i kwestie etyczne sprawiły, że się przebudzili – mówi Gacyk. 

fot. Benny Marty/shutterstock

Jacek Grzeszak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego dodaje, że korzystny był też moment na ogłoszenie powstania związku zawodowego. Przypomina, że na początku stycznia cały świat śledził wtargnięcie protestujących do Kapitolu oraz reakcje cyfrowych gigantów na te wydarzenia. – Od pewnego czasu narasta atmosfera sprzyjająca regulacjom bigtechów. W tym kontekście wyjście z postulatami pracowniczymi oraz stawiania sensownych potrzeb społecznych ponad maksymalizowanie zysków trafiło na podatny grunt. To jest gest skierowany nie tylko do władz Google, ale też szerzej: do regulatorów, parlamentarzystów, władz państw, pokazujący, jak mają pisać prawo, aby mieć poparcie pracowników – tłumaczy Grzeszak.

Związek pierwszego świata

Zwraca też uwagę na charakter postulatów Alphabet Workers Union. W deklaracji związku wiele jest bowiem kwestii ideowych i etycznych, mniej tradycyjnych celów świata pracy, jak lepszych wynagrodzeń, krótszego czasu pracy, większych zabezpieczeń socjalnych. – Choć upominają się o pracowników kontraktowych, to główne ich cele dotyczą m.in. ukrócenia bezkarności kadry menadżerskiej, równego traktowania mniejszości, zatrzymania projektów, z którymi się nie zgadzają oraz wycofania się ze współpracy z rządami autorytarnymi. Do tego związku, przynajmniej na początku, nie zapisują się osoby, które muszą walczyć o wyższe płace, bo zarabiają bardzo dobrze. To wysokiej klasy specjaliści, którzy nie zgadzają się z działaniami ich firmy podporządkowującej swoje cele wyższym zyskom. Oni chcą mieć wpływ na to, jak ta spółka działa i co robi. To kompletnie inny związek zawodowy niż klasycznie znany z XX wieku. Ma też inne postulaty, o które obecnie walczą pracownicy Amazona czy innych miejsc, gdzie naruszane są podstawowe prawa pracowników – mówi Jacek Grzeszak. 

Bogusław Wieczorek, radca prawny i ekspert Klubu Jagiellońskiego, wśród przyczyn widzi też sytuację na rynku pracy, gdzie wskutek pandemii bezrobocie gwałtownie wzrosło. I choć może nie dotyczy to programistów i inżynierów, to mogło otworzyć im oczy także na ich osobistą sytuację życiową. – Jeszcze pięć lat temu średnia wieku pracownika w Google’u wynosiła 29 lat. Dziś ta średnia jest z pewnością wyższa. Być może wobec zderzenia się z wywołanym przez pandemię zagrożeniem zdrowia i życia trzeba było zdefiniować na nowo swoją przyszłość – mówi Bogusław Wieczorek. Dodaje, że pandemia pomogła też w organizacji związku, który powstawał w ukryciu od wielu miesięcy. – Sami członkowie mówili, że pandemia im pomogła, bo dzięki telekonferencjom mogli rozmawiać z potencjalnymi członkami w cztery oczy, bez obaw, które towarzyszyły im w siedzibie firmy, gdzie takie rozmowy i spotkania mogło zauważyć czyjeś pilne ucho i oko – opowiada.

Dominik Owczarek, ekspert z Instytutu Spraw Publicznych, podkreśla, że założenie związku zawodowego w Alphabecie to przełomowe wydarzenie. Google bowiem przez lata pieczołowicie dbał o wizerunek świetnego pracodawcy. Firmę, która jest innowacyjna nie tylko technologicznie, ale także w organizacji pracy, gdzie panują idealne warunki. – Przez lata prasa była zalewana informacjami, jakim to Google jest dobrym pracodawcą, zapewniającym wszystko, co można sobie wymarzyć, aby tylko być szczęśliwym i kreatywnym. Okazuje się, że na tym wizerunku są spore rysy. A wewnątrz firmy problemy, które ciągle narastają, bo indywidualne próby ich rozwiązania nie przyniosły pozytywnych skutków. Wręcz przeciwnie; były tłamszone, a osoby, które zgłaszały nieprawidłowości, zwalniane. Pracownicy musieli więc dojść do wniosku, że muszą się zorganizować, aby zwiększyć swoją siłę – mówi SW+ Owczarek.

I właśnie pytanie o siłę związku w Google i Alphabecie jest kluczowe. Bo choć liczba członków Alphabet Workers Union szybko rośnie (w kilka tygodni z 200 do ponad 700), to formalnie jego możliwości negocjacyjne są niewielkie, żeby nie powiedzieć – żadne.

– W Stanach Zjednoczonych, aby związek był reprezentatywny, musi przeprowadzić referendum i uzyskać poparcie ponad połowy wszystkich pracowników. Dopiero kiedy to się uda, może formalnie negocjować z zarządem. Obecna liczba ok. 700 członków to kropla w morzu ponad 100 tys. wszystkich zatrudnionych – mówi Wieczorek.

– Nie ma co liczyć, że Alphabet Workers Union szybko, jeśli w ogóle, zyska formalną reprezentatywność. Jednak ma innego rodzaju siłę. Google oraz inne bigtechy w wielkim stopniu zależą od swojego wizerunku. Związkom zostaje więc jedyna pośrednia droga: być głośnymi, informować prasę o nieprawidłowościach, organizować protesty, pisać apele. Google to jedna z najważniejszych firm na świecie, więc ich głos będzie słyszalny. Firma będzie musiała ich słuchać i z nimi rozmawiać, bo za dużo ma do stracenia. Więc siła Alphabet Workers Union nie wynika z tego, że są związkiem, ale że są związkiem w Google – mówi Owczarek.

Zresztą mówią o tym także sami związkowcy. W wywiadach podkreślają, że ich celem (przynajmniej na razie) nie są formalne negocjacje, lecz wywieranie presji na Google i współdecydowanie o kierunkach rozwoju spółki. – Zamierzamy użyć wszelkich dostępnych narzędzi, aby chronić ludzi, którzy są naszym zdaniem dyskryminowani – mówił Chewy Shaw, inżynier w Google oraz wiceprzewodniczący rady kierowniczej związku.

Efekt domina

Związki zawodowe w Dolinie Krzemowej to niezwykła rzadkość. Przed Google udało się zrzeszyć tylko kilku grupom pracowników. Mowa m.in. o tych zatrudnionych w firmie Glitch, czyli platformie do tworzenia aplikacji czy serwisie crowdfundingowym Kickstarter. Choć w drugim przypadku powstanie związku mogło być na rękę władzom firmy. – Tamte spółki mogły uznać, że związki będą czymś pozytywnym, co buduje wizerunek firmy jako tej, która wspiera działania społeczne – mówi Jacek Grzeszak.

To, co zadziało się w Google, jest mimo „pierwszoświatowych” postulatów bliższe pracowniczej batalii w Amazonie. Pracownicy firmy Bezosa na właśnie szykują się do głosowania nad tym, czy powinna powstać tam organizacja na wzór Alphabet Workers Union.

– Bacznie związkowi w Google przyglądają się także pracodawcy. Podejrzewam więc, że myślący o związkach pracownicy Facebooka, Microsoftu czy Amazona będą jeszcze mocniej pilnowani i inwigilowani, aby do tego nie dopuścić – mówi Owczarek.

Podobał się materiał? Polub go na Facebooku. Dzięki!

Główne zdjęcie:

Zdjęcie głowne, fot. vasilis asvestas / Shutterstock.com