SW+

Chiński rząd kręci bat na BAT. I nie chodzi wcale o nietoperza z Wuhan

Chiński rząd kręci bat na BAT. I nie chodzi o nietoperza z Wuhan

Tym, czym Facebook, Apple, Amazon, Google i Netflix czyli FAANG są dla USA i reszty świata, tym BAT czyli Baidu, Alibaba i Tencent są dla Chin. Podobieństw między Big Techami z USA i tymi z ChRL jest coraz więcej. Ostatnio także pod względem krytyki ich monopolistycznych zapędów.

Ma Baoguo ma 69 lat i jest samozwańczym mistrzem tai chi. W tym roku stał się nie tylko ulubionym memem Chińczyków, ale też symbolem tego, jak Pekin postanowił pokazać cyfrowym gigantom, gdzie jest ich miejsce.

Gdy Ma w maju został trzy razy w ciągu 30 sekund znokautowany w swojej debiutanckiej walce, ludzie pokochali się z niego śmiać. Przez pół roku memy z jego udziałem regularnie wracały w kolejnych odsłonach na chińskich platformach społecznościowych. W listopadzie jednak nagle, jak ręką odjął, wszystkie zaczęły znikać. Wystarczyło, że państwowe media skrytykowały platformy cyfrowe za wyśmiewanie się ze starszego mężczyzny w imię klików i zysków oraz podkreśliły, że cała ta memowa kampania „zatruwa chińskie wartości”. Serwisy zareagowały momentalnie.

Uśmiercenie memów z Ma Baoguo to więcej niż tylko anegdota. To jeden z przykładów tego, jak zaczyna wyglądać coraz szerzej zakrojona rozprawa Partii Komunistycznej z chińskimi cyberkorporacjami. Firmy te z jednej strony są motorem rozwoju Chińskiej Republiki Ludowej i symbolami zmian, jakie w niej zaszły, z drugiej strony nazbyt mocno zaczęły przypominać swoje odpowiedniki z Doliny Krzemowej, szczególnie pod kątem władzy, jaką dzierżą.

A to nie mogło pozostać bez odpowiedzi Partii Komunistycznej. Ale czy faktycznie tak jak Kongres USA i Komisja Europejska próbują spiłować zęby GAFA, tak i Pekin chce podciąć skrzydła BAT?

Czy to raczej tylko pokaz siły?

Jak rośnie BAT

Tak jak w stosunku do potentatów z Doliny Krzemowej używa się skrótów GAFA (Google, Amazon, Facebook i Apple) i FAANG (uwzględniający Netflixa), tak o najjaśniejszych cyfrowych gwiazdach z Państwa Środka mówi się per BAT. Baidu, Tencent i Alibaba to już więcej niż tylko ogromne cyfrowe korporacje. To symbole chińskiego sukcesu na polu rozwoju swoich technologicznych usług.

BAT w chińskim internecie dominuje już od kilku lat i skutecznie opanowuje kolejne przestrzenie: e-commerce, zdalne płatności, reklamę, komunikację. Oczywiście BAT to w ogromnej mierze po prostu medialny skrót. Faktem jednak jest, że to te trzy firmy nie tylko odpowiadają za wzrost znaczenia Chin na arenie międzynarodowej, ale przede wszystkim za skuteczne cyfryzowanie samych Chińczyków. Ich sukces opiera się w ogromnej mierze na zmonopolizowaniu rynku i na potężnej skali przetwarzania danych. Baidu zbiera je w oparciu o wyszukiwanie informacji przez użytkowników, Alibaba gromadzi dane o transakcjach i płatnościach, a Tencent „kolekcjonuje” dane z sieci społecznościowych oraz te o płatnościach.

Podobieństwa do amerykańskich cyberkorpów nasuwają się same. Jak twierdzi Matt Sheehan w książce „The transpacific experiment. How China and California collaborate and compete for our future" („Transpacyficzny eksperyment. Jak Chiny i Kalifornia współpracują i konkurują o naszą przyszłość") jest im do siebie naprawdę blisko.

- Chińskie firmy od lat tworzyły laboratoria w Dolinie Krzemowej. Amerykańscy menedżerowie przejmowali stery u chińskich konkurentów. Inwestorzy z obu tych państw pluskali się w gotówce po obu stronach Pacyfiku. Informatycy z Doliny Krzemowej przyglądają się, jak działa WeChat. Chińscy specjaliści od sztucznej inteligencji znowu inspirują się pracami Google. Nieuniknione było, że część kulturowego ducha czasu ze Stanów wpłynęła na kształt chińskiej sceny technologicznej - pisze Sheehan.

Jak silny był to wpływ, widać właśnie w działaniu BAT. Baidu, potocznie nazywana chińskim Google, jest główną wyszukiwarką w Chinach, gdzie kontroluje się według różnych wyliczeń między 70 a 80 proc. rynku. Owszem, ta spółka, której szefuje Robin Li, z wyceną na poziomie około 50 mld dolarów właściwie już wypadła z ligi największych chińskich cyberkorpów, ale wciąż dużo i intensywnie inwestuje w badania nad sztuczną inteligencją, a dostęp do danych chińskich internautów jest tu cennym zasobem.

Alibaba i Tencent są wyceniane na ponad 700 mld. Są nie tylko najsilniejszymi graczami w samych Chinach, ale w ostatnich latach coraz śmielej poczynają sobie również za granicą. W efekcie serwis Aliexpress należący do Alibaby jest dziś największą platformą handlu detalicznego na świecie. Jednak na tym nie kończy się aktywność jej właściciela, który inwestuje w różne branże. Firma wyznacza sobie ambitny cel: chce tak rozszerzyć swoją podstawową działalność poza Chinami, by do końca 2036 roku zwiększyć liczbę aktywnych użytkowników do dwóch miliardów!

Pandemia niewątpliwe pomogła w realizacji tego celu. Koncern poinformował o przychodach w wysokości 153,7 mld juanów za drugi kwartał 2020, co stanowi wzrost o 34 proc. w stosunku do tego samego okresu w roku ubiegłym. Wrażenie robią też wyniki sprzedaży z Dnia Singla, czyli 11 listopada (czy raczej 11 dni singla, bo to święto w chińskich sklepach trwa tak długo).

Łączna wartość sprzedaży na e-commercowych platformach należących do tej firmy osiągnęła niemal 500 mld yuanów, czyli ponad 74 mld dolarów. To dwa razy więcej niż rok temu. Dziś platforma kontroluje trzy czwarte sprzedaży internetowej w Chinach i około 20 proc. sprzedaży detalicznej. Co ważne, Alibaba ma też jedną z wiodących ofert płatności mobilnych w Chinach. Jej aplikacja Alipay (należąca do Ant Group) odpowiada za około połowę wszystkich płatności mobilnych w kraju.

Ciedziba Tencent w Shenzhen, katjen / Shutterstock.com

Wrażenie robi też strategia Tencent, którego wycena przegoniła już niejednego amerykańskiego korporacyjnego olbrzyma. Należą do niego najpopularniejsze chińskie komunikatory, aplikacje i platformy społecznościowe. Jest również największym producentem gier komputerowych i mobilnych na świecie – ponad 50 proc. przychodów firmy pochodzi właśnie z tej branży. Firma jest również twórcą komunikatora WeChat, który stał się podporą całego społeczeństwa informacyjnego w Chinach. WeChatem nie tylko wszyscy w Państwie Środka się komunikują, ale także powszechnie z jego pomocą płacą.

Wielki Cyfrowy Mur ochronny

Truizmem jest opowiadanie, jak bardzo rola cyfryzacji napędza współczesne Chiny. Większe wrażenie robią same liczby. Po prawdzie, raczej nie uda się w tym roku Chinom przekroczyć zapowiadanego w planie pięcioletnim celu 2,5 proc. PKB na innowacje i badania. Ale trudno uznać to za porażkę w roku pandemii i gdy spojrzymy, jak wiele ten kraj i tak inwestuje w technologie zarówno z pieniędzy prywatnych, jak i publicznych. W 2019 roku wydatki te sięgnęły poziomu 322 mld dolarów, czyli o 12,5 proc. więcej niż rok wcześniej.

Przez ostatnie dwie dekady chińskie władze skupiały się na tym, by zapewnić dobre warunki dla rozwoju narodowych championów internetowych. To był jeden z powodów stworzenia Wielkiego Cyfrowego Muru, czyli zablokowania działalności tych cyfrowych graczy z zagranicy, którzy nie zgodzili się na warunki narzucane przez Pekin. Bez konkurencji Facebooka, YouTube’a czy Google łatwiej było powstać i wzrosnąć lokalnym graczom.

Jak podkreśla wspomniany Sheehan, to właśnie stało się naczelnym celem, a nie odcięcie samych Chińczyków od zachodnich, niepoddających się kontroli i ewentualnej cenzurze usług. „Gdy Google wycofało się z Chin w 2010 roku, oczyściło to drogę dla Baidu. Nieobecność Twittera dała podstawy dla powstania zainspirowanego właśnie tą platformą Weibo, chińskiej platformy mikroblogowej, która ostatecznie pokonała Twittera pod względem globalnej liczby użytkowników” – tłumaczy Sheehan.

Efekty takiej polityki widoczne są gołym okiem. Od 2014 roku w rankingu Global Innovation Index Chiny poprawiły ocenę sektora ICT z 36,1 do 75,8 w 2020 roku. Dla porównania w tym samym okresie wskaźnik dla USA wzrósł z 83 do 90,4 w stupunktowej skali. Owszem, Stany pozostają potęgą, ale to ogromny skok Chin robi wrażenie.

Lens Hitam / Shutterstock.com

Siedem lat rządów Xi Jinpinga zdążyło zmienić wiele, także pod kątem społecznym. Dziś już ponad połowa mieszkańców Chin korzysta z internetu. Państwo Środka to więc ogromny rynek, równy populacji całej Europy. Co więcej, tempo cyfryzacji jest tak duże, że do 2022 roku na świecie będzie ponad miliard chińskich internautów. W efekcie zaczęły się też zmieniać wyzwania dla chińskich firm z sektora technologicznego.

Kraj wyszedł z etapu (owszem, skutecznego), ale jednak opartego o klonowanie zachodnich serwisów i aplikacji oraz dopasowywania ich do specyfiki chińskiego rynku. Powoli to chiński cyfrowy biznes zaczyna nadawać ton światowej cyfryzacjiCoraz częściej w miejsce BAT pojawia się nowy akronim: BMP. Są to odpowiednio Bytedance, czyli twórca agregatora informacji, Jinri Toutiao, i przede wszystkim właściciel TikToka, Meituan Dianping, stojący za imperium dostaw jedzenia, oraz Pinduoduo, platforma e-handlowa oferująca tanie produkty.

BMP podgryza BAT 

TikTok mimo wszelkich zawirowań w Stanach i prób zablokowania aplikacji lub jej podzielenia jest prawdziwym ewenementem nie tylko społecznościowym, ale i biznesowym. Ta globalnie najchętniej pobierana w tym roku aplikacja według Hootsuite i We Are Social ma już około 800 mln użytkowników, z czego tylko trochę ponad połowa to mieszkańcy Chin. TikTok jest dla Bytedance źródłem ogromnego sukcesu biznesowego. Reuters w listopadzie szacował, że firma w tym roku osiągnie ponad 27 mld dolarów przychodów z samych tylko reklam.

Meituan Dianping i Pinduoduo to firmy w ogromnej mierze wciąż lokalne, ale tak szybko rosnące, że ich wyjście na światowe rynki może się okazać tylko kwestią czasu. Meituan Dianping w drugim kwartale tego roku odnotowała zysk netto w wysokości 2,2 mld juanów (319,5 mln dolarów). To, jak wyliczała CNBC, rok do roku oznacza wzrost o ponad 152 proc.

Ale jeszcze ważniejsze niż same wzrosty BMP jest to, w czym firmy się specjalizują, bo pokazuje to kierunki rozwoju chińskiej gospodarki. Bytedance inwestuje w algorytmy sztucznej inteligencji. Pinduoduo idzie po drobny e-handel, a zatrudniający tysiące kurierów Meituan staje się nagle jednym z największych pracodawców na chińskim rynku usług, czyli odpowiednikiem amerykańskiego modelu gig economy spod sztandarów Ubera.

Pełny obraz tego, jak zróżnicowany i bardzo dojrzały jest ten rynek technologiczny, otrzymamy, kiedy dołożymy do tego kilka kolejnych technologicznych sukcesów, takich jak JD.com, czyli sklep on-line, który rozwija flotę autonomicznych pojazdów i dronów dostawczych (właścicielem JD jest Tencent). Do tego należy oczywiście dodać dwie znaczące firmy z rynku urządzeń mobilnych i telekomunikacji, czyli Huawei i Xiaomi (co ciekawe, często akronim BAT rozszerza się o tę ostatnią firmę w skrót BATX), które praktycznie opanowały światowy rynek urządzeń smart i póki co także infrastruktury telekomunikacyjnej mimo kolejnych prób osłabienia ich pozycji ze strony USA.

Powinno to Pekin cieszyć, bo przecież rozwój technologii stanowi dla władz imperatyw strategiczny. Od niego zależy stabilność obecnego systemu politycznego oraz szanse Chin na zdobycie statusu supermocarstwa. Tyle że pozycja cyfrowych gigantów spod znaku BATX i BAM zaczęła martwić już nawet Partię Komunistyczną.

Zdeptana mrówka 

Sygnał alarmowy dla chińskich Big Techów pojawił się na początku listopada. Do oferty publicznej (z angielskiego Initial Public Offering, IPO) szykowała się wtedy spółka Ant Group, która ze sprzedaży akcji na giełdach w Szanghaju i Hongkongu chciała uzyskać aż 34,5 mld dol. Ant Group (do niedawna nazywana Ant Financial) to chiński gigant e-płatności, część koncernu Alibaba i jeden z największych sukcesów tej firmy.

Piotr Swat / Shutterstock.com

Niespodziewanie IPO planowane na 5 listopada zostało wstrzymane. Powód? Chiński regulator finansowy zmienił 2 listopada zasady dla instytucji finansowych działających w sektorze mikropożyczek. Reakcja była natychmiastowa: wstrzymanie IPO Ant Group. Firma błyskawicznie zrezygnowała też z drugiego debiutu, który miał się odbyć równolegle na parkiecie w Hongkongu.

Czemu regulatorzy zabrali się do zaostrzania przepisów antymonopolowych akurat tuż przed gigantyczną ofertą Ant Group? Według „The Wall Street Journal” zrobili to po osobistej interwencji Xi Jinpinga. Mścił się on w ten sposób na miliarderze Jacku Ma, założycielu Alibaby. Miał on wygłosił 24 października w Szanghaju przemówienie, w którym stwierdził, że chiński system regulacyjny musi zostać zreformowany, bo blokuje innowacje.

„Jest takie chińskie przysłowie: wbija się najbardziej wystające gwoździe” – komentował decyzję Pekinu Duncan Clark, autor książki Alibaba: The House that Jack Ma Built. Rzeczywiście wszystko wskazuje na to, że mrówkę po prostu wbito w ziemię.

To, w jakim tempie i jak skutecznie doszło do utemperowania ambicji Ma, pokazuje, że na pierwszy rzut oka działania Xi Jinpinga mogą się wydawać zbieżne z polityką Donalda Trumpa i administracji amerykańskiej w stosunku do Big Techów z Doliny Krzemowej. Jednak jest między nimi zasadnicza różnica.

W przeciwieństwie do Trumpa Jinping nie jest demokratycznie wybranym prezydentem, którego kadencja za chwilę się skończy. To polityk, który zgromadził w Chinach największą władzę od czasów Mao i kazał oficjalnie uznać swoją myśl jako jeden z fundamentów ustroju. Tupnięcie nogą w stronę technologicznych gigantów ma więc wymiar więcej niż tylko stricte regulacyjny.

Partia zauważyła, że rośnie jej konkurencja. Giganty internetowe zaczęły budować prawdziwe imperia otoczone takim systemem współpracujących biznesów, że nawet urzędnikom jest je trudno upilnować. Gdy klienci kupują coś w należących do Alibaby sklepach internetowych – Tmall lub Taobao – mogą za zakupy płacić tylko za pomocą należącej do tej samej firmy aplikacji Alipay. JD.com znowu uznaje tylko płatności WeChatem, który jako komunikator nie pozwala nawet na wklejanie linków do konkurencyjnych, należących do Alibaby sklepów.

Takie działania, jak również generowanie fejkowego ruchu czy różne ceny dla różnie ocenianych przez algorytmy klientów, noszą znamiona monopolistycznych i antykonkurencyjnych. Przez lata przymykano na nie oko, ale dziś są idealnym uzasadnieniem do zaostrzenia kursu.

Rogier Creemers, wykładowca na Uniwersytecie w Leiden specjalizujący się w cyfryzacji Chin, kilka dni temu tak o tych działaniach mówił dla dziennika” South China Morning Post”: - Rząd przez lata pozwalał tym firmom robić swoje. Nie zabijali kury znoszącej złote jajka, ponieważ chiński Big Tech robi wiele rzeczy, których chce rząd niebędący w stanie ich sam zrobić.

W obronie konsumenta

6 listopada trzy organy regulacyjne – Chińska Administracja Cyberprzestrzeni (CAC), chińska Administracja Państwowa ds. Regulacji Rynku (SAMR) i Państwowa Administracja Podatkowa – spotkały się z 27 głównymi firmami internetowymi, w tym z Tencent, Baidu, Meituan, ByteDance i Alibabą. Chińskie Big Techy wezwano do uporządkowania gospodarki internetowej i rozwiązania problemów, takich jak praktyki monopolistyczne, nieuczciwa konkurencja i handel podróbkami. Organy regulacyjne stwierdziły również, że problemy w gospodarce cyfrowej były szczególnie dotkliwe podczas pandemii Covid-19, gdy ludzie zaczęli bardziej polegać na usługach internetowych i zaczęły pojawiać się nowe rodzaje firm internetowych.

Teoretycznie państwowa kontrola nad cyberkorpami nie jest w Chinach niczym nowym. Władze od dawna ściśle kontrolują np. treści online. Przykładem były chociażby ostre przepisy dotyczące patriotycznych treści w grach komputerowych nałożone w 2018 roku. Tym razem widać, że nie są to działania wymierzone w jedną firmę czy wąską branżę, a raczej w cały sektor.

Dr Michał Bogusz, ekspert stosunków międzynarodowych w Ośrodku Studiów Wschodnich, na swoim blogu „Za Wielkim Murem” przed kilkoma dniami tak podsumował całą tę regulacyjną kampanię: - Po prostu te firmy są zbyt duże, aby KPCh mogła tolerować ich władzę. Przez lata próbowała je podporządkować sobie innymi metodami. Najpierw dokooptowano przedsiębiorców do partii i poddano ich dyscyplinie partyjnej. Potem powołano komitety partii w firmach i wprowadzono ich przedstawicieli do zarządów. To jednak za mało.

- Na poziomie poszczególnych korporacji ludzie partii są korumpowani albo w ogóle w naturalny sposób przyjmują optykę firmy. Do tego dochodzi ryzyko systemowe, że błędy popełnione przez jedną firmę mogą pociągnąć w przepaść całą branżę, a może i resztę gospodarki. Stąd decyzja, że trzeba rozczłonkować gigantów technologicznych. To będzie proces, który zajmie jakiś czas, ale jeżeli partia podjęła decyzję strategiczną, to będzie ona wykonana z całą bezwzględnością reżimu - pisze Bogusz.

Jack Ma, prezest Tencet tez okazał się być członwkiem Patrtii Komunistycznej Chin ale i tak było to za małe zabezpieczenie interesów reżimu w koncernie.
SPhotograph / Shutterstock.com

Co ciekawe, linia argumentacyjna przyjmowana przez państwowych regulatorów skupia się na ochronie chińskiego klienta. Stąd chociażby nagłe zwrócenie uwagi na sztuczne zawyżanie i pompowanie przez boty transmisji handlu online. Ta niezwykle popularna w Chinach metoda polega na aukcjach prowadzonych na żywo w mediach społecznościowych. Im więcej widzów danej aukcji, tym więcej kolejnych jest przyciąganych do obserwowania i kupowania. Ten model prowadził więc do coraz bardziej rozdętych wyników, które wprowadzają klientów w błąd. Jak podał niedawno Tencent News, podczas tegorocznego Dnia Singla takie transmisje łącznie zawyżono… aż niemal 30 razy. Oficjalnie śledziło je 3 mld widzów, gdy w rzeczywistości miało ich być tylko 110 mln.

Właśnie w skupieniu się na ochronie wyłącznie własnego rynku widoczna jest kolejna różnica między regulacyjnym dryfem Zachodu i Chin. Stany Zjednoczone i Unia Europejska próbują uregulować podstawowe mechanizmy funkcjonowania platform, tak by automatycznie ich działania zmieniły się na wszystkich rynkach. Natomiast Pekin nieszczególnie przejmuje się tym, jak chińskie cyberkorpy działają poza granicami Chin, choć ewidentnie widać, że wszystko to ma sprawiać wrażenie, że Chiny są państwem odpowiedzialnym i dbającym o standardy.

Póki co kroki Pekinu dalekie są od nokautów, jakie zaliczył nieszczęsny Ma Baoguo. „Owszem mogą one odnieść sukces w krzyżowaniu szyków rodzimym techgigantom, ale nie spodziewajmy się, że to koniec ery internetowych lewiatanów” – ocenia Tim Culpan, publicysta Bloomberga.

Tekst ten powstał we współpracy z Klubem Jagiellońskim i jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe.