felieton  / Felieton

Kultura redaktora naczelnego, odcinek 6

Witajcie w szóstym odcinku z serii „Kultura redaktora naczelnego. O wszystkim co shitowe”. Tych, którzy nie wiedzą, co to za cykl, a dowiedzieć się chcą, odsyłam do odcinka pierwszego. A tu lista wszystkich dotychczasowych tekstów w tej serii.

***

Robert Lewandowski nie ma szczęścia. To brzmi dziwnie zważywszy na status polskiego herosa, prawda? A jednak. Robert Lewandowski szczęścia nie ma. Znowu, można powiedzieć.

Gdy w 2016 r. zabrakło go w czołowej 10 najlepszych piłkarzy sezonu w plebiscycie „France Football”, skwitował to tweetem „Le cabaret”. Miał powód. To był dla niego niesamowity sezon - zdobył łącznie 42 gole - 30 w Bundeslidze, 9 w Lidze Mistrzów oraz 3 w Pucharze Niemiec. Wygrał mistrzostwo Niemiec, zdobył Puchar Niemiec oraz Superpuchar Niemiec. W Mistrzostwach Europy, z reprezentacją Polski osiągnął historyczny sukces docierając do ćwierćfinału i choć na francuskich boiskach nie zachwycił, zdobył superważnego gola w boju o półfinał z Portugalią.

W 2020 r. był faworytem do wygrania Złotej Piłki. Absolutnym faworytem. Nikt - no, może poza Cristiano Ronaldo w ostatnich tygodniach - nie zbliżył się do jego poziomu w tym roku. Absolutny rekord goli w nowożytnej erze Bundesligi, kolejne mistrzostwo Niemiec i Puchar Niemiec, rekordowa liczba bramek w Lidze Mistrzów, walka o Złoty But dla najlepszego strzelca w Europie. Na dodatek wciąż z wielkimi szansami na wygranie upragnionej Ligi Mistrzów z Bayernem. I jeszcze awans do Mistrzostw Europy z reprezentacją Polski.

Ale „France Football” odwołał tegoroczny plebiscyt na Złotą Piłkę. Bo koronawirus, bo pandemia. - Jak sprawiedliwie porównać dokonania zawodników, w sytuacji, gdy jedni grali, a drudzy nie? - pytają francuscy organizatorzy prestiżowej gali. Aż ciśnie mi się na usta odpowiedź - i pojadę tu aktualnie obowiązującą polskością - ciekawe co by było, gdyby to liga francuska grała, a Bundesliga nie, i gdyby to Kylian Mbappe był w życiowej formie. Albo gdyby Cristiano był w formie z ostatnich tygodni przez cały sezon. Czy równie ochoczo „France Football” odwoływałby Złotą Piłkę w tym roku?

Robert Lewandowski to absolutnie najbardziej podziwiany przeze mnie Polak. Idol - nie boję się tego powiedzieć. Nie dość, że Polska nigdy nie miała swojego reprezentanta w sporcie masowym na tym poziomie, to na dodatek na obcej ziemi Lewandowski zawstydza lokalesów. I to w Niemczech - krainie z jednej strony niedoścignionej dla naszych marzeń o sukcesie finansowym i organizacyjnym, a z drugiej wciąż z nie do końca zaklajstrowanymi bliznami po wiekach upokorzeń i dominacji.

Etosem pracy, determinacją, ordnung muss seinem zawstydza Lewandowski Niemców na tyle, że nawet przestaliśmy w Polsce płakać za Miroslavem Klose oraz Lukasem, tj. Łukaszem, Podolskim. I zapewne nikt nie zrobił więcej niż Lewy dla poprawy wizerunku Polaka w Niemczech po latach dominacji handlarzy-cwaniaków z Berlina Zachodniego i specjalistów od przerzucania Mercedesów przez granicę.

Lewandowski zadaje także kłam obiegowej opinii, że piłkarz = idiota. Może publiczne wypowiedzi na tematy ogólne mógłby jeszcze Robert z PR-owcami poćwiczyć, to jednak biznesowe prowadzenie własnej marki wyniósł na standardy daleko wykraczające poza swojski grajdołek. Gra w jednej lidze z jednej strony z Cristiano Ronaldo, czy Zlatanem Ibrahimovicem, a z drugiej z LeBronem Jamesem, czy Lewisem Hamiltonem.

I na dodatek, tak po ludzku, mimo oszałamiającego sukcesu, wciąż pozostaje normalnym człowiekiem. Wiem to z pierwszej ręki. Miałem go okazję spotkać dwa razy. W obu sytuacjach dla niego profesjonalnych, gdy po prostu wykonywał swoją marketingową pracę. A jednak pamiętał, że się już spotkaliśmy, zagadał, dobrze czuł się w niezobowiązującym small-talku. Poznałem w swoim życiu kilku innych ludzi (mniejszego) sukcesu. Ich poziom ogarniania rzeczywistości był zakrzywiony czasoprzestrzennie nieco mocniej niż wynikałoby to ze wzoru E=mc2.

Cieszmy się obecnością Roberta Lewandowskiego w naszych telewizorach, póki jeszcze mamy szansę go oglądać. Gdy za kilka lat przestanie nam animować czas w weekendowe popołudnia i wieczory, docenimy jak wiele wnosił do naszego codziennego życia radości, patriotycznych uniesień i okazji do napicia się piwa z kumplami.

I życzmy mu Złotej Piłki w 2021 r.

***

Nudzą mnie dziś nowe technologie. Jako wielki entuzjasta wszystkiego co nowe, jestem zniecierpliwiony czekaniem na kolejny przełom - tak pisałem, uwaga, 11 października 2017 r.

Minęły prawie trzy lata. Nic się nie zmieniło. Dalej się nudzę, bo wciąż czekamy na przełom. A w zasadzie to na kolejny technologiczny akcelerator.

Wydawało się, że urządzenia technologii ubieralnych będą next big thing technologii, który powtórzy przypadek smartfonów – że czeka nas niesamowity rozkwit usług i aplikacji, które wyniosą te urządzenia na pozycję nieodzownych kompanów naszego życia. Tak się nie stało. Dziś wearables są w odwrocie. W zasadzie żyje tylko Apple Watch.

Podobnie jest z VR (wirtualna rzeczywistość), który typowany był na technologię, której rozkwit zmieni świat. Nie wiem, ja wciąż tego nie widzę, przynajmniej do czasu, aż nie trzeba będzie zakładać wielkich gogli na twarz, a na to się nie zapowiada.

Smart home? Niby w moim domu pojawia się coraz więcej gadżetów podłączonych do internetu, lecz nie wnoszą one zbyt wiele do mojego codziennego życia, no, może obok kolekcji głośników Sonosa, które wraz z serwisami streamingu muzyki zdecydowanie zmieniły sposób, w jaki słucham muzyki.

Telewizor? Jego używam tylko i wyłącznie jako ekranu do oglądania transmisji piłkarskich na żywo, czasami zarzucę coś na Netfliksie, czy HBO GO, choć wolę oglądać seriale na ekranie smartfona lub komputera.

No to może AR (poszerzona rzeczywistość)? Cóż, sam koncept nakładki cyfrowej na rzeczywistość realną wydaje się spektakularny, ale na razie ogranicza się do mało ciekawych pokazów możliwości iPhonów i iPadów w tym zakresie na konferencjach Apple’a. Może sytuację zmienią Okulary AR od Apple, o których coraz głośniej się plotkuje, że zadebiutują w 2021 r.

Czekamy więc na inny akcelerator, czyli technologiczne wynalazki, które pojawiają się w określonych momentach historii i zmieniają życie człowieka na Ziemi.

Pierwszym z nich było wynalezienie koła przez człowieka, drugim kilka tysięcy lat później wynalezienie druku. W XX w. akceleratory pojawiały się co kilkadziesiąt lat – samochód, radio, telewizja, komputer PC, telefon, internet – by wymienić tylko te najważniejsze. Wszystkie zmieniały świat.

Ostatnim wielkim akceleratorem technologicznym były smartfony w 2007 r. To one przyniosły rozkwit internetu mobilnego, stworzyły zupełnie nową ekonomię aplikacji mobilnych, dały podwaliny pod rozwój mediów społecznościowych i stworzyły setki milionów miejsc pracy.

Od debiutu smartfonów minęło już 13 długich lat, a kandydata na nowego akceleratora próżno szukać, choć ponoć nigdy technologia nie rozwijała się tak szybko.

Nie znajdziemy chyba nikogo, kto kwestionowałby fakt, iż tempo rozwoju technologii w takich dziedzinach jak medycyna, motoryzacja, energetyka, transport jest dziś na niespotykanym dotychczas poziomie. Wciąż jednak brakuje jednego punktu zapalnego, czegoś, co rozwiąże realne problemy i spowoduje, że przeciętni ludzie zaczną korzystać z nowej technologii.

Albo po prostu brakuje Steve’a Jobsa, który potrafiłby przełożyć skomplikowane osiągnięcia inżynierów i naukowców na język zrozumiały dla zwykłego odbiorcy.

Tak, czy siak rozglądam się z wytęsknieniem i szukam czegoś, co może być kandydatem na kolejny akcelerator. I mimo przelotnych zachwytów nad różnymi nowinkami, niczego takiego nie znajduję.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.