SW+

Szpital Narodowy wciąż nie leczy. Pierwsza diagnoza? Choroby rynku pracy

Szpital Narodowy wciąż nie leczy
288 interakcji
dołącz do dyskusji

Narodowy miał zacząć przyjmować pacjentów 30 października. Póki co przyjął kilka rządowych delegacji, konferencję prasową i niejasne zasady zatrudnia zarówno lekarzy jak i pracowników technicznych.  

Rząd z satysfakcją ogłosił, że w ledwie 2 tygodnie do pracy w powstającym szpitalu zgłosiło się aż 3 tysiące osób. Tyle, że jak się okazuje samych lekarzy jest w tej grupie około 50. Choć może to być wystarczające do obsługi pacjentów to tych i tak wciąż nie ma. I nie dokońca wiadomo kiedy będą, bo jak przyznał minister zdrowia, Szpital Narodowy wciąż nie uzyskał „zdolności operacyjnej”. Powód? „Okazało się, że istnieją przepisy, które wymagają doprecyzowania”.

– Do wszystkich łóżek został podciągnięty tlen. Została wykonana olbrzymia praca logistyczna. Położono 45 km przewodów elektrycznych, 5 km rur z tlenem, zbiorniki z tlenem – wyliczał Dworczyk i chwalił, że zaprojektowanie i wybudowanie tak olbrzymiej infrastruktury w tak imponującym tempie nie byłoby możliwe, bez ludzi. – Niezwykle ważne było przygotowanie ścian, rur, podłączeń, ale jeszcze ważniejsze jest przygotowanie kadry, która tu będzie pracowała. Dla tych 500 łóżek potrzeba będzie 250 osób obsługi – dodał.

– To nie infrastruktura się liczy. Liczy się przede wszystkim personel – wtórował mu minister zdrowia Adam Niedzielski.

Fot. Krystian Maj / KPRM

Tak oficjalnie pod koniec zeszłego tygodnia na specjalnej konferencji prasowej otwierali Szpital Narodowy Mateusz Morawiecki wraz z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim i szefem kancelarii premiera Michałem Dworczykiem. Ten ostatni mówił, że na początek gotowych 300 łóżek. Docelowo ma być ich 1200. Pierwsi pacjenci z covid-19 mieli trafić tam następnego dnia, czyli 30 października. 

Szpital wciąż ich nie przyjmuje. Za to rekrutacja choć budzi kontrowersje to trwa w najlepsze. 

Kto będzie pracował w Narodowym?

- Nie chodzi nam o to, by „podbierać” lekarzy z innych szpitali Warszawy, ponieważ nie rozwiązałoby to sytuacji zabezpieczenia medycznego Warszawy - zapewniał w rozmowie z „Wprost” dr Artur Zaczyński, dyrektor tymczasowego Szpitala Narodowego.

Takie jednak obawy pojawiły się gdy szpital MSWiA, którego Narodowy jest oddziałem pochwalił się, że ma już 1200 chętnych do pracy a ze stołecznych szpitali zaczęły się sygnały, że ich lekarze dostają propozycje przejścia do pracy w Narodowym nawet z podwójne stawki.

I rzeczywiście lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni i sanitariusze mają dostać w tym szpitalu nawet o 100 procent większe wynagrodzenie. Tyle tylko, że medycy nie ulegną przecież cudownemu rozmnożeniu. Jeśli zaczną pracować w tymczasowym szpitalu na Stadionie Narodowym, to zabraknie ich w innych miejscach. A już teraz braki kadrowe w pozostałych szpitalach są ogromne, bo załogi dziesiątkuje covid-19.

Polska od lat znajduje się w niechlubnej czołówce państw, gdzie dramatycznie brakuje zarówno lekarzy, jak i pielęgniarek. Według OECD w naszym kraju na tysiąc mieszkańców przypada odpowiednio 2,4 lekarzy i 5,1 pielęgniarek. Średnia dla krajów OECD jest o połowę wyższa w przypadku tych pierwszych i prawie dwukrotnie wyższa w przypadku tych drugich. 

Nic dziwnego, że wizja odpływu pracowników do Narodowego wzbudziła popłoch w innych szpitalach w Warszawie. Jak się okazuje tylko niewielki procent spośród 3 tys. ochotników to faktycznie personel medyczny. A i on będzie pracował w szpitalu tymczasowym w dużej części dodatkowo dzieląc czas między Narodowy a swoje podstawowe miejsca zatrudnienia. 

Kim są pozostali chętni do pracy trudno jednak stwierdzić. Bo do rekrutacji, jej warunków i zasad do Narodowego właściwie nikt się nie przyznaje. 

Żadnej odpowiedzi nie udzielili nam przedstawiciele rządu. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej odesłało nas do Ministerstwa Zdrowia. Ten resort kazał nam szukać szczęścia w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. KPRM zaś skierował nas do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Z kolei rzecznik tego resortu odpowiedział, że wszelkie odpowiedzi na nasze pytania dotyczące warunków zatrudnienia i pracy w szpitalu na Stadionie Narodowym padną na czwartkowej konferencji z udziałem premiera. Nie padły.

W piątek okazało się, że budowę tymczasowych szpitali będzie nadzorował Jacek Sasin, stojący na czele Ministerstwa Aktywów Państwowych. Skierowaliśmy tam swoje pytania, ale w odpowiedzi usłyszeliśmy, że resort nie zajmuje się rekrutacją pracowników.

16 złotych na godzinę walki z COVID

A ta budzi kontrowersje. Kilka dni temu serwis Money.pl ustalił, że pracownicy z obsługi, w tym osoby sprzątające będą zarabiały tam zaledwie 16 złotych „na rękę” za godzinę. Będą też pracować w 12 godzinnych zmianach: od 7 do 19 oraz od 19 do 7 rano. A ponieważ oferuje im się tylko tzw. śmieciówkę, czyli umowę zlecenie, to ich stawka za pracę w godzinach nocnych nie będzie wyższa. Jak łatwo policzyć za przepracowanie standardowych 160 godzin w miesiącu otrzymają oni nieco ponad 2,5 tys. złotych netto.

Co więcej, jak zwróciła uwagę posłanka Marcelina Zawisza z partii Razem oferowanie umowy cywilnoprawnej, a taką jest umowa zlecenie, kiedy praca wykonywana jest w określonych godzinach, miejscu i pod kierownictwem przełożonych, może stanowić naruszenie prawa.

O opinię w tej sprawie poprosiliśmy eksperta z dziedziny prawa pracy, prawnika Grzegorza Ilnickiego z Kancelarii AVAL-CONSULT w Gdańsku. Jego zdaniem bezspornie dochodzi tu do naruszenia kodeksu pracy.

– Nie ma się nad czym zastanawiać. To nie jest praca, w której ludzie są wolnymi elektronami i działają samodzielnie. Tutaj buduje się pewną strukturę, gdzie panuje określona hierarchia. Pracę wykonuje się w zespole i tym zespołem ktoś zarządza. Nie da się wymyślić bardziej klasycznego przykładu pracy skooperowanej i podporządkowanej niż taka, którą wymusza reżim epidemiologiczny i gdzie trzeba przestrzegać najwyższych standardów dbałości o wykonywanie pracy. To nie jest praca, którą można wykonywać w ramach umowy cywilnoprawnej – wyjaśnia Ilnicki.

Dodaje, że w przypadku tej pracy pracodawca powinien bezwzględnie oferować umowę o pracę.  – Nie ma innej umowy, którą można w tym przypadku zastosować zgodnie z polskim prawem. Oferowanie umowy cywilnoprawnej bez wątpienia narusza artykuł 22. Kodeksu pracy – dodaje.

Grzegorz Ilnicki zwraca też uwagę, że gdyby pracodawca oferował umowę o pracę, jak nakazują przepisy, to musiałby zapłacić więcej za pracę w godzinach nocnych. - Trzeba się zastanowić czy chcemy mieć tam obsługę dobrą czy najtańszą. Trzeba sobie też postawić pytanie; czy uczciwe i racjonalne jest zatrudniać ludzi w szpitalu, który ma być centrum epidemii i płacić im stawkę minimalną, czyli tak niską, że na niższą nie pozwala już prawo. Sam kodeks pracy mówi, że płaca powinna odpowiadać ciężarowi pracy. To miękka dyrektywa, ale przecież istnieje – mówi i dodaje, że to samo prawo wskazuje, że pracownik ma prawo do godziwego wynagrodzenia.

– Czy godziwym jest tak niskie wynagrodzenie przy takim ryzyku? Moim zdaniem nie. Płacąc na takim poziomie nie zapewnia się zaspokajania bytowych potrzeb pracowników - mówi ekspert.

Ilnicki twierdzi też, że warunki pracy i formę zatrudnienia w Szpitalu Narodowym powinna skontrolować Państwowa Inspekcja Pracy. – Zdecydowanie taka kontrola powinna nastąpić, szczególnie że organizatorem pracy jest państwo, które powinno dawać przykład, a nie łamać prawo. Niestety obawiam się, że bezzębna inspekcja pracy, a taką mamy w Polsce, nawet nie zmierzy się z tym wyzwaniem – przyznaje Ilnicki i dodaje, że jedyne co pozostaje osobom zatrudnionym w ten sposób, to pójście do sądu. – Ale zapewne nikt się na to nie zdecyduje, bo na sprawiedliwość i wyrok sądu trzeba obecnie czekać nawet kilka lat. Niestety, tak wygląda system zabezpieczeń uprawnień pracowników w Polsce.

W poniedziałek 26 października zapytaliśmy Głównego Inspektora Pracy czy dostrzega naruszenie przepisów Kodeksu pracy w warunkach oferowanych przez Szpital Narodowy. Byliśmy też ciekawi czy inspektorzy PIP przeprowadzą tam kontrolę. Do czasu publikacji artykułu nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi.

Dane lekarzy bez ochrony

Oferowane pracownikom warunki to nie jedyny problem Szpitala Narodowego. Rekrutacja do tej placówki odbywa się przez specjalny formularz zamieszczony na stronie internetowej. Kandydaci zgłaszają się do pracy w ciemno, bo w ogłoszeniu pojawia się tylko, że warunki mają być „dobre". Każdy kandydat w formularzu musi zostawić swoje dane osobowe. Problem w tym, że jak zauważa dr Maciej Kawecki, specjalista od danych osobowych, który pracował wcześniej w Ministerstwie Cyfryzacji, a dziś jest dziekanem Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie, klauzula informacyjna RODO, którą trzeba zaakceptować biorąc udział w rekrutacji wskazuje na błędną podstawę prawną przetwarzania danych.

- Nie jest nią zgoda, ale podjęcie działań przed zawarciem umowy. Nie można przetwarzać danych w oparciu o zgodę, która jest oświadczeniem woli, które zawsze można odwołać, informując jednocześnie że dane będą przetwarzane przez okres 12 miesięcy. Oznacza to bowiem że danych nie można wycofać a tym samym to nie zgoda jest podstawą przetwarzania danych – mówi Kawecki.

Co więcej istnieje też ryzyko, że zebrane w czasie rekrutacji dane osobowe medyków zostaną przekazane wojewodzie mazowieckiemu, a ten swoją decyzją administracyjną może skierować niemal każdą pielęgniarkę czy lekarza do pracy w tym miejscu. Jak to możliwe?

Lekarz czy pielęgniarka wypełniając formularz zostawia tam swoje dane. Może jednak po poznaniu szczegółowych warunków z pracy rezygnować. Jednak jego dane osobowe ma już MSWiA, czyli administrator danych. A co więcej ma też możliwość przekazywania ich dalej “właściwym organom uprawnionym na podstawie przepisów prawa”.

O jakich organach mowa? - W tym katalogu podmiotów możemy spodziewać się wojewody - zauważa Katarzyna Muszyńska, ekspert ochrony danych osobowych w Lexdigital i zastrzega: - Oczywiście ten zapis nie oznacza, że CSK MSWiA, czyli administrator danych ma już taki plan. Jednak w przyszłości może takie działanie wykonać, szczególnie że może dysponować danymi aż 12 miesięcy – dodaje ekspertka.

We wspomnianych wcześniej pytaniach próbowaliśmy ustalić kto stworzył stronę internetową Szpitala Narodowego, ile kosztowała, kto odpowiada za opracowanie regulaminu RODO oraz czy MSWiA planuje przekazać dane medyków do wojewody, ale i na te pytania nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

Za to profil Szpitala Narodowego na Twitterze jest bardzo aktywny i chętnie komentuje wszystkie także krytyczne wobec organizacji szpitala wpisy hasztagiem „Wspólnie przeciw wirusowi”.