SW+

Alibaba i 40 partyjnych urzędników. Miliarder Jack Ma nabawił się kłopotów z chińskim rządem

Komunistyczna Partia wcięła Jacka Ma na celownik
528 interakcji
dołącz do dyskusji

Jack Ma kilka lat temu przekonywał swoich pracowników, że „chiński rząd trzeba kochać, ale się z nim nie żenić”. Dziś jednak może się okazać, że bez ślubu Alibaby z Komunistyczną Partią Chin się nie obejdzie. 

Jack Ma zniknął. Od końca listopada nie wystąpił nigdzie publicznie. Ostatni jego tweet pochodzi z początku października. Wygumkowano go nawet z afrykańskiego talent show dla przedsiębiorców, gdzie przewodniczył jurorom. Po cichu Africa’s Business Heroes – telewizyjny program, którego celem jest promowanie lokalnych przedsiębiorców – wyczyścił swoją stronę internetową ze zdjęcia Ma, a wideo zapowiadające finał najnowszej serii programu nawet nie wspomina o szefie Alibaby. 

Oficjalnie Ma jest po prostu zajęty i dlatego zastąpiła go Lucy Peng, jedna z dyrektorek Alibaby. Oficjalnie też organizatorzy i uczestnicy programu nie widzą w tym żadnego problemu. Nieoficjalnie jednak to Jack Ma był największą gwiazdą show – w końcu to jego fundacja jest pomysłodawcą i fundatorem programu. 

Tajemnicą jest, co konkretnie poczynia szef i twórca jednego z największych technologicznych gigantów świata. Choć tak naprawdę raczej tajemnicą poliszynela, bo oczywiste jest, że walczy o przyszły los swojej firmy AntGroup. Firmy, która trafiła na celownik Partii Komunistycznej w najostrzejszym od lat w Chinach postępowaniu wymierzonym w prywatne przedsiębiorstwo.

Ma jako wielbiciel legendarnego chińskiego powieściopisarza sztuk walki Louisa Cha trzy lata temu zrealizował swoje marzenie i zagrał w krótkim filmie jako mistrz kung fu. W filmiku w stylu Bruce'a Lee wysyłał na deski po kolei największych guru sztuk walki na świecie. Jednak film kończy się, gdy chińska policja karci Ma za to, że nie zna swojego miejsca i próbuje być numerem jeden. Upokorzony Ma przewraca się, przepraszając za swoje wybujałe ambicje. 

Film miał pokazać autoironiczne poczucie humoru prezesa Alibaby. Tak naprawdę jednak uświadomił jakże aktualną dziś, aczkolwiek niewygodną prawdę: nawet ten potężny biznesmen i tak zawsze będzie na łasce rządzącej partii.

Właśnie zapadają decyzje co do przyszłych losów nie tylko AntGroup odpowiedzialnej za system płatności Alipay, ale także całego holdingu Alibaba, do którego należy choćby AliExpress. I co ważne, ta przyszłość dotyczy nie tylko Chin, bo przecież klientami Ma jest coraz więcej osób na świecie, w tym także w Polsce. 

Tygrys Alibaby 

W Chinach Jack Ma jest więcej niż miliarderem – jest wręcz synonimem sukcesu. Uosabia całe pokolenie chińskich self-made manów: od Pony’ego Ma, prezesa Tencent, po założyciela ByteDance Zhanga Yiminga. Ten były nauczyciel angielskiego, który w 1995 r. podczas wycieczki do Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy zobaczył, czym jest internet, dowodzi, że w Chińskiej Republice Ludowej również możliwe są kariery rodem z „chińskiego snu”. 

Z wycieczki do Stanów Ma wrócił z pomysłem na internetowy biznes, a konkretnie na „e-targowisko informacji”. Na szczęście zanim zabrał się wraz z kilkunastoma kolegami za pracę, pomysł zdążył już trochę dojrzeć. Kiedy w 1999 r. w mieszkaniu Ma i jego żony w Hangzhou ruszyły prace, skupili się na bardziej handlowej stronie targowiska. 

Tak powstało Taobao: serwis podobny do eBay, który stał się podstawą do stworzenia całej Alibaby i jej najbardziej znanego na świecie dziecka, czyli AliExpress. Już po czterech latach Alibaba była na tyle poważnym przedsięwzięciem handlu internetowego, że rozszerzono ją o system dedykowanych płatności internetowych. 

AntFinance wzorowane było na amerykańskim PayPal. Tyle że firma Jacka Ma poszła dalej, tworząc wszechobecną usługę Alipay. Jej pozycja została zbudowana szybko i efektywnie. Dziś Alipay używa się w Chinach do płacenia za wszystko: od pożyczek, przez podróże, po dostawy z McDonald's. Kolejnym krokiem było Quick Pay wypuszczone w 2013 r. i pozwalające płacić za pośrednictwem 200 chińskich banków. To, co było sukcesem Ant, wzbudzało jednak obawy chińskiego sektora bankowego coraz bardziej zaniepokojonego odpływem ogromnych ilości pieniędzy, które znalazły się poza kontrolą państwa. 

Ma kilka lat później w rozmowie z Bloombergiem tak komentował plany finansowego rozwoju swojej firmy i jej wpływu na chiński sektor finansowy: – Goniliśmy za nimi, więc musieli się zreformować. Gdy podąża za tobą tygrys, możesz biec znacznie szybciej, niż myślałeś. 

A tygrys ze stajni Alibaby gonił coraz szybciej. Drugą nogą chińskiego finansowego imperium Jacka Ma stało się pozornie nieciekawe przedsięwzięcie – platforma do inwestowania w fundusze rynku pieniężnego Yu’ebao. Niby nic nowego, ale tym razem odkładać można było nawet niewielkie kwoty (ledwie 1 juan) i zarabiać nawet kilkakrotnie więcej niż na lokatach bankowych. To już było ewidentne uderzenie w pozycję banków. Właśnie gdy ruszał Yu’ebao, Jack Ma wypowiedział słynne, często dziś przywoływane słowa. Chcąc uspokoić swoich pracowników, którzy czuli, że sektor bankowy i Partia Komunistyczna nie pozwolą na taką konkurencję, miał oświadczyć: – Skupcie się wykonywaniu pracy. Jeśli ktoś musi iść do więzienia, to będę to ja. 

Ryzyko się opłaciło. W ciągu niecałego roku zarządzane aktywa wzrosły do ​​100 miliardów juanów (15,3 miliarda dolarów) i w 2014 r. Alibaba zdecydowała się wejść na giełdę. Jej IPO, czyli oferta publiczna, okazała się być wtedy największą w historii. Akcje już pierwszego dnia podrożały aż o 38 proc.

Dziś cała Alibaba wyceniana jest na ponad 700 mld dolarów i nazywana – wcale nie na wyrost – chińskim Amazonem. Podobnie jak firma Bezosa jest nie tylko wielkim internetowym marketem, który kontroluje niemal trzy czwarte sprzedaży internetowej w Chinach i ok. 20 proc. sprzedaży detalicznej. Działa na rynku chmury obliczeniowej i oczywiście płatności internetowych. 

Daddy Ma

Sukces biznesowy przełożył się też na wizerunek Jacka. Nazywany w Chinach „Daddy Ma” jest niczym popkulturowe połączenie Muska, Jobsa i Bezosa. Śpiewał z Faye Wong, chińską diwą pop. Obraz, który stworzył we współpracy z Zengiem Fanzhim, czołowym chińskim artystą, został sprzedany na aukcji Sotheby’s za 5,4 miliona dolarów. Kiedy dwa lata temu odchodził z pozycji prezesa Alibaby, w ramach pożegnania chwycił za gitarę i na wielkim, mogącym pomieścić 80 tys. widzów stadionie wraz ze swoimi współpracownikami zagrał kilka słynnych chińskich przebojów. 

Listopad 2017 roku, Jack Ma, Nicole Kidman iWu Jing występują na festiwalu z okazji handlowego święta Dzień Singla. Fot. zhangjin_net / Shutterstock.com

Co więcej, Ma od dawna pielęgnował swój wizerunek buntownika walczącego z systemem. Niepokornego biznesmena burzącego mury chroniące przedsiębiorstwa państwowe. Do tego stopnia, że w 2015 r. w Hongkongu, kiedy Alibaba zakładał fundusz dla młodych przedsiębiorców, zapowiedział, że nie wykluczy z niego tych, którzy brali udział w słynnej parasolkowej rewolucji. W 2014 r. na ulice Hongkongu wyszły tłumy, broniąc autonomii miasta i domagając się wolnych wyborów na szefa lokalnego rządu.

Wszystko to spowodowało, że Daddy Ma przez lata cieszył się lepszą reputacją niż inni szefowie wielkich chińskich korporacji. Doskonale o tym wiedział i lubił podkreślać swoją niezależność. Tuż po giełdowym debiucie Alibaby w wywiadzie dla CBS News tak streścił swoją metodę radzenia sobie z władzami: – Nigdy nie robić interesów z rządem. Kochaj ich, ale nie poślubiaj. 

Algorytmy nie lombardy

Dwa lata temu okazało się, że z tym ślubem to jednak trochę ściemniał, bo jednak od lat był członkiem Partii Komunistycznej.

– Nie powinno to dziwić, w końcu w Chińskiej Republice Ludowej nie ma znaczącego przedsiębiorstwa działającego bez udziału i kontroli Partii – podkreśla Jakub Jakóbowski z Ośrodka Studiów Wschodnich, specjalizujący się w analizie Chin.

Ale i tak komunistyczne powiązania szefa Alibaby wzbudziły pewne poruszenie. Choć głównie w świecie Zachodu, który lubi przymykać oczy i zapominać, że Chiny pozostają komunistycznym reżimem. 

Jednak samo posiadanie partyjnej legitymacji wcale nie oznaczało ochrony biznesów Ma. W 2015 r. Państwowa Administracja Przemysłu i Handlu opublikowała raport, w którym oskarżyła Alibabę o udostępnienie platformy podejrzanym kupcom, przymykanie oka na podróbki, a nawet branie łapówek. Palcem pogrożono, ale nie wyciągnięto konsekwencji. Rok temu ostrzeżenia się powtórzyły. Internetowy dziennik People’s Daily, czyli oficjalny organ partii, pisał: – Nie ma tzw. ery Ma Yun, ale tylko era, w której jest Ma Yun… bez względu na to, czy jest to Ma Yun, Ma Huateng, Elon Musk, czy my, zwykli ludzie. Ci, którzy osiągają swój największy potencjał, to ci, którzy wykorzystują możliwości istniejące już w tamtej epoce. 

Jako że Ma Yun to chińskie imię Jacka Ma, a Ma Huateng jest założycielem Tencenta, rywala Alibaby (należy do niego aplikacja WeChat, która także służy do płatności), to karcący sygnał skierowany w stronę chińskich bigtechów był wyraźny. 

Tym bardziej ogromnym zaskoczeniem było przemówienie Jacka Ma wygłoszone 24 października na szczycie w Szanghaju. – Dzisiejszy system finansowy jest dziedzictwem epoki industrialnej. Musimy stworzyć nowy system dla następnego pokolenia i młodych ludzi – przekonywał Ma. 

W wielkim skrócie szef Alibaby publicznie oskarżył konserwatywne chińskie banki o zachowywanie się jak „lombardy” udzielające pożyczek tylko tym, którzy mogą złożyć zabezpieczenie. Dodatkowo oskarżył staroświeckie regulacje finansowe Pekinu o spowolnienie innowacji. Niby nie powinno to być odczytane jako polityczna krytyka, ale jednak w przypadku Chin i tamtejszych stosunków państwo – biznes wszelka krytyka jest zawsze polityczna. Na tyle, że jak donosił dziennik The Wall Street Journal, przemówienie Ma wręcz rozwścieczyło prezydenta Xi Jinpinga. 

- To co mówił Ma jest wezwaniem do wywrócenie do góry nogami chińskiego systemu finansowego. I to pod każdym względem. Państwowy system bankowy oskarżył o starą mentalność w udzielaniu kredytów, ograniczenie regułami kalkulowania ryzyka, podczas gdy on i jego firma zaoferują prawdziwy XXI wiek  i algorytmy, które na podstawie big daty ocenią kto może a kto nie może mieć kredytu - opowiada Jakóbowski.

Szef Alibaby w listopadzie 2019 roku podczas wizyty na Uniwersytecie Kharkv Karazina w Ukrainie. Fot. Oleksandr Osipov / Shutterstock.com

Ekspert dodaje, że co więcej Ma apelował, by odrzucić bankowe porozumienia i regulacje międzynarodowe, które nie powinny obowiązywać Chin, które są nowym świeżym rynkiem finansowym i jako taki powinien być budowany w oparciu o fintech i algorytmy. - Oczywiście z Jackiem Ma w centrum. To z jednej strony oznaczało nie tylko nadepnięcie na odcisk potężnym państwowym bankom ale równocześnie pokazanie siebie jako mądrzejszego od Partii. I to w najważniejszym obecnie temacie w Chinach czyli w kwestii poradzenia sobie z ogromnym, przerośniętym i obarczonym ryzykami systemem finansowym - podkreśla ekspert. 

Giełda nie dla mrówki 

A przecież jak tłumaczy Jakóbowski, chiński system finansowy oparty na państwowych bankach jest jednym z fundamentów władzy Komunistycznej Partii Chin. – Poprzez ten system alokowane są pieniądze i kredyty. Od niego zależy, które prowincje się rozwijają, którzy biznesmeni mają szanse na inwestycje, ile trafia środków na konsumpcję, ile pieniędzy wpływa do sektora nieruchomości. Jest on ściśle wręcz ręcznie zarządzany od lat przez partię. Demontaż tego systemu to pozbawienie partii jednego z kluczowych narzędzi sprawowania władzy – wylicza.

Nic dziwnego, że odpowiedź partii na wezwania Ma była ekspresowa i bezlitosna. Zaczęło się od niespodziewanego ataku na AntGroup, czyli jedną z najważniejszych spółek spod parasola Alibaby, odpowiedzialną za aplikację Alipay. 2 listopada, czyli na trzy dni przed planowanym debiutem na giełdach w Szanghaju i Hongkongu, podczas którego AntGroup chciała uzyskać aż 34,5 mld dol., chiński regulator finansowy nagle zmienił zasady dla instytucji finansowych działających w sektorze mikropożyczek. I to zmienił tak, że nie było wyjścia: firma błyskawicznie zrezygnowała z obu giełdowych debiutów.

Ale to był dopiero początek kłopotów Jacka Ma. – Chińska Administracja Państwowa ds. regulacji rynku rozpoczęła dochodzenie w sprawie Alibaba Group dot. domniemanego zachowania monopolistycznego, w tym wdrożenia „umowy o wyłączność” – ta krótka notka, opublikowana 24 grudnia przez chińską rządową agencję informacyjną Xinhua wystarczyła, by giełdowa wycena internetowego tytana poleciała na łeb.

– To wygląda jak zbieranie kompromatów na Alibabę. I to zbieranie wysoce uznaniowe, bo cóż, cała chińska regulacja rynków finansowych jest wysoce uznaniowa – ocenia Jakóbowski.

Nawet ogłoszenie trzy dni później dodatkowych 6 miliardów dolarów wykupu akcji nie powstrzymało spadku wartości rynkowej firmy. Do 5 stycznia w perspektywie miesiąca spadł on o niamal 15 proc. Dla porównania: gdy amerykańskie władze stanowe ogłosiły w grudniu, że wszczynają postępowania antymonopolowe wobec Google i Facebooka, owszem, kursy tych gigantów nieznacznie spadły, ale tylko po to, by po kilku dniach się odbić i w perspektywie miesiąca być już na wyraźnym plusie.

- Pytanie na co liczył Ma wygłaszając odezwę do finansowej rewolucji. Może na to, że wskazując w jak złej sytuacji jest chiński system finansowy Partia wyciągnie do niego rękę. W Chinach kredyty naprawdę z trudem trafiają do konsumentów i małych biznesów, tam gdzie są najbardziej potrzebne. Ale ewidentnie przestrzelił takie kalkulacje - ocenia ekspert OSW.

– Nie jest niczym nowym, że partia reguluje wszystko, łącznie z prywatnymi przedsiębiorstwami, a zwłaszcza prywatnymi przedsiębiorstwami finansowymi, jak zostało to… wyraźnie określone w chińskiej konstytucji – mówił kilka dni temu Bloombergowi Zhiwu Chen, profesor finansów i dyrektor Asia Global Institute na Uniwersytecie w Hongkongu. Dodał również: – Tyle że wielu prywatnych biznesmenów nie traktowało tego poważnie.

 - Za całą sprawą Jaka Ma jest jeszcze ważna kwestia tego jak imperium Alibaby jest umocowane w partii. Które partyjne klany będą zaczepione w poszczególnych spółkach holdingu, jakie dzięki temu będą miały konkretne korzyści. Bo nie tylko Jack Ma jest członkiem KPCH tych powiązań jest znacznie więcej, wychodząc z tak ostrą krytyką musiał mieć jakieś partyjne zaplecze - dodaje Jakóbowski i dodaje że wszystko to co się dzieje wcale nie musi więc oznaczać demontażu imperium Alibaby. 

Klasa średnia jest zła 

Za kłopotami Ma i jego imperium stoi więcej niż tylko zadarcie z Xi Jinpingiem i Partią Komunistyczną. Szczególnie, że gdy KPCh dociska i grozi regulacjami, to i tak biznesowo-technologiczny gigant, jakim jest Alibaba, jest jej wciąż potrzebny. Podobnie zresztą jak i cały technologiczny sektor, który stanowi forpocztę rozwoju i ekspansji całych Chin. 

Jack Ma ewidentnie przekroczył czerwoną linię rozwijając swoje fintechy, ale jego potężne spółki e-commerce nie są jak na razie na celowniku partii. Dla Pekinu rozwój tamtejszych cyfrowych korporacji na świecie niesie korzyści. - One są bardzo blisko powiązane z państwem. Oczywistością jest dzielą się bezpośrednio z chińskimi służbami danymi swoich klientów. Zgodnie z wytycznymi KPCh cenzurują. Co więcej ostatnio były doniesienia o tym jak chiński wywiad przekazywał potężne ilości danych wykradzione z USA chińskim firmom, w tym Alibabie, by z użyciem swoich mocy obliczeniowych dokonywały ich analizy - mówi ekspert OSW.

Tyle że ten rozwój i ekspansja, choć są spektakularne, nie oznaczają koniecznie, że w całych Chinach następuje wyraźny i wystarczająco duży wzrost jakości życia. Wręcz przeciwnie – ostatnie miesiące, szczególnie w obliczu pandemii, wyraźnie pokazały, że społeczny awans Ma nie jest wcale aż taki symboliczny i możliwy dla wszystkich Chińczyków. Chociaż Chiny mają więcej miliarderów niż Stany Zjednoczone i Indie razem wzięte, to i tak wciąż niemal 600 milionów ich mieszkańców zarabia mniej niż 150 dolarów miesięcznie. Wyraźnie widać więc postępujące społeczne rozwarstwienie. Podczas gdy konsumpcja w ciągu pierwszych 11 miesięcy 2020 r. spadła o ok. 5 proc. w skali kraju, to równolegle wydatki na towary luksusowe wzrosły w tym samym roku o prawie 50 proc. w porównaniu z rokiem 2019.

Ten proces rozwarstwienia ciągnie się od kilku dobrych lat. Jak pisze Yu Hua w książce „Chiny w dziesięciu słowach”: – Rywalizacja jest brutalna, a presja tak duża, że dla wielu Chińczyków przetrwanie przypomina walkę na polu bitwy. Zmiany w systemie wartości i redystrybucja bogactwa prowadzą do podziałów społeczeństwa, a te wywołują konflikty społeczne. Dzisiaj w Chinach są i klasy, i walka klasowa. 

To budzi w ludziach frustracje. Dziś młodzi, świetnie wykształceni – często na najbardziej prestiżowych zachodnich uczelniach Chińczycy wcale nie mają aż takich świetnych perspektyw w ojczyźnie. Wielu pracuje poniżej kompetencji i za niewystarczająco dobre stawki. Mieszkania w najlepszych miastach stały się zbyt drogie dla kupujących po raz pierwszy. Bez pożyczek – choćby za pośrednictwem AntGroup – mało kto może sobie pozwolić na w miarę dostatnie życie.

Partia Komunistyczna czując ten buzujący w społeczeństwie bunt, wolała go przekierować na tech-giganta niż pozwolić na to, by skierował się przeciwko państwu. Na dorocznym spotkaniu przywódców w zeszłym tygodniu, które nadało ton polityce gospodarczej kraju na nadchodzący rok, partia zobowiązała się do wzmocnienia środków antymonopolowych i zapobiegania „nieuporządkowanej ekspansji kapitału”.

Alibaba i 40 urzędników 

Argumentów do tego, by przykręcić śrubę Alibabie (a w przyszłości może i kolejnym cyfrowym gigantom), Partii nie brakuje. Alibaba i jej rywal Tencent kontrolują więcej danych osobowych i są bardziej zaangażowani w codzienne życie w Chinach niż Google, Facebook i inni amerykańscy tytani technologiczni na Zachodzie. I nie jest specjalnym zaskoczeniem, że podobnie jak bigtechy z Doliny Krzemowej wykorzystują swoje przewagi. 

Przykład: Galanz Group, największy na świecie producent mikrofalówek, pozwał w zeszłym roku Alibabę za to, że przekierowywała wyszukiwania dotyczące jego produktów w sklepie internetowym Tmall. Alibaba zastosowała taki chwyt po tym, jak Galanz Group zaczął sprzedawać swoje produkty za pośrednictwem konkurencyjnej witryny Pinduoduo.

Tyle że o tych zagraniach chińscy regulatorzy doskonale od dawna wiedzieli. Tym ważniejsze są ostatnie działania skierowane w stronę Alibaby. Jak bardzo ważne, widać po zniknięciu samego Ma i to tak poważnym, że nikt nawet chińskie media nie spekulują, gdzie konkretnie przebywa szef Alibaby. Za to donoszą, że Chińska Komisja Regulacyjna ds. Bankowości i Ubezpieczeń zastanawia się, które firmy z grupy Ant poddać poważniejszej i dogłębniejszej kontroli. 

Konferencja VivaTech w Paryżu, w 2019 roku. Fot. Frederic Legrand - COMEO / Shutterstock.com

W ostatnią niedzielę 2020 roku chiński bank centralny ogłosił, że nakazał kierownictwu Ant przeprowadzenie przeglądu swoich biznesów w celu rozwiązania problemów z przestrzeganiem  zasad i zaprzestanie angażowania się w „arbitraż regulacyjny”, a przede wszystkim wycofania Jacka Ma z ogromnie lukratywnego biznesu parabankowego, pożyczek i instrumentów inwestycyjnych. Czytać można to tak: “już my was uregulujemy”. 

– Sama KPCh i jej przywódca Xi Jinping przestają się kryć ze swoimi ambicjami – podkreśla Jakóbowski. 

Obiektywnie patrząc, zmiany, o których mówi Ma i które oferuje AntGroup, mogłyby chińskiemu systemowi finansowemu naprawdę pomóc wypełnić sporą lukę. Zastępując upaństwowione banki, udostępniłby kapitał małym i średnim biznesom przy użyciu big daty, a nie za pomocą koneksji politycznych. 

– Cały giełdowy debiut AntGroup był wysoce symboliczny – mówił kilka dni temu dziennikowi Financial Times Jeffrey Towson, profesor z pekińskiego uniwersytetu Guanghua School of Management. – Było to największe w historii IPO. Miało odbyć się tylko w Chinach. Było wysoce innowacyjne i nie miało sobie równych na Zachodzie. I został zawieszone na kilka dni przed startem – dodaje.

W międzyczasie Daddy Ma przestał być najbogatszym Chińczykiem. Jak wylicza Bloomberg Billionaires Index, jego majątek w ciągu dwóch miesięcy stopniał z 62 do trochę ponad 50 mld dolarów. 

I może to właśnie to od listopada robi Ma. Upokorzony przeprasza za swoje wybujałe ambicje. Tym razem nie na filmowym ekranie, ale w życiu.