Tech  / Felieton

Nauczyciele dostaną 500 zł na sprzęt do nauki zdalnej. Za te pieniądze można kupić jedno wielkie nic

8540 interakcji
dołącz do dyskusji

Państwo otworzyło swój parasol ochronny nad nauczycielami. Pomoże im nabyć sprzęt elektroniczny, niezbędny do nauczania zdalnego. W teorii.

Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda splunięcie w twarz w zwolnionym tempie, możecie odkryć to na dwa sposoby: wpisując na YouTubie hasło „spitting in slow motion”, albo włączając nagranie z wczorajszej konferencji Kancelarii Premiera i słuchając na spowolnieniu, jak Premier mówi o dofinansowaniu zakupów sprzętu elektronicznego dla nauczycieli.

Rząd, w swej niezmierzonej łaskawości, przewidział dla nauczycieli swoisty program 500+. Jak czytamy na stronie Kancelarii, każdy nauczyciel będzie mógł otrzymać 500 zł refinansowania zakupu sprzętu niezbędnego do nauczania zdalnego. Nie ma jeszcze żadnych szczegółów tego programu - nie wiadomo, co na dobrą sprawę można refinansować i co rząd rozumie pod pojęciem „sprzęt elektroniczny niezbędny do nauki zdalnej”. Nie wiadomo, czy program obejmie tylko nauczycieli w szkołach, czy również wykładowców akademickich.

Przyjrzyjmy się jednak, jaki sprzęt elektroniczny niezbędny do prowadzenia nauki zdalnej można kupić za 500 zł.

Najlepszy laptop do nauczania zdalnego do 500 zł

No dobrze, laptopy nie mieszczą się w budżecie. Spróbujmy zatem czegoś łatwiejszego, np. tabletu z Androidem.

Najlepszy tablet do nauczania zdalnego do 500 zł

Hmm. To może telefon?

Jaki telefon do 500 zł wybrać? TOP 5 polecanych modeli.

Ok, nie wyszło.

Tak naprawdę nauczyciel za 500 zł może sobie kupić jedno wielkie nic.

W kategorii „niezbędny sprzęt elektroniczny do 500 zł” zmieścić można co najwyżej przyzwoitej jakości myszkę i klawiaturę, jeśli oczywiście miłościwie nam panujący uznają te peryferia za akcesoria „niezbędne do nauki zdalnej”.

Problem pojawia się nawet w przypadku tak prozaicznego urządzenia, jak kamerka internetowa. Załóżmy, że nauczyciel ma w domu tylko komputer stacjonarny i potrzebuje do tego kamerki internetowej, najlepiej ze zintegrowanym mikrofonem. Takie sprzęty na przestrzeni ostatnich 5 lat niemal przestały istnieć. Nie ma już tanich i dobrych kamerek internetowych, można kupić tylko absolutny szrot w cenach 90-150 zł, lub przyzwoite kamerki kosztujące znacznie powyżej 500 zł. Swoją drogą ciekawe, iż pandemia nie przyczyniła się do renesansu tego typu sprzętów, ale to temat na zupełnie inny artykuł.

Co do pozostałych sprzętów elektronicznych, można tylko głośno westchnąć.

Znakomita większość szkół nauczających zdalnie korzysta z oprogramowania Microsoft Teams, nieco mniej z Google Classroom lub Cisco Webex. Wszystkie te programy, z Teamsami na czele, wymagają komputera o przyzwoitej mocy obliczeniowej, a do prowadzenia zdalnego nauczania przydałoby się, żeby nauczyciel dysponował przynajmniej dobrej jakości mikrofonem i kamerką, żeby uczniowie mogli go zrozumieć.

Jeśli chcemy zawrzeć te wszystkie komponenty w jednym sprzęcie, patrzymy na co najmniej 2500-3000 zł. Czyli w najbardziej optymistycznym wariancie nauczyciel musi z własnej kieszeni wyłożyć minimum 2000 zł na komputer, który będzie mu służył w celach de facto służbowych.

Ba, nawet gdyby nauczyciel uznał, że do nauki zdalnej potrzebuje tylko telefonu, bo prowadzi zajęcia staroświecko - dyktując notatki przez Teamsy do siedzących po drugiej stronie uczniów. Nawet w tej sytuacji porządny telefon, o wydajności i jakości połączenia bezprzewodowego wystarczającej do całodziennych transmisji, to wydatek rzędu co najmniej 1000 zł. Dodajmy do tego, że używanie telefonu po kilka godzin dziennie w celu transmitowania audio i wideo może poskutkować jego błyskawicznym nagrzaniem, spowolnieniem pracy, a w perspektywie czasu - permanentnym uszkodzeniem. Smartfony nie zostały stworzone do całodziennego strumieniowania wideo.

Można mówić, że lepsze coś niż nic. Tyle że tutaj mamy do czynienia z jednym wielkim nic.

Rząd rzuca nauczycielom ochłap, tylko po to, żeby potem nikt nie mógł zarzucić, iż pozostawili nauczycieli bez wsparcia. Tak to niestety wygląda z zewnątrz i tak powinno być odbierane przez opinię publiczną. „Pomoc” w postaci refinansowania 500 zł na zakup sprzętu elektronicznego, podczas gdy nawet w zbliżonej kwocie nie da się kupić żadnego sprzętu elektronicznego zdatnego do nauczania zdalnego, to porażka, nie pomoc.

Dodajmy do tego, że nauczyciele to jedno - a co z uczniami i ich rodzicami? Wykluczenie cyfrowe i brak sprzętu to poważny problem, który boleśnie uświadomiła nam pierwsza fala pandemii. W artykule na Spider’s Web+ wypowiadał się o niej Alek Tarkowski, szef Centrum Cyfrowego:

„Tylko” 1-1,5 proc. uczniów nie ma w domu komputera ani tabletu. Ale ten drobny procent to codzienne dramaty dla 50-70 tys. dzieciaków. W kolejnych 10 proc. domów z dziećmi jest tylko jeden komputer lub tablet, a przecież korzystać z niego musi i rodzeństwo i często także rodzice na telepracy. Kolejne kilkadziesiąt tysięcy dzieci nie ma smartfona. Istnieje wręcz grupa dzieci skrajnie cyfrowo wykluczonych, nie mających dostępu ani do smartfona, ani tabletu, ani komputera. To aż kilkadziesiąt tysięcy osób. Dodatkowym problemem jest też brak dostępu do internetu szerokopasmowego. Według SWPS w domu nie ma takowego co piąty uczeń.

Dodajmy również, iż pomimo tego, że mamy do czynienia z drugą falą zdalnego nauczania, wielu nauczycieli nadal nie ma pojęcia, jak się do niego zabrać. Rząd tak długo powtarzał, że wirus jest w odwrocie a szkoły będą pracować normalnie, że przyzwyczajeni do tradycyjnych metod nauczyciele traktowali pierwsze nauczanie zdalne jako przejściowy przymus. Teraz, gdy rząd z dnia na dzień wysłał szkoły na nauczanie zdalne, muszą od zera uczyć się ponownej obsługi oprogramowania, nie mówiąc już o dostosowaniu stylu prowadzenia zajęć do nowego typu nauczania. Od kilku tygodni przysłuchuję się np. nauczaniu w pierwszej klasie jednego z liceów w Słupsku. Więcej niż połowa nauczycieli nadal dyktuje uczniom notatki, każe przesyłać zdjęcia zapisanych zeszytów, albo wysyła zadania mailem, bo nie potrafi obsłużyć Microsoft Teams. O tym, jak „olewczo” uczniowie traktują nauczycieli na nauczaniu zdalnym, szkoda tutaj wspominać.

Nie twierdzę, że wszędzie jest równie tragicznie. Ba, wiem z rozmów z nauczycielami ze szkół w Gdańsku czy Rzeszowie, że można zdalne nauczanie prowadzić efektywnie i ciekawie. W tych szkołach, które miały styczność z nauką zdalną przed pandemią - np. w szkołach objętych patronatem cyfrowym Microsoftu - nauczyciele i uczniowie byli gotowi na przejście na e-learning i druga fala pandemii również ich nie zaskoczyła.

W reszcie szkół panuje „wolna amerykanka”. Każdy nauczyciel uczy po swojemu, bo nie wypracowano efektywnego standardu zdalnego nauczania. Nauczyciele i uczniowie często nie mają adekwatnego sprzętu, albo nie dysponują odpowiednio szybkim łączem internetowym, by móc komfortowo korzystać z e-nauczania. W burcie edukacyjnej łodzi wybiła ogromna dziura, a rząd próbuje ją zalepić banknotem o nominale 500 zł i stawia za sterem kapitana, który jest bardziej zainteresowany forsowaniem wdrażania katolickich encyklik do programu nauczania, niż powstrzymaniem łajby od zatonięcia.

Gdyby tylko minęło chociaż pół roku od pierwszej fali nauczania zdalnego, w czasie to którym można było doposażyć i przeszkolić nauczycieli, i opracować scenariusz na wypadek powrotu e-learningu… a nie, czekaj.

przeczytaj następny tekst