Nowy cennik Ubera, kierowcy w furii. Policzyliśmy: przejazdy prawie tak tanie, jak autobusem

Nie przyjmować zleceń, anulować kursy – mobilizują się nawzajem kierowcy Ubera. Narzekanie na niską opłacalność pracy z tą aplikacją nie są nowością, ale tym razem sprawa wygląda poważnie. Uber przyciął właśnie praktycznie wszystkie możliwe stawki – począwszy od opłaty podstawowej, na kilometrówce kończąc. A Bolt już zaciera ręce i szykuje alternatywną ofertę.

Fot. JB/Bizblog.pl

To musiało się skończyć grubą aferą. Kierowcy Ubera od dłuższego czasu narzekali, że stawka 1,3 zł za kilometr sprawia, że przewożenie pasażerów jest na granicy opłacalności.

Bizblog.pl poleca:

Sytuacji nie poprawił okres wakacyjny – wiele osób narzekało, że godzinami czeka na jakiekolwiek zlecenie. A przecież filozofia Ubera brzmi: jeźdź za niskie stawki, ale często. I miała być przeciwieństwem pracy taksówkarzy, którzy kursy biorą rzadziej, ale za to lepiej na nich zarabiają.

Nowy cennik Ubera

Przedstawiciele Ubera głowili się najwyraźniej, jak ten problem rozwiązać i wpadli na dość oczywisty pomysł. Skoro klienci nie chcą brać kursów za 1,3 zł, to obetnijmy kilometrówkę do złotówki. A dalej rąbali już ceny bez litości. Opłata za trzaśnięcie drzwiami zleciała z 4 do 3 zł, opłata minimalna z 10 do 8 zł – tak samo, jak opłata za anulowanie kursu.

Z punktu widzenia kierowców jedyna podwyżka to opłata za minutę, która poszła w górę z 25 do 35 groszy. Zmiana cennika dotyczy jak na razie wyłącznie Warszawy.

Uber tłumaczy to następująco – robimy to w trosce o poprawienie dostępności usług. Oprócz tego, ze względu na zwiększenie opłat za minutę jazdy, stanie w korkach stanie się w pewnym sensie bardziej opłacalne.

Kierowcy jednak nie kupili jednak tego tłumaczenia.

Auta zajechane, amortyzacji żadnej. Miesiąc jeżdżenia i miska ryżu – komentuje jeden z nich.

Kolejny dodaje, że lepiej sobie zrobić licencję i podpiąć się pod korporację taksówkarską.

Zrobicie o połowę mniej kilometrów i zarobicie o połowę więcej niż na Uberze. Wszyscy moi koledzy, którzy zaczynali ze mną jeździć na Uberze, a był ich to jedyny dochód, przenieśli się na taxi – przekonuje.

Inni ironizują, że Uber zaczyna być tańszy od komunikacji miejskiej. Z początku wygląda to na lekką przesadę, ale policzmy.

W Warszawie normalny bilet jednorazowy na dwie strefy kosztuje 7 zł. Za tę kwotę możemy za pomocą Ubera przejechać poza godzinami szczytu spokojnie koło 2 km. W przypadku pozostania w pierwszej strefie, krótki, kilometrowy kurs też zaczyna być zresztą konkurencyjny, bo bilet jednorazowy kosztuje tu 4,40. Jeżeli wsiądziemy do samochodu ze znajomym, to długość trasy nam się podwaja.

I nagle okazuje się, że jazda Uberem zaczyna być konkurencyjna dla komunikacji miejskiej nie tylko ze względu na wygodę, ale także pod względem ceny. Oczywiście tylko wtedy, gdy na ulicach jest mały ruch. W innym wypadku przejażdżka może się okazać nawet droższa niż przed obniżkami.

Bolt kontratakuje

I jest tylko jeden problem. Kierowcy za takie stawki po prostu nie chcą jeździć. Ewentualnie, jak opisywaliśmy już na Bizblog.pl, kombinują, jak naciąć klientów za pomocą anulowania kursu.

Polityka Ubera na dłuższą metę sprawia, że zniechęcają się do niego wszyscy użytkownicy. Pasażerowie – bo złapanie kursu zależy czasami od humoru kierowcy, a kierowcy – bo redukowanie stawek zmniejsza ich i tak już niezbyt wysokie dochody.

Z całej sytuacji postanowił skorzystać Bolt. Konkurent Ubera rozesłał do użytkowników maila zaczynającego się od słów: Wiemy, że rano dostałeś złą wiadomość. Dlatego teraz dostaniesz dobrą. A nawet dwie dobre. I obiecuje pompowanie ruchu za pomocą promocji dla klientów, które mają zostać sfinansowane z kieszeni tej estońskiej spółki.

W górę, do 10 zł, ma też pójść minimalna cena gwarantowana. Tyle że część kierowców narzeka, że Bolt regularnie pomniejsza im wypłaty za kursy, co sprawia, że odnoszą się do tego typu ofert z dużą rezerwą.

Najważniejsze pytanie brzmi jednak: czy do strajku kierowców Ubera rzeczywiście może dojść? Część użytkowników trzeźwo zauważa, że takie nawoływania pojawiały się już wcześniej. Nigdy nie udało się jednak doprowadzić do długotrwałego paraliżu — brakowało zorganizowania i silnej woli.

Tak samo może być i tym razem. Nie znaczy to jednak, że Uber na stałe nie straci części kierowców. A to o tyle istotne, że ich dostępność jest jednym z wyznaczników wyboru aplikacji przez klientów. Spuentujmy to pytaniem — chcemy tanio, czy dobrze?

AKTUALIZACJA:
O szerszy komentarz do zmiany cennika poprosiliśmy też biuro prasowe Ubera. Odpowiedź poniżej:

Decyzja Ubera o obniżeniu cen za przejazdy ma wymiar strategiczny i przyniesie obopólną korzyść zarówno pasażerom, jak i kierowcom. Ci pierwsi po prostu zapłacą mniej za kurs. Ci drudzy, dzięki zwiększonemu popytowi na naszą usługę, będą mogli realizować więcej przejazdów, a tym samym – zarobią też odpowiednio wyższe kwoty. Niższe ceny za przejazdy oznaczają również zwiększenie dostępności do naszej platformy: spodziewamy się, że wskutek tej decyzji z Ubera zaczną korzystać również nowi użytkownicy – czytamy w komunikacie.

Uber podkreśla też, że jest dzisiaj w wielu polskich miastach najpopularniejszą aplikacją do zamawiania przejazdów.

Wierzymy, że transport miejski musi być bezpieczny, wygodny i niedrogi. Dwie pierwsze kwestie zaadresowaliśmy w ostatnich miesiącach, wprowadzając do platformy Uber najwyższe na rynku mobilności miejskiej standardy bezpieczeństwa, a także uruchamiając opcję ekskluzywnych przejazdów w opcji Black. Teraz przyszedł czas na przegląd naszej polityki cenowej. Wierzymy, że dzięki temu wzrośnie liczba przejazdów z Uberem, a w długofalowej perspektywie najbardziej skorzystają na tym współpracujący z nami kierowcy. Więcej zamówień to krótszy czas oczekiwania na przyjęcie zlecenia i więcej wykonanych kursów dziennie – przekonuje platforma.