REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Ekologia
  3. Nauka

Zobaczyłem, jak wysycha woda. Jeszcze niedawno płynęła tu rzeka

Może nie płyną po niej łódki, może nie jest ważnym elementem rolnictwa. Mimo to fragment wyschniętej rzeki w środku lasu jeszcze bardziej uzmysłowił mi, jakim problemem jest susza. Słowa naukowca, który mi towarzyszył, nie nastrajają optymistycznie: głęboko i mokro już było.

Susza w Polsce. Jeszcze 3 lata temu płynęła tu rzeka. Wyschła
REKLAMA

Co za ponury absurd. Łódź, miasto, które swoją potęgę zawdzięczało rzekom - obecnie płynącym głównie pod ziemią - dziś jest milczącym świadkiem ich wysychania. Z Sebastianem Szklarkiem, założycielem bloga Świat Wody i naukowcem zajmującym się tematem wody, spotykam się w lesie Łagiewnickim. To jeden z największych kompleksów leśnych znajdujących się w granicach miasta w Europie. W nim swoje naturalne źródła ma rzeka Bzura, lewy dopływ Wisły mający 166 km długości. Bieg zaczyna w Łodzi, płynie 6 km przez miasto, by potem odwiedzić m.in. Zgierz, Łowicz czy Sochaczew.

REKLAMA

- Przyjeżdżam tu od czterech lat - mówi mi Sebastian Szklarek, gdy przedzieramy się przez krzaki. To teren jego badań. Niedaleko znajduje się zbiornik referencyjny, z którego pobiera próbki do projektu analizującego zasolenie wód. Stanowi dobry materiał porównawczy, bo znajdujemy się na dość dzikim terenie, więc zbiornik nie jest narażony na działania drogowców, jak ma to miejsce choćby w innych częściach miasta.  

Po chwili docieramy do rzeki. A raczej tego, co z niej zostało

- Tutaj płynęła woda regularnie - wskazuje Szklarek. - Powinna płynąć w miarę wartka, niezbyt szeroka, ale jednak rzeka - dodaje, bo patrząc na to, co przed nami, trudno w to uwierzyć.

Po śladach koryta można poznać, że coś tutaj faktycznie płynęło. Po samej zawartości - nie bardzo. Tam, gdzie woda jeszcze jest, to stoi. Można by pomyśleć, że to kałuże, które nie zdążyły wyschnąć, a nie spora przecież rzeka zaczynająca swój bieg.

Inne dowody na płynięcie tędy rzeki to piasek na dnie. No i kładki z powalonych drzew, które sugerują, że kiedyś trzeba było po nich przejść, żeby nie zmoczyć nóg. Dziś bez problemu przechodzimy przez dawny strumień. Trzeba byłoby się naprawdę postarać, żeby natrafić na błoto, w którym mógłby ugrząźć but.

Coś może sączy się pod ziemią. Opadów w zasadzie nie widać. Niby w ostatnich dniach nie padało dużo, ale trochę pokropiło. Wszystko jednak natychmiast wsiąknęło, nie poprawiając wyjątkowo kiepskiej sytuacji.

- To naturalny obszar. Nie można zrzucić winy na betonozę czy inne tego typu czynniki. Wysychanie tej rzeki to skutek powtarzających się susz, które są spotęgowane przez zmiany klimatu, i bezśnieżnych zim - wyjaśnia mi Szklarek.

Kiedy umawiamy się na spotkanie kilka dni wcześniej, z uśmiechem dodaje, żebym nie spodziewał się spektakularnych widoków w stylu wysuszonej Wisły czy tego, co dzieje się obecnie we Włoszech. Zaznacza, że to mały ciek, ale dobrze pokazujący skalę suszy.

Stojąc przy resztkach rzeki mam wrażenie, że widok jednak jest spektakularny

Pusty kanał obrazuje to, jak wielkim problemem jest susza. Skoro tutaj, na naturalnym terenie, jest tak źle, to jak musi być tam - gdzie jest jeszcze goręcej i gdzie brakuje zielonych, pierwotnych obszarów.

Ile jeszcze jest takich rzeczek, które dwa-trzy lata temu jakoś się toczyły, a teraz niewiele z nich zostało? Przypominam sobie o dwóch na wsi, w której mieszkałem. O tych wszystkich stawach, które kiedyś straszyły mnie kumkaniem żab, a teraz jedyną pamiątką po nich jest wyżłobienie w ziemi.

Ten mały ciek pokazuje także to, jak trudno jest być świadomym skutków suszy. Przechodząc szlakiem, nie zbliżając się do krzaków, można by pomyśleć, że sytuacja prezentuje się normalnie. Łatwo uznać, że skoro widać wgłębienie, to pewnie płynie sobie tam rzeczka.

Jesteśmy na popularnym Arturówku, do lasu co weekend zjeżdżają masy Łodzian. Nieco dalej są stawy, kąpieliska, plaże. Tam wody jest więcej. To, co dzieje się z naturalnymi dopływami, jest niestety ukryte. Trzeba wiedzieć, co chce się zobaczyć, żeby to dostrzec. Niby katastrofa jest na wyciągnięcie ręki, ale łatwo ją ominąć. Kolejny smutny paradoks.

Pytam, co należałoby zrobić, żeby rzeka przypominała siebie choćby sprzed tych kilku lat, gdy badacz zaczynał analizę okolicy

Można byłoby zadbać o lepszą retencję, ale wówczas naturalny obszar musiałby zostać przekształcony. Odpada. Ratunkiem byłyby tylko regularne, większe opady i śnieżne zimy. Na to się jednak nie zanosi.

Gapię się na to od kilku minut i czuję dziwny smutek. A przecież mój rozmówca obserwuje pogarszającą się sytuację od lat. Z roku na roku jest coraz gorzej. I lepiej nie będzie.

- Są momenty, kiedy człowiekowi się odechciewa. W związku z pracą naukową jeżdżę po różnych terenach, monitoruję je i widzę, jak ekosystem zmienia się w bardzo krótkim czasie. Jestem w branży raptem od dziesięciu lat, a już na żywo widzę jak realizują się "ostrzegające" raporty czy opracowania, o których uczyłem się na studiach.

Sebastian Szklarek dołuje się podwójnie. Jako naukowiec, który na żywo obserwuje zmiany klimatu. I jako bloger, prowadzący portal o wodzie. Facebookowy profil Świata Wody to nie tylko źródło rzetelnych informacji, ale też codzienna dawka ponurych newsów: tu susza, tam niedobory, a jak popada, to solidnie, zalewając ulice czy miasta, jak rok temu w Niemczech. Niestety dziś o wodzie trudno pisać inaczej.

Idziemy dalej, w stronę zbiornika. Wchodzimy na coś w rodzaju tamy ze specjalnych kamieni wapiennych mających filtrować wodę wpływającą do zalewu. Na wejście czeka głębokie na metr zielone "bagienko". Trudno uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno widać było wpadającą rzekę i piasek przy jej ujściu. Teraz to zielona, zarośnięta plama.

- Tych glonów jeszcze nie widziałem - mówi Sebastian Szklarek, gdy docieramy do bardziej turystycznej części lasu. Na pierwszy rzut oka jest prawie, że normalnie, nie licząc zakwitu podwodnych roślin. Pływają kaczki, przy brzegu moczą się żaby. Słychać ich kumkanie. Sielanka.

Jest tak, jak powinno być nad wodą. Teoretycznie

Naukowiec wskazuje na pałki szerokolistne znajdujące się w wodzie. Wyschnięte fragmenty najlepiej pokazują, gdzie dawniej była woda. Również po brzegu może odgadnąć, jak zmniejsza się jej poziom.

Gołym okiem widać, że coś płytko, ale jednak mi brakuje porównania, żeby stwierdzić, że wody jest za mało czy może jest jej tyle, ile było zawsze. Stojąc zastanawiamy się, czy przechodzący mieszkańcy analizują w ten sposób. Podejrzewamy, że nie, bo to przecież bardzo trudne: zwracać uwagę, pamiętać, porównywać. A zresztą mało kto nawet zdaje sobie sprawę, że powinno się to robić.  

- Woda w kranie jest jeszcze za tania - stwierdza Sebastian z przekąsem. - To dlatego jej nie szanujemy.

Przykłady marnotrawstwa widać gołym okiem. Susza trwa od kilku lat, a na lotniskach nowy samolot dalej witany jest salwą wodną. Przed upałami na rozgrzanych betonem placach ratują kurtyny wodne - bo wcześniej władze wycięły drzewa, które dawały naturalne schronienie i ulgę. Nie chodzi tu o to, że wylana w ten sposób woda uratowałaby rzeki. To symbol tego, jak lekką ręką traktuje się coraz cenniejszy zasób. Przykład idzie z góry, więc potem nie mogą dziwić widoki w stylu: trawnik wykoszony do zera, oblewany wodą z automatycznych polewarek.

Oczywiście, coś się zmienia. Bo musi. W 2019 roku w Skierniewicach, naprawdę sporym mieście, zabrakło wody. Prezydent miasta zwołał sztab kryzysowych, w niektórych rejonach mieszkańcy odnotowali spadek ciśnienia, niektórzy wody nie mieli wcale. Teraz coraz więcej gmin prosi: oszczędzajmy wodę, bo będzie jej nam brakować.

A jak już zacznie padać, to zalewa miasta

Jak w Łodzi, która stała się "Wenecją wschodu" ze swoimi tramwajami brodzącymi w ogromnych kałużach. Moglibyśmy się uśmiechać, gdyby sytuacja nie była poważna. Ale jest.

- Mimo wszystko jestem pozytywnym pesymistą - stwierdza Szklarek. - To, co robię i widzę jako naukowiec sprawia, że szykuję się na najgorsze. Jednocześnie liczę, że najgorsze się nie wydarzy. Działania jednostek są tą nadzieją. Paradoksalnie takie wydarzenia jak te w Skierniewicach czy powtarzające się apele o oszczędzanie wody sprawiają, że na własne oczy widzimy rzeczy, które muszą obudzić ludzi.

Przykład smogu czy betonozy pokazuje, że da się. Zaczyna się od złości jednostek, potem problem dociera do kolejnych osób, aż w końcu powstają grupy czy nawet organizacje wywierające presję, nagłaśniające skandaliczne kwestie w mediach. Dziś betonoza czy smog to tematy, o których dyskutuje cała Polska, a nie okoliczni aktywiści.

Z drugiej strony suszę dużo trudniej pokazać. Wyliczyć dokładne straty. Jest rozłożona w czasie, a na jej konsekwencje wpływają też inne czynniki. Weźmy rosnące ceny żywności. Jasne jest, że przez suszę cierpią uprawy. Ale rolnicy nie mają też łatwo w związku ze wzrostem cen energii czy paliwa. Wskazanie jednego winnego bywa niemożliwe.

Z tej perspektywy suszy nie widać
REKLAMA

Można robić wiele, aby zahamować lub zmniejszyć jej skutki. Sebastian Szklarek wspomina jak w trakcie jego studiów, kilkanaście lat temu, powstała koncepcja błękitno-zielonej sieci. Zakładała, aby miejskie parki w Łodzi były połączone ze sobą zielonymi drogami, tak by można było do nich dotrzeć spacerując w zieleni, a nie wzdłuż hałaśliwych dróg. Do idei wraca się dopiero teraz,  bo temat drzew i roślin w mieście stał się w końcu medialny. Ale ile lat stracono?

Wracam z lasu Łagiewnickiego główną drogą. Jest czwartek, nie ma południa, a przed wejściem już ciągnie się sznur zaparkowanych aut. Aż trudno mi sobie wyobrazić, co musi dziać się tu w weekendy. Z samochodów wysiadają głównie dzieci i ich opiekunowie. Mają ze sobą ręczniki, akcesoria służące do zabawy w wodzie. Lato w mieście. Trwa bal na Titanicu.  

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA