felieton  / Felieton

Kultura redaktora naczelnego, odcinek 7

Witajcie w siódmym odcinku z serii „Kultura redaktora naczelnego. O wszystkim co shitowe”. Tych, którzy nie wiedzą, co to za cykl, a dowiedzieć się chcą, odsyłam do odcinka pierwszego. A tu lista wszystkich dotychczasowych tekstów w tej serii.

***

Szósty odcinek tego cyklu zaowocował arcyciekawą dyskusją na naszym redakcyjnym Slacku odnośnie przyszłości ‚wszystkiego’, w tym kolejnych technologicznych akceleratorów. Zaowocowało to dwoma niezwykle ciekawymi tekstami - Maćka Gajewskiego oraz Marcina Połowianiuka. Do zapoznania się z obydwoma tekstami mocno zachęcam.

Mnie osobiście bliżej jest do toku rozumowania Marcina (co oczywiście nie oznacza, że to Maciek może nie mieć racji), który pisze:

Jeśli dostęp do informacji jest natychmiastowy, powszechny i właściwie kompletnie uniezależniony od lokalizacji, to co musi mieć następny akcelerator, następne the next big thing? W jaki sposób można jeszcze bardziej przyspieszyć przepływ informacji? Można to zrobić tylko w jeden sposób: serwując informację wyprzedzającą realne wydarzenia.

Od tego już tylko prosty ciąg logiczny prowadzi nas do takiego wniosku zwerbalizowanego przez Marcina:

Bo kiedy okazałoby się, że algorytmy działają lepiej od miksu naszych hormonów i impulsów nerwowych w mózgu, to czy nie zgodzilibyśmy się na pewne ograniczenia w wolnym wyborze? Dziś brzmi to niedorzecznie, ale 20 lat temu równie niedorzecznie brzmiał pomysł udostępnia korporacjom wszystkich swoich danych w imię darmowej nawigacji i sprawnej poczty e-mail.

Właśnie - wolna wola. Coś, co wydaje się fundamentem życia człowieka. Podstawą wszystkiego - od wyboru koloru bielizny, którą nakładamy rano, przez wyselekcjonowanie serialu do obejrzenia w weekendowy wieczór, aż po wybór partnerki/partnera życiowego i zawodu, który będziemy wykonywać.

No więc - i tu trafiamy na coś naprawdę shitowego - wolna wola nie istnieje. I są na to niezbite dowody.

To znaczy, żebyśmy mieli jasność - jeżeli mówiąc „wolna wola” rozumiemy zdolność działania zgodnie z własnymi pragnieniami, to pewnie możemy przyjąć, że my ludzie wolną wolę mamy. Pytanie jednak jest inne - czy my mamy zdolność wybierania tych pragnień?

Dlaczego chcę kupić super samochód i wybrałbym Porsche 911 Turbo S, a nie Ferrari 488? Dlaczego w ostatnich wyborach prezydenckich głosowałem na Rafała Trzaskowskiego, a nie Andrzeja Dudę? Dlaczego chętnie zjadłbym deser i wybrałbym szarlotkę z lodem waniliowym, a nie tiramisu?

Nie wybieramy żadnych z tych pragnień. Czujemy, że rodzi się w nas konkretne pragnienie, ponieważ jest ono wytwarzane w naszych mózgach przez procesy biochemiczne. I - jak wielokrotnie udowodnili to naukowcy - te procesy mogą być deterministyczne lub przypadkowe, ale na pewno nie wolne.

Nie są to filozoficzne spekulacje. Na podstawie skanowania mózgu naukowcy są dziś w stanie przewidywać pragnienia i decyzje ludzi, zanim oni sami sobie je uświadomią.

Udowadniają to eksperymenty z wykorzystaniem skanera mózgu. Uczestnicy takiego badania umieszczani są wewnątrz niego. Otrzymują dwa włączniki i proszeni są, by w dowolnym momencie wcisnęli jeden z nich. I tak, intuicja was nie myli - badacze mogą z pełną precyzją przewidzieć, który włącznik wciśnie testowana osoba na długo przed tym jak faktycznie to zrobi. Skąd to wiedzą?

Ponieważ potrafią dostrzec ciąg reakcji biochemicznych w naszym mózgu, który powoduje, że naprawdę chcemy wcisnąć lewy włącznik zanim to pragnienie do nas dociera. Wniosek jest więc prosty - nie wybieramy własnych pragnień, my je tylko odczuwamy i odpowiednio w stosunku do nich postępujemy.

A jak ktoś w to wątpi, to niech wykona na sobie bardzo prosty eksperyment. Spróbujcie przez 60 sekund nie myśleć i zobaczcie co się stanie. No właśnie - czy na pewno jesteśmy panami naszych myśli i decyzji skoro nie potrafimy zapanować nad strumieniem świadomości przez zaledwie minutę?

Jeśli więc to nie my sterujemy własnymi pragnieniami, a w konsekwencji wolną wolą, to rodzi się chytre pytanie - a co jeśli chcielibyśmy nimi sterować na wzór procesów reakcji biochemicznych w naszych mózgach? Odpowiedź jest porażająca - da się. Co więcej, eksperymenty i testy dowodzą tego w stu procentach.

Najpierw testowano szczury. Wiadomo, bo szczury. Wszczepiano im elektrody w ośrodek czuciowy i ośrodek nagrody w mózgu. Dzięki temu można było zdalnie sterować takim szczurem. Na przykład rozkazać mu skręcić w lewo, wspinać się po drabince lub nawet robić rzeczy, których szczury wyjątkowo robić nie lubią - skakać z dużych wysokości. Na krytykę działaczy dbających o dobro zwierząt, szef eksperymentu profesor Sanjiv Talwar z nowojorskiego uniwersytetu wyjaśniał, że przecież szczury pracują dla przyjemności, a elektrody stymulujące ośrodek nagrody w ich mózgu wprowadzają ich w stan niezwykłej satysfakcji.

A co jeśli…, dobrze myślicie - dokładnie tak samo można sterować człowiekiem. I oczywiście już takie eksperymenty są przeprowadzane. Głośnym sukcesem izraelskich psychiatrów było wszczepienie elektrody do mózgów pacjentów cierpiących na ostre depresje. Elektrody podłącza się do małego komputera, który przypięty jest do klatki piersiowej pacjenta. Na polecenie komputera elektrody wysyłają impulsy elektryczne, które paraliżują obszary mózgu odpowiedzialne za depresję. W wielu przypadkach pacjenci raportowali, że poczucie mrocznej pustki znikało jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dopóki działała elektroda w mózgu byli wyleczeni.

Podobne eksperymenty prowadzi wojsko. Zapewne nie tylko to amerykańskie, które kilka lat temu zaprosiło na testy specjalnego kasku stymulującego mózg dziennikarkę „New Scientist” Sally Adee. Z nim na głowie Sally pokonała 20 wirtualnych terrorystów, którzy mieli za zadanie ją zabić. Supermoce zrobiły na dziennikarce takie wrażenie, że po eksperymencie jej życie kompletnie się zmieniło: - Po raz pierwszy cały hałas w mojej głowie zamilkł. (…) Gdy odebrano mojemu mózgowi zwątpienie w siebie doznałam swoistego objawienia. (…) Po tym doświadczeniu jedyną rzeczą, której pragnęłam było wrócić tam i założyć ten kask raz jeszcze.

Stąd już tylko krok do tego, by był kask na „naukę języka obcego w 14 dni” (w końcu reklamy serwowane przez Roberta Gryna byłyby prawdziwe!), kask na „naukę programowania w c”, czy kask, by… „przeżyć całe życie w nirwanie”.

Jak pisze Marcin Połowianiuk w konkluzji swojego tekstu:

Dziś trwa debata czy warto poświęcić prywatność w imię wygody. Być może za 50 lat ten problem pójdzie dużo dalej, a nasze dzieci będą zadawać sobie pytanie, czy warto poświęcić tzw. „wolną wolę” na rzecz dobrze skrojonej podpowiedzi optymalizującej wybory życiowe. Kto wie, może będzie to wielkim problemem etycznym kolejnych pokoleń.

Jestem przekonany, że tak będzie. I takich Sally Adee, które po spróbowaniu supermocy wynikających z integracji swojego mózgu z komputerem i oddania ułudy wolnej woli, będzie mnóstwo.

A w końcu zrobimy to wszyscy. Zintegrujemy się z technologią, staniemy się jednym połączonym mózgiem. I wtedy nadejdzie Osobliwość.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst