Tech  /  Felieton

Smartfony i laptopy jak samochody. Nowe modele powinny powstawać góra co 4 lata

Produkujemy za dużo elektroniki. Pora to zmienić

Im częściej czytam o przesuniętych premierach sprzętu z powodu braku podzespołów, tym częściej myślę, że ten brak wyjdzie nam wszystkim na dobre. Elektroniki powstaje w ostatnim czasie po prostu za dużo.

Tuż po tym, jak uszło z nas powietrze na WWDC 2021, gdy Apple nie pokazał jednak ani nowych MacBooków, ani nawet nowych słuchawek, Bloomberg ujawnił, iż przyczyną tej absencji był problem z dostępnością podzespołów. Z tego samego powodu wcześniej obsuwę zaliczyły iPady, a Samsung najprawdopodobniej zmuszony będzie przesunąć premierę Galaxy S21 FE.

I naszła mnie refleksja, że szkoda, iż te problemy nie dotknęły wszystkich wytwórców elektroniki użytkowej po równo, bo sprzętów elektronicznych powstaje od jakiegoś czasu po prostu za dużo.

Nie, nie potrzebujemy 13 smartfonów jednej marki rocznie.

Oczywiście wszyscy producenci chcą zarabiać. Dlatego każdego roku odświeżają modele z każdego przedziału cenowego, by przyciągnąć nowych nabywców. Tym sposobem np. Xiaomi pokaże w tym roku jeszcze 13 modeli (!). To samo zresztą robi Oppo, Vivo, Motorola, LG (a nie, oni już nie) czy Samsung. To samo zresztą dzieje się w świecie laptopów - brandy takie jak Lenovo, HP czy Dell wydają rokrocznie dziesiątki modeli, a o wielu z nich nawet nie słychać, bo to tanie urządzenia przeznaczone do masowej sprzedaży w marketach.

Trwają właśnie targi MWC 2021 w formie wirtualnej, na których jak co roku odbywa się wielka wystawa elektrośmieci. Tylko do tej pory czołowi producenci pokazali np. szereg nowych monitorów różniących się niczym od swoich poprzedników i garść nowych, tanich tabletów z Androidem o znikomej użyteczności.

Ja się pytam - po co?

Coroczne premiery sprzętów elektronicznych stały się kompletnie irracjonalne.

Nie istnieje dziś żaden logiczny powód, by producent X wydawał rocznie 20+ smartfonów, w tym niektóre różniące się od siebie tylko nazwą. Nie istnieje żaden powód, by co roku powstawały nowe modele monitorów i już na pewno nie istnieje powód, by w 2021 r. produkować tablety z Androidem. Nie istnieje żaden powód, prócz… oczywistej chęci zysku ich wytwórców.

Konsumentom tak częste premiery nie są w ogóle potrzebne do szczęścia. Współczesna elektronika stała się tak dobra, że nikt poza świrami z nadmiarem gotówki nie wymienia telefonu co roku, o innych sprzętach elektronicznych nie mówiąc. Coraz lepsza jakość wykonania, coraz mocniejsze podzespoły i coraz lepsza dbałość twórców oprogramowania o regularne aktualizacje sprawiają, że naprawdę trudno znaleźć jakiekolwiek uzasadnienie dla tak ogromnego zalewu elektroniki, jaki jest produkowany od kilku lat.

Ba, sprzętów elektronicznych powstaje tak dużo, że wcale nie działa to na korzyść konsumenta - ten już zwyczajnie nie wie, co ma wybrać. Wchodzi do sklepu po telefon i widzi dziesiątki pozornie identycznych sprzętów. Powiem więcej: nawet zawodowi recenzenci elektroniki pomału przestają nadążać za tempem premier.

Co zatem można zrobić? Można iść np. drogą mniejszych producentów pokroju OnePlusa, którzy robią (czy też: robili) góra 2-3 premiery nowych urządzeń rocznie. Jeszcze lepiej, można iść drogą największego z producentów smartfonów, Apple’a i prezentować nowe modele raz, góra dwa razy do roku. Zamiast zaś produkować 10 modeli różniących się od siebie praktycznie niczym, by nasycić wszystkie półki cenowe w interwałach rzędu 50 zł, można znowuż iść drogą Apple’a i sprzedawać starsze, topowe modele w niższych cenach.

Bladego pojęcia nie mam, dlaczego producenci - kopiujący Apple’a tak ochoczo w każdym innym aspekcie swojej działalności - nie skopiują tej strategii giganta z Cupertino. Toż to rozwiązanie idealne: po roku optymalizacja procesu technologicznego przyniesie znaczące oszczędności, podobnie jak skupienie wysiłków działu R&D na kilku, nie kilkunastu produktach. Dodajmy do tego zmniejszone nakłady na marketing po roku od premiery i mamy wyjście idealne: producent nie przestaje zarabiać (ba, może nawet zarabia więcej), konsument nadal dostaje świetne produkty z potencjalnie wieloletnim wsparciem producenta, a mniejsza liczba urządzeń oznacza mniejszy problem np. z serwisowaniem, dostępnością akcesoriów, etc. Wszyscy zadowoleni.

Jeszcze inna opcja - skopiowanie cyklu życia produktów ze świata motoryzacji.

W świecie motoryzacji poszczególne modele samochodów nie są odświeżane co roku, bo byłoby to kompletnie irracjonalne i nieopłacalne. Nowy model jest na rynku co najmniej 6-8 lat, a w połowie tego okresu otrzymuje tzw. „facelifting”, czyli delikatne odświeżenie wyglądu i może zmianę gamy silnikowej.

Przy obecnym stopniu zaawansowania elektroniki użytkowej taki model mógłby się sprawdzić także w przypadku smartfonów i laptopów. Zresztą, w przypadku laptopów Apple już od dawna trzyma się mniej więcej takiego modelu działania, stosując delikatne odświeżenia produktów (np. zmianę modelu procesora), pozostawiając resztę nietkniętą. Tym sposobem np. iMac 27” od blisko dekady wygląda dokładnie tak samo, a laptopy Apple’a mają cykl życia rzędu 4-5 lat, zanim zostają zastąpione nowymi urządzeniami. W 2021 r. doszliśmy do momentu, w którym smartfony i laptopy z każdej półki cenowej są tak dobre, że ich następcy spokojnie mogliby się ukazać za 3-4 lata, a nie za rok. Szkoda, że nie zanosi się na to, aby ktokolwiek w tej branży rozważał taką zmianę cyklu życia produktów.

Wielu producentów zachowuje się tak, jakby chciało w tym roku nadrobić braki spowodowane pandemią w 2021 r. Zupełnie niepotrzebnie, bo jeśli pandemia udowodniła coś na rynku elektroniki użytkowej, to był to fakt, że wcale nie potrzebujemy tak wielu nowych sprzętów. A już na pewno nie potrzebuje ich nasza planeta, na której ilość odpadów elektronicznych rośnie w alarmującym tempie.