SW+

Cyborgi to wcale nie science fiction. Są już wśród nas

Cyborgi to wcale nie science fiction. Są wśród nas
285 interakcji
dołącz do dyskusji

– Kiedyś naukowcy mówili o limicie życia człowieka wynoszącym 120 lat, potem 130. Teraz wierzy się, że będziemy w stanie dobić do 160 lat. Być może w przyszłości człowiek dorówna biblijnemu Matuzalemowi, który, wedle przekazu w Księdze Rodzaju, miał żyć w dobrym zdrowiu 969 lat – mówi Magda Gacyk, dziennikarka, analityczka trendów technologicznych, autorka książki „Zabawy w Boga. Ludzie o magnetycznych palcach”.

Chcą stać się lepszą wersją człowieka. Fundują sobie dodatkowe zmysły. Wyposażają ciało w szkła kontaktowe pozwalające widzieć w ciemności, biofosforyzującą skórę czy implanty, dzięki którym mogą odbierać zmiany pola elektromagnetycznego. Niektórzy z nich marzą też o nieśmiertelności. Mowa o cyborgach, którzy żyją wśród nas, a my często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Cyborgi nie są już tylko postaciami z książek i filmów science fiction. Magda Gacyk, polska dziennikarka mieszkająca w Dolinie Krzemowej w swojej nowej książce „Zabawy w Boga. Ludzie o magnetycznych palcach” pokazuje, że ludzie łączący się z maszynami to nie jest już wizja przyszłości, lecz teraźniejszość. Gacyk opisuje ludzi, którzy chcąc prześcignąć siebie, swoje niedoskonałości czy ewolucję decydują się na ulepszenie swojego ciała dzięki nowym technologiom, osiągnięciom techniki oraz genetyki. Rzeczywistość dogoniła fikcję.

Okładka książki "Zabawy w Boga. Ludzie o magnetycznych palcach" autorstwa Magdy Gacyk
Wydawnictwo Agora

Bo jak inaczej nazwać to, że opisywani przez Gacyk ludzie dzięki specjalnym urządzeniom zyskują zdolność echolokacji, czyli możliwość znajdowania przedmiotów czy omijania przeszkód bez użycia wzroku? Inne przykłady: wmontowany w potylicę implant pozwalający „usłyszeć” kolory daltonistom albo krople do oczu umożliwiające widzenie w podczerwieni. 

Ale Gacyk pisze nie tylko o cyborgach. Pokazuje również świat, w którym wiara i postęp mogą rozwiązać najtrudniejsze problemy ludzkości, włącznie z wyeliminowaniem śmieci. Jednak każda, nawet najlepsza nowa technologia może być wykorzystana zarówno w szczytny, jak i zły sposób. Choćby na rynku pracy widzimy, że pojawiają się urządzenia np. wszczepiane pod skórę mikrochipy, które mają z pozoru ułatwiać pracownikom wykonywanie prostych czynności. Jednak przy okazji otwierają one furtkę do jeszcze ściślejszego ich kontrolowania i wyciskania z nich coraz więcej w imię dyktatu wyższej wydajności. Na efekty wykorzystania nowych technologii należy więc patrzeć przez pryzmat nie tylko tego, jakie i komu przynoszą korzyści. A także z perspektywy tych osób, które ostatecznie ich używają.

– Kijem bejsbolowym możemy zagrać świetny mecz, nawet przybić gwóźdź, ale możemy też komuś rozbić głowę. Tak samo jest z każdym narzędziem i wynalazkiem. Technologii można użyć rozmaicie. Wszystko zależy od intencji. Badania psychologiczne wielokrotnie pokazały, że wzrost władzy i majątku wpływa odwrotnie proporcjonalnie do poziomu empatii. Dlatego przekornie odpowiem, że wielu szefom przydałby się taki czip empatii, który pozwoliłby im być bardziej... ludzkimi – mówi Magda Gacyk.

Ryzyka niewłaściwego wykorzystania nowych technologii trudno uniknąć. Jednak, jak twierdzi Gacyk, obawom nie należy się poddawać, bo postęp choć zawsze wiąże się z niepewnością, to może przynieść wiele korzyści dla całej ludzkości. Uważa więc, że np. miliarderzy z Doliny Krzemowej szukający sposobu na długowieczność, a nawet nieśmiertelność mogą egoistycznie myśleć o sobie, bo być może przy okazji sprawią, że powstaną nowe technologie rozwiązujące największe problemy współczesności.

„Zabawy w Boga. Ludzie o magnetycznych palcach”, Magda Gacyk, Wydawnictwo Agora, 2020. Książka dostępna w wersji papierowej i jako e-book. 

– Chiński naukowiec He Jiankui poddał inżynierii genetycznej bliźniaczki jeszcze w fazie ich życia płodowego. Miały stać się odporne na wirusa HIV, tymczasem okazało się, że wskutek tych działań dziewczynki prawdopodobnie będą żyć znacząco krócej – Magda Gacyk autorka książki „Zabawy w Boga. Ludzie o magnetycznych palcach” opowiada o naszych marzeniach, by pokonać ograniczenia ciała przy pomocy techniki i nauki.

Archiwum prywatne Magdy Gacyk

Kiedy pierwszy raz spotkałaś cyborga?

To było przypadkowe spotkanie, prawie dekadę temu. Byłam wtedy w Dolinie Krzemowej, a w Fukushimie doszło do katastrofy w elektrowni atomowej. Wielu ludzi obawiało się, że do zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych dotrze radioaktywna chmura, więc na plażach nad Pacyfikiem zbierano olbrzymie algi pacyficzne. Miały one chronić przed chorobą popromienną. Spacerowałam ze znajomymi po plaży, gdy zobaczyłam chłopaka, który podnosił leżący na desce surfingowej kapsel po piwie, zupełnie go nie dotykając. To wyglądało jakby lewitował unoszony siłą woli. Wtedy myślałam, że to jakaś magiczna sztuczka, ale usłyszałam, że ktoś go zapytał, czy została mu blizna po implancie. Kiedy wróciłam do domu, zaczęłam sprawdzać. Okazało się, że ten chłopak wszczepił sobie magnesy w czubki palców. Po kilku dniach uświadomiłam sobie, że poznałam pierwszego cyborga i chciałam wiedzieć więcej. Postanowiłam, że chcę zgłębić świat cyborgów.

To chyba nie jest takie łatwe?

To nie jest środowisko, które przyjmuje każdego z otwartymi ramionami. Ten proces trwał lata i nadal trwa. Dziś znam kilkudziesięciu cyborgów, czyli ludzi, których organizm jest sprzężony z maszyną.

Jak długo trwa ta rewolucja łączenia ludzi z maszynami?

Wydaje się, że od niedawna, bo nowe technologie kojarzą nam się ze współczesnością, ale tak naprawdę od… tysięcy lat. Kiedy spojrzymy na to szerzej, to zauważymy, że ludzi, których można nazwać cyborgami, jest w naszym otoczeniu całkiem sporo. To choćby osoby z rozrusznikami serca czy wszczepionymi do mózgu implantami, a nawet chorzy leżący pod respiratorami. Ale także osoby z protezami nogi czy ręki, a te są stosowane od tysięcy lat. Definicyjnie cyborgami są przecież osoby, których organizm jest w jakiś sposób wspierany lub rozszerzony przez urządzenie techniczne. To wszystko rozwiązania, które ułatwiają bądź ratują życie, ale przecież nie są naturalne.

Wiele osób się teraz zdziwi.

Pewnie tak. Gdyby jakiś starszy pan z rozrusznikiem serca usłyszał, że jest cyborgiem, to pewnie byłby wstrząśnięty. Jest tak, bo cyborgi kojarzą nam się z filmami czy książkami science fiction, a nie z nauką czy medycyną. Tymczasem to już nasza codzienność.

Ale trochę co innego wszczepiać sobie implant ratujący życie czy zdrowie, a co innego urządzenie pozwalające widzieć w ciemności. A piszesz w książce o takich ludziach.

Piszę też na przykład o perkusiście Jasonie Barnesie, który stracił w wypadku prawą rękę. Wszczepiono mu specjalną mechaniczną protezę, która pozwala regulować napięcie mięśni ramienia, dzięki czemu może ustalać częstotliwość uderzeń. Ba, może korzystać też z dwóch pałeczek. Jest uważany za najszybszego perkusistę świata. Ludzkość zawsze przekraczała granice. Chciała stworzyć swoją lepszą wersję. Tak budował się postęp ludzkości.

Jason Barnes stracił w wypadku prawą rękę. Wszczepiono mu specjalną mechaniczną protezę, dzięki czemu stał się najszybszym perkusistą na świecie
Guinness World Records

Zbierając materiał do książki, coś cię przeraziło?

Jestem córką chirurga, więc opowieści o operacjach są moim chlebem powszednim. Trudno mnie przerazić, ale były sytuacje, które zwyczajnie po ludzku mnie martwiły. Poznałam np. człowieka, który wszczepił sobie spory implant w nogę, ochraniacz na piszczel, ale nie chciało mu się to przyjąć. Minęły trzy lata, a ta noga cały czas potwornie się goi. Nie chce się zrosnąć mimo interwencji medycznych.

Czytając opisy tego, w jakich warunkach cyborgi wszczepiają sobie implanty, miałem ciarki.

Tak, to bardzo często odbywa się w chałupniczych warunkach. Oczywiście, oni dbają o czystość, sterylność, ale nie są to szpitalne sale chirurgiczne, tylko raczej domowe piwnice. Tyle że znowu... Całkiem niedawno, bo półtora wieku temu też nie było anestezjologów, operacje odbywały się na tzw. żywca, bez znieczulenia. Wtedy też wszystko odbywało się w chałupniczych warunkach, a teraz proszę. Dzięki pionierom medycyna wygląda dziś tak, jak wygląda. Być może ludzie wszczepiający sobie po domach implanty też są początkiem czegoś wyjątkowego, przełomowego, co zmieni ludzkość. Tylko ktoś musi najpierw przekroczyć tę granicę.

Gdzie Twoim zdaniem jest ta granica? Opisujesz w książce ulepszanie ciała o funkcje, których nie dał nam Bóg czy ewolucja. To nie są właściwie tytułowe „Zabawy w Boga”?

Ludzkość nic innego nie robiła w całej historii, jak właśnie bawiła się w Boga. Oczywiście z różnymi efektami, ale tak jest od początku naszych dziejów. Weźmy Ikara, który próbował latać. Wiemy, jak skończyło się to mityczne budowanie skrzydeł. Czy to, czego próbował dokonać syn kowala z Aten, nie jest tym samym? Czy nie próbował rozszerzyć, ulepszyć swojego organizmu o coś, czego nie dał mu stwórca? Ludzkość zawsze starała się dorównać bóstwom. Nigdy nie zadowalaliśmy się tym, co dała nam natura. Gdybyśmy nie mierzyli wyżej, to być może nigdy nie wyszlibyśmy z jaskiń.

A czy widzisz gdzieś tę granicę?

Nie widzę żadnych granic pod warunkiem, że na ich przekraczanie decydują się dorośli i świadomi ludzie. Co innego, gdy modyfikuje się – jak w Chinach – ludzkie DNA, dokonuje manipulacji genetycznych na płodach czy dzieciach, które nie są w stanie o sobie decydować. Chiński naukowiec He Jiankui poddał inżynierii genetycznej bliźniaczki jeszcze w fazie ich życia płodowego. Miały stać się odporne na wirusa HIV. Nie brał zupełnie pod uwagę efektów ubocznych procedury. Okazało się, że wskutek tych działań dziewczynki prawdopodobnie będą żyć znacząco krócej. Nie ma we mnie zgody na tego typu nieetyczne doświadczenia. Co innego, kiedy ktoś sam decyduje o wszczepieniu sobie implantu, a co innego, gdy ktoś go do tego zmusza. W pierwszym wypadku mamy do czynienia z wolnym człowiekiem, w drugim królikiem doświadczalnym.

LightField Studios/shutterstock.com

Jednak takie rzeczy czasem się dzieją. Mamy się czego bać?

Ludzie zawsze boją się zmian, nowości. Dlatego tak ważni są ci pierwsi odważni naukowcy czy odkrywcy, którzy wsiądą na łódź i odkryją Amerykę, udowodniając, że świat nie jest płaski. Bez takich szaleńców nie byłoby postępu.

Pytam o coś innego. W książce opisujesz, że hakerzy mogą przejąć władzę nad naszymi implantami, np. rozrusznikiem serca. Słysząc to, trudno nie mieć pewnych obaw.

Można mieć dobre intencje, stworzyć przełomową technologię, ale wszystko zależy od tego, jakie intencje ma ten, kto ją wykorzystuje. Kijem bejsbolowym możemy zagrać świetny mecz, przybić gwóźdź, ale możemy też komuś rozbić głowę. Tak samo jest z każdym narzędziem i wynalazkiem. Zawsze znajdą się tacy, którzy nowe technologie będą chcieli wykorzystać do przestępstw i tacy, którzy będą używali ich w dobrych celach. Tego nie unikniemy. Żadna dziedzina życia nie jest od tego wolna. Oczywiście, nie wolno lekceważyć obaw, ale nie można się im poddać.

Ale są technologie, których dobro albo zło zależy od perspektywy. Opisujesz, jak właściciele firm czipują pracowników, aby zwiększyć ich wydajność. Albo każą im nosić kaski śledzące ich fale mózgowe w imię efektywności. 

Kaski śledzące fale mózgowe to póki co wątpliwie działająca technologia, ale czipowanie pracowników faktycznie staje się coraz powszechniejsze. Są w Szwecji, Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii firmy, które wszczepiają zatrudnionym tam ludziom niewielkie implanty, wielkości ziarenka ryżu, mające dać im autoryzowany dostęp do firmowych urządzeń i wejście do wszystkich pomieszczeń biurowych. Wydaje mi się, że ta afera wokół czipowania jest rozdmuchana, bo technologia RFID, na której opierają się wspomniane czipy, jest technologią starą, relatywnie prymitywną. Jeszcze z czasów drugiej wojny światowej. Obecnie, z dobrowolnie noszonych przez nas smartfonów można uzyskać wielokrotnie więcej danych.

HQuality/shutterstock.com

Jednak związki zawodowe reprezentujące pracowników np. Wielkiej Brytanii ostrzegają przed tym pracowników. Uważają, że w ten sposób pracodawcy zyskają nad pracownikami jeszcze większą kontrolę i będą mogli wywierać większą presję.

W Stanach Zjednoczonych też toczy się na ten temat dyskusja. W stanie Michigan wprowadzono regulację prawną uściślającą zasady czipowania pracowników. Zabieg może zostać dokonany pod warunkiem, że ostateczną decyzję podejmuje pracownik i jest ona całkowicie dobrowolna. Niewykluczone jednak, że w przyszłości korporacje mogą użyć rozmaitych środków nacisku, by mieć większą kontrolę nad pracownikiem.

Zakaz zakazem, ale pracownik łatwo może znaleźć się w trudnej sytuacji ekonomicznej, gdy np. straci pracę, a nowej nie będzie mógł powiedzieć „nie”. Będzie chciał opłacić mieszkanie czy kupić jedzenie i zgodzi się na chip.

Oczywiście, to jest realne zagrożenie w przyszłości. Popatrzmy jednak, jak wygląda współczesny globalny rynek pracy szczególnie w krajach Trzeciego Świata, gdzie nadal palącym problemem są głodowe wręcz stawki dzienne czy wykorzystywanie dzieci do pracy. Pracodawcy często uchodzą tam na sucho potworne nadużycia. Bez wątpienia jednak również w korporacjach, takich jak Amazon, można zauważyć takie niepokojące tendencje. Już obecnie przy użyciu nowoczesnych technologii kontroluje się czas pracy i wydajność pracowników.

No więc może to nie jest dobry kierunek?

Wrócę do metafory kija bejsbolowego. Technologii można użyć rozmaicie. Wszystko zależy od intencji. A intencje pracodawców – niezależnie od rozwoju technologicznego – pozostawiają często sporo do życzenia. Badania psychologiczne wielokrotnie pokazały, że wzrost władzy i majątku wpływa odwrotnie proporcjonalnie do poziomu empatii. Dlatego przekornie odpowiem, że wielu szefom przydałby się taki czip empatii, który pozwoliłby im być bardziej... ludzkimi.

W książce opisujesz, że ci którzy odnieśli biznesowy sukces, zbudowali potężne przedsiębiorstwa, zarobili miliardy dolarów, na razie nie myślą o empatii, tylko o nieśmiertelności.

Wielu technologicznych wizjonerów z Doliny Krzemowej, którzy osiągnęli materialny i biznesowy sukces, po prostu się starzeje. A nie zamierzają zestarzeć się z godnością i umrzeć, tylko szukają sposobów na wydłużenie swojego ziemskiego bytowania. Osobiście jestem „fanką nieśmiertelności”, że tak powiem, tym niemniej uważam, że za naszego życia i życia naszych dzieci, wnuków oraz prawnuków to się nie wydarzy. Jestem jednocześnie techno-optymistką, dlatego wierzę, że te starania o dłuższe życie oraz lepszą jego jakość będą ostatecznie służyć wszystkim, a nie tylko bogatym. Tak było z wcześniejszymi osiągnięciami w medycynie, które niemal podwoiły w ostatnim stuleciu statystyczną długość ludzkiego życia. W 1900 roku statystyczny John Smith w USA żył 47 lat, dziś 78. To nie byłoby możliwe, gdyby nie postęp cywilizacyjny. Kolejne granice długowieczności są pokonywane. Kiedyś naukowcy mówili o limicie 120 lat, potem 130. Teraz wierzy się, że będziemy w stanie dobić do 160 lat. Być może zatem – jeśli puścimy wodze wyobraźni – w przyszłości człowiek dorówna biblijnemu Matuzalemowi, który, wedle przekazu w Księdze Rodzaju, miał żyć w dobrym zdrowiu 969 lat.

Tylko kto chciałby żyć 160 lat na planecie, którą egoistyczni miliarderzy marzący o nieśmiertelności, goniąc za ciągłym wzrostem i zyskami, zamienią w przestrzeń z Mad Maxa.

To fakt. Sporo jako ludzkość nabroiliśmy. Nasza planeta już ledwo zipie. Coraz częstsze kataklizmy, susze, powodzie, huragany to skutek tego, w jaki sposób się rozwijamy. Może być tak, że w zaślepieni parciem do przodu, ku postępowi doprowadzimy ludzkość do katastrofy. Wtedy natura pokaże ,kto tu rządzi i cywilizacyjnie cofnie nas o kilka pól – jak na planszówce.

Może więc zamiast na nieśmiertelności i sobie miliarderzy powinni skupiać się na bieżących problemach, np. katastrofie klimatycznej?

To są dwie strony tej samej monety. To egoistyczne myślenie może przynieść korzyści całej ludzkości. Niech więc ci miliarderzy marzą o nieśmiertelności i kolonizacji Marsa, bo często w efekcie ubocznym i niejako przy okazji powstają rozwiązania, nowe technologie, które pomogą nam rozwiązać nawet największe problemy. 

Magda Gacyk – dziennikarka, analityczka trendów technologicznych, konsultantka polskich start-upów w Dolinie Krzemowej, socjolożka i tłumaczka, autorka książki „Zabawy w Boga. Ludzie o magnetycznych palcach”.