Tech  / Felieton

Co będzie dalej?

Były smartfony, a po nich długo, długo nic. Na the next big thing, czyli kolejny akcelerator, tym razem możemy poczekać naprawdę długo.

Przemek Pająk w ostatnim odcinku Kultury redaktora naczelnego pisze o swoim znudzeniu technologiami. Minęło już trzynaście lat odkąd pojawiły się smartfony, czyli sprzęt, który odmienił nasze życie. Jednych w mniejszym stopniu, innych w większym, ale w ujęciu globalnym nie sposób nie zauważyć ich roli.

Smartfony pociągnęły za sobą rozwój internetu mobilnego, a więc dały dostęp do całej wiedzy świata praktycznie w każdym miejscu. Utworzyły setki milionów miejsc pracy i spowodowały gigantyczny rozkwit wielu branż. Wyznaczyły nowy kierunek w rozwoju informatyki i całej technologii. Zmieniły media, relacje międzyludzkie, a także nas samych. Błyskawiczny dostęp do informacji sprawia, że dziś łatwiej zapamiętujemy nie tyle samą informację, ile miejsce, w którym na nią trafiliśmy.

Smartfon zdecydowanie był „the next big thing” w rozwoju nie tylko technologii, ale wręcz całej ludzkości. Trudno to kwestionować. Co roku na świecie sprzedaje się 1,5 mld inteligentnych telefonów, a w efekcie dziś mają je wszyscy – od dzieci po pokolenie ich dziadków, od pracowników londyńskich korporacji po ulicznych sprzedawców w Delhi.

Od premiery smartfona minęło już trzynaście długich lat. Co dalej?

Nie bez powodu zacząłem od przywołania tekstu Przemka, ponieważ wywołał on arcyciekawą dyskusję na naszym redakcyjnym Slacku. Zaczęliśmy się zastanawiać, co może być następnym wielkim wynalazkiem ludzkości.

Maciek Gajewski dowodzi, że rewolucja odbywa się na naszych oczach, a jest nią chmura i rynek IoT, czyli nieinwazyjna technologia otaczająca nas niczym powietrze. Hej Alexa, przyciemnij światło w salonie, włącz jazz na Spotify i zamów karmę dla kota - są rejony świata, gdzie po wypowiedzeniu tych słów słowo faktycznie ciałem się staje.

Mam jednak wrażenie, że rozwój niewidzialnych, nieinwazyjnych interfejsów to tylko kolejna odnoga nowych technologii, kolejna iteracja sposobu komunikacji między człowiekiem a komputerem. Bez większego potencjału na bycie kolejnym akceleratorem. Akceleratorem, czyli nową siłą napędową, swoistym wyższym biegiem w rozwoju cywilizacyjnym.

Na przestrzeni lat akceleratorów było wiele.

Pierwszym z nich najpewniej było koło. Bez wątpienia akceleratorem było też stworzenie alfabetów, a później wynalezienie druku. Kolejne pojawiały się szybciej: kolej, samochód, samolot, radio, telewizja, komputer, telefon, internet, czy w końcu smartfon. Każdy taki akcelerator przyjmował się powszechnie i globalnie, realnie zmieniając życie ludzi.

Widzę jedną cechę wspólną akceleratorów, a jest nią przyspieszanie przepływu informacji. Moim zdaniem jest to absolutna esencja konceptu akceleratora. Dawniej przepływ informacji wiązał się z podróżą człowieka, stąd globalny sukces kolei, lotnictwa czy w końcu motoryzacji w swoich pierwotnych założeniach. Później informacja została uwolniona i można było przesłać ją zdalnie, bez fizycznych podróży. Umożliwiały to najpierw radio i telewizja, a później komputer i - zwłaszcza - internet.

Smartfon wydaje mi się urządzeniem docierającym do samego sufitu tej koncepcji. Daje dostęp do całej powszechnej wiedzy świata o dowolnej porze i w dowolnym miejscu. Na smartfonie nie tylko sprawdzimy dorobek naukowy z dowolnej dziedziny, ale jednocześnie to smartfon poinformuje nas pierwszy, że właśnie płonie katedra Notre-Dame. Zanim telewizja dotrze na miejsce wydarzeń, my będziemy na żywo śledzić relacje przechodniów zebrane pod jednym hashtagiem na Twitterze i Instagramie.

Jeśli dostęp do informacji jest natychmiastowy, powszechny i właściwie kompletnie uniezależniony od lokalizacji, to co musi mieć następny akcelerator, następne the next big thing? W jaki sposób można jeszcze bardziej przyspieszyć przepływ informacji?

Można to zrobić tylko w jeden sposób: serwując informację wyprzedzającą realne wydarzenia.

To właśnie w tym obszarze upatrywałbym the next big thing. Początki takiej technologii widzimy już teraz. Inteligentni asystenci powiadamiają nas, by zabrać z domu parasol, bo po południu będzie padać. To imponujące osiągnięcie pod kątem technicznym, ale taka funkcja nie porwie tłumów. Jest za mała, działa w zbyt małej skali. Prawdziwą rewolucją byłaby informacja z dużo odleglejszej przyszłości.

Zastanówmy się. Dziś wybieramy studia de facto w ciemno, wiedząc niewiele o sobie samym, a tym bardziej o rynku pracy. Dopiero po pięciu latach na uczelni dowiadujemy się, czy podjęliśmy dobrą decyzję.

A co, gdyby taką informację uzyskać… pięć lat wcześniej?

Brzmi jak science-fiction, ale czy na pewno jest to niemożliwe?

Kilkanaście lat temu nie dało się przewidzieć dokładnego czasu dojazdu autem z punktu A do punktu B. Nie wiadomo było, czy po drodze nie wpadniemy w korki, ani czy na trasie nie trwa remont. Dziś nawigacja Google przewiduje co do minuty czas naszego dojazdu do konkretnego punktu, oddalonego nawet o setki kilometrów.

Nie ma w tym żadnej magii. System bazuje na aktualizowanych na żywo danych od innych użytkowników drogi, a także na analizie naszych dotychczasowych zachowań. Google doskonale wie, kto z nas ma ciężką nogę, a kto będzie się trzymał przepisowych 100 km/h na dwupasmówce, więc każdy użytkownik dostaje idealnie spersonalizowany czas dojazdu.

Dziś nawigacja Google'a podpowiada, by zjechać z głównej trasy i ominąć korek. Czy za 20 lat Google podpowie twojemu dziecku, by porzuciło medycynę na rzecz prawa?

Hej Antku, widzę, że wybierasz kierunek studiów. Na bazie twoich preferencji, doświadczeń i zachowań, przy uwzględnieniu globalnych trendów, wyliczyłem, że masz małe szanse na zostanie lekarzem-specjalistą. W zawodzie prawnika masz o 70 proc. większe szanse na sukces zawodowy.

Taka informacja brzmi futurystycznie, ale nie jest przecież nierealna. Nie myślmy o tej koncepcji jak o romantycznym przewidywaniu przyszłości. Zamiast tego widzę tu chłodną kalkulację prawdopodobieństwa wyliczonego na bazie algorytmów z dostępem do odpowiedniej ilości danych.

Studia to tylko początek. Google przyszłości mógłby wyliczyć prawdopodobieństwo udanego związku z daną osobą, podpowiadać kolejne kroki na ścieżce kariery, czy sugerować optymalny moment na przeprowadzkę czy wręcz na dziecko.

Przy odpowiednim zestawie danych, optymalizacja życia wydaje się czymś niezwykle kuszącym.

Być może rację ma Przemek mówiący, że na horyzoncie nie widać prawdziwie przełomowych urządzeń. Być może jednocześnie rację ma Maciek który widzi przyszłość w rozwoju usług chmurowych i IoT. Być może the next big thing rozpoczyna się właśnie teraz, w serwerowniach analizujących big data.

Skoro dziś możemy wiedzieć wszystko o wszystkim będąc gdziekolwiek, to być może jutro będziemy mieć przewidywane informacje o sytuacjach, które jeszcze się nie wydarzyły. Być może będziemy znać konsekwencje naszych decyzji zanim je podejmiemy. W ogólnym rozrachunku jest to przecież kwestia odpowiednio bogatego zestawu danych do analizy.

Ktoś powie: to ingerencja w wolną wolę! Nie wpuszczę sztucznej inteligencji tak głęboko w moje życie!

Doprawdy? A czy już tego nie robisz korzystając z coraz większej liczby urządzeń i usług? Czy już dziś nie dajesz korporacjom analizować swoich zachowań? Czy masz pewność, że twoja internetowa peleryna niewidka nie ma dziur, przez które jednak cię widać?

Proces udostępniania danych zachodzi niezauważalnie i cały czas postępuje. Kiedyś Google czytał tylko nasze maile, dziś analizuje nasze zdjęcia i wie jakim jeździmy autem i gdzie mieszkamy. Google wie ile ważysz i czy masz problemy z sercem. Inteligenty zegarek dostarcza mu informacji o twoim pulsie, więc jednocześnie Google dobrze wie kiedy ostatni raz uprawiałeś seks. Nie jest to trudne do wydedukowania, kiedy dysponuje się wykresem tętna z całego tygodnia.

Dziś trwa debata czy warto poświęcić prywatność w imię wygody. Być może za 50 lat ten problem pójdzie dużo dalej, a nasze dzieci będą zadawać sobie pytanie, czy warto poświęcić tzw. „wolną wolę” na rzecz dobrze skrojonej podpowiedzi optymalizującej wybory życiowe. Kto wie, może będzie to wielkim problemem etycznym kolejnych pokoleń.

Bo kiedy okazałoby się, że algorytmy działają lepiej od miksu naszych hormonów i impulsów nerwowych w mózgu, to czy nie zgodzilibyśmy się na pewne ograniczenia w wolnym wyborze? Dziś brzmi to niedorzecznie, ale 20 lat temu równie niedorzecznie brzmiał pomysł udostępnia korporacjom wszystkich swoich danych w imię darmowej nawigacji i sprawnej poczty e-mail.

Być może na the next big thing musimy poczekać do prawdziwie potężnego przełomu technologicznego, czegoś na kształt komputera kwantowego - a w praktyce Demona Laplace’a - rodem z serialu Devs. Do tego jednak nie dojdzie szybko, o ile w ogóle. W międzyczasie zostają nam algorytmy, uczenie maszynowe, big data i odzieranie się z kolejnych - rzekomo nietykalnych - świętości.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst