Tech  / Recenzja

Tym modelem chcieli przejść z kategorii „dobre, bo tanie” do „dobre, ale drogie”. Xiaomi Mi 10 - recenzja

160 interakcji
dołącz do dyskusji

Czy Xiaomi za 3500 zł to wciąż lepsze Xiaomi? Starałem się odpowiedzieć na to pytanie przez ostatnie tygodnie, testując Xiaomi Mi 10.

Xiaomi albo wie, co robi, albo porywa się z motyką na słońce. Tak pisałem w pierwszych wrażeniach. Po tygodniu zidentyfikowałem dwie ogromne zalety (akumulator i świetny ekran) oraz dwie karygodne wady (brak wodoodporności i marne głośniki, które Xiaomi reklamuje jako świetne).

Teraz najwyższa pora podsumować czas spędzony z Xiaomi Mi 10 i jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy smartfon tej firmy wyceniony za 3500 zł to czyste szaleństwo, czy może jednak w tym szaleństwie jest jakaś metoda.

Kiedy „dobry”, „fajny” i „spoko” to za mało.

Gdy przez ostatnie tygodnie ktoś pytał mnie, „jak tam Xiaomi Mi 10”, odpowiadałem – dobry. Fajny. Nawet spoko.

Bo gdybym miał streścić ogólną ocenę Xiaomi Mi 10 do jednego słowa, byłoby to właśnie „spoko”. „Fajny”. Niewiele można mu zarzucić, a przy tym bardzo łatwo go polubić, dzięki kombinacji znakomitych podzespołów, zaskakująco dopieszczonego oprogramowania, świetnego czasu pracy na jednym ładowaniu i bardzo, ale to bardzo dobremu aparatowi.

„Spoko” można jednak powiedzieć o większości smartfonów na rynku. Każdy z nich jest mniej lub bardziej „spoko”, trzeba się naprawdę nagimnastykować, by znaleźć urządzenie jednoznacznie kiepskie lub niewarte zakupu.

Tylko w przypadku Xiaomi potrzebny jest nam jeszcze kontekst cenowy. Xiaomi Mi 10 jest pierwszym sztandarowym sprzętem firmy, który cenowo wcale nie odstaje zanadto od konkurencji. Fani jednoznacznie dali nam znać, co o tym sądzą – to szaleństwo.

Mogę więc powiedzieć, że Xiaomi Mi 10 jest „spoko”. Tylko czy na tyle „spoko”, by zapłacić za niego aż 3500 zł, podczas gdy taniej mogę kupić nowego OnePlusa 8, Oppo Reno3 Pro albo nowego, taniego iPhone’a SE?

Do tego telefonu trudno się przyczepić. Ale też… trudno się nim zachwycić.

W codziennym użytkowaniu, nie licząc przereklamowanych głośników i braku wodoodporności, w ciągu ostatnich tygodni nie przeszkadzało mi nic.

Xiaomi Mi 10 zachowywał się dokładnie tak, jak spodziewałbym się po telefonie z procesorem Qualcomm Snapdragon 865, 8 GB RAM i 128 GB miejsca na dane. Akumulator zaś przekroczył moje oczekiwania – 4780 mAh bez trudu wystarczyło mi na dwa dni normalnego użytkowania.

Wrażenie ogólnej płynności potęgował też fenomenalny ekran AMOLED o przekątnej 6,67”, rozdzielczości 2340 x 1080 px i 90 Hz odświeżania. Ekran to jeden z najjaśniejszych (zamierzona gra słów) punktów tego telefonu – jest wielki, piękny, z idealnymi kątami widzenia i świetnymi kolorami. Zero uwag. Dodam też, że uwielbiam tryb always-on w Xiaomi, zwłaszcza planszę symulującą wysokość słońca na horyzoncie. Mała rzecz, która bardzo cieszy.

Cieszy też naprawdę dobry czytnik linii papilarnych pod ekranem. Te zwykle sprawują się marnie, ale skuteczność sensora w Xiaomi Mi 10 mogę ocenić na 9/10. Czyli świetnie.

Jak na tak potężny telefon, Xiaomi Mi 10 również zaskakująco dobrze leży w dłoni. Niektórym może przeszkadzać jego relatywnie spora masa (208 g), ale osobiście bardzo mi to pasuje – lubię czuć telefon w kieszeni, lubię jego ciężar w dłoni. Masa i fizyczna „gęstość” urządzenia sprawiają fenomenalne wrażenie.

Polecam tylko od razu dokupić do telefonu etui, bo: a) plecki brudzą się niesłychanie szybko i są bardzo śliskie b) wystające aparaty sprawiają, że telefon nie leży płasko na blacie.

Wszystko pięknie, tylko że… gdyby nieco pozmieniać szczegóły, powyższe fragmenty mogłyby dotyczyć wielu nowych telefonów, od topowych Samsungów po Xiaomi Mi Note 10.

Będąc zupełnie szczerym, nie znalazłem w tym telefonie nic, do czego mogę się na poważnie przyczepić, ale też nie znalazłem nic, co by mnie jednoznacznie zachwyciło. Xiaomi Mi 10 nie ma ani jednego „x-factora”, czegoś, co wywoływałoby „efekt wow”. To sprawnie działająca maszyneria, składająca się ze świetnych komponentów, jednak brakuje mu choć jednego wyróżnika, który zwalałby z nóg i wyróżniał Xiaomi Mi 10 na tle konkurencji. Nawet od strony wizualnej Xiaomi Mi 10 jest ładny, ale... nie powala. Od tyłu wygląda niemal tak samo, jak o wiele tańszy Xiaomi Mi Note 10. A od frontu jak po prostu 10 innych smartfonów. Niczym się nie wyróżnia, niczym nie odstaje.

Zaraz zaraz – a co z aparatem?

Tym „x-factorem" w Xiaomi Mi 10 miał być aparat. I zgodzę się, że jest tutaj co lubić… do pewnego stopnia.

Powiem tak: gdyby Xiaomi Mi 10 miał tylko jeden aparat, ten o rozdzielczości 108 Mpix, pisałbym o nim pieśni pochwalne. Niestety… na pleckach Xiaomi Mi 10 znajdziemy jeszcze dwa aparaty.

Zacznijmy jednak od pochwał i głównego aparatu.

Ten sensor jest niesamowity, a produkowane przez niego rezultaty momentami naprawdę zwalają z nóg.

Podobnie jak w Xiaomi Mi Note 10, tutaj też telefon produkuje finalny obrazek o rozdzielczości 27 Mpix, łącząc ze sobą cztery sąsiadujące piksele. Skutkuje to ogromną ilością detali i zaskakująco dobrymi efektami w kiepskich warunkach oświetleniowych.

Sensor 108 Mpix jest też fizycznie duży. O wiele większy od większości sensorów w smartfonach, a to – w połączeniu z jasnym obiektywem f/1.7 – skutkuje naturalnym rozmyciem tła, które ładnie odcina fotografowany obiekt od otoczenia (choć trzeba przyznać, momentami efekt wygląda nieco „cyfrowo”).

Główny aparat zaskakuje też w wideo. Błyskawicznie dopasowuje ekspozycję, błyskawicznie ustawia ostrość, a stabilizacja obrazu gra niemal w tej samej lidze, co iPhone 11.

Tutaj jednak przechodzimy do wad.

Jedno ograniczenie, którego nie rozumiem, to brak możliwości przełączania się między obiektywami w trakcie nagrywania. Mam nadzieję, że Xiaomi uzupełni ten brak stosowną aktualizacją. Zupełnie zbyteczny jest też tryb nagrywania 8K, w którym możemy nagrać do 6 minut wideo. Podobnie jak w Galaxy S20 Ultra, tak i tutaj wideo 8K wygląda… źle, no co tu dużo mówić. O wiele gorzej niż wideo 4K. 8K na pewno przydaje się w materiałach marketingowych producenta, ale użytkownicy na tym trybie nie skorzystają.

Na pochwałę nie zasługują też pozostałe dwa aparaty.

Sensor 13 Mpix z obiektywem ultrawide sprawuje się… ok. Jak mawia młodzież – ujdzie. Obiektyw o jasności f/2.4 w połączeniu z tą matrycą produkuje zadowalające rezultaty, choć kolory są nieco nazbyt przytłumione jak na mój gust, a bez dodatkowej korekty w post-produkcji niektóre kadry są stanowczo za bardzo zniekształcone.

Sensor 2 Mpix z obiektywem macro jest natomiast totalnym nieporozumieniem. Skąd się wzięła ta dziwna moda i dlaczego Xiaomi zdecydowało się wstawić sensor macro zamiast aparatu z obiektywem telefoto – nie wiem. Wiem tylko tyle, że aparat 2 Mpix robi dokładnie tak złe zdjęcia, jak brzmi. Jakość ujęć zrobionych tym sensorem jest absolutnie fatalna, niezależnie od warunków oświetleniowych i nic, absolutnie nic nie usprawiedliwia zastosowania takiego układu w telefonie za 3500 zł.

Tym bardziej, że jeśli zrobimy to samo ujęcie głównym aparatem 108 Mpix (zwłaszcza w trybie wykorzystującym pełną rozdzielczość) i przytniemy delikatnie zdjęcie, uzyskujemy identyczny kadr, za to w znacznie wyższej jakości. Szkoda.

Szkoda też, że tryb nocny w Xiaomi Mi 10 jest, a jakby go nie było. Ze względu na lockdown nie szlajałem się z aparatem po mieście po zmroku, ale wykonałem kilka testowych zdjęć w pogrążonym w półmroku pokoju.

Zdjęcie zrobione głównym sensorem wygląda bardzo dobrze.

Widać jednak, że po włączeniu trybu nocnego nie zmienia się… praktycznie nic.

Liczyłem na to, że tryb nocny wyciągnie nieco detali z pogrążonej w cieniu biblioteczki, ale tak się nie stało. Tryb nocny w Xiaomi Mi 10 jest dokładnie tak samo „nieobecny”, jak w Xiaomi Mi Note 10.

Tryb 2x również wypada przyzwoicie, ale nic w tym dziwnego – nie jest to przecież dwukrotny zoom optyczny, a ledwie dwukrotny zoom cyfrowy uzyskany poprzez powiększenie kadru z głównego sensora.

Aparat z obiektywem ultrawide radzi sobie po zmroku zwyczajnie źle. Detale znikają, zastąpione przez ogromny szum, kolory bledną, a zakres tonalny jest po prostu fatalny. Również ostrość pozostawia wiele do życzenia. Na ekranie podglądu zdjęcie wydaje się ostre, ale po zrobieniu i przybliżeniu widać, że mamy tu do czynienia z klasycznym „mydłem".

Sytuację ratuje nieco przyzwoity aparat przedni o rozdzielczości 20 Mpix. Nie brakuje mu detali, choć rozpiętość tonalna mogłaby być nieco lepsza. Zwróćcie uwagę na cienie na twarzy i prześwietlenia za oknem – to bardzo trudna sceneria dla aparatu i choć Xiaomi Mi 10 poradził sobie z nią całkiem nieźle, iPhone 11 (kosztujący niemal tyle samo) poradził sobie z nią znacznie lepiej.

W ogólnym rozrachunku powiem jednak wprost – jeśli ktoś chce Xiaomi z dobrym aparatem, ma dwa wyjścia: kupić droższego Xiaomi Mi 10 Pro, lub, paradoksalnie, o wiele tańszego Xiaomi Mi Note 10. W Xiaomi Mi 10 jedynym naprawdę jasnym punktem układu aparatów jest główny sensor. Reszta brodzi w oparach przeciętności.

Ach, byłbym zapomniał – przepraszam za ten koszmarny znak wodny na zdjęciach. Zupełnie zapomniałem, że chińscy producenci mają w zwyczaju zostawiać go domyślnie włączonego. Jeśli kupicie jakikolwiek smartfon Xiaomi, upewnijcie się, że wyłączycie tę opcję w ustawieniach aparatu.

To jak jest z tym Xiaomi Mi 10 – brać, czy nie brać?

Zwykle nie mam najmniejszego problemu z oceną, czy warto kupić dany smartfon, czy też nie. W przypadku Xiaomi Mi 10 mówię jednak: nie mam zielonego pojęcia.

Obiektywnie jest to kapitalny sprzęt. Ze świetnymi podzespołami, świetnym głównym aparatem, przyzwoitymi (acz zdrowo przereklamowanymi) głośnikami i rewelacyjnym czasem pracy na jednym ładowaniu. Obiektywnie nie jest też aż tak źle wyceniony, jak twierdzą miłośnicy marki. Tak, jak na Xiaomi – Mi 10 jest drogi. Jednak w porównaniu z innymi telefonami jego cena nie jest wcale jakoś przesadnie wyższa.

Co jednak jest zarówno zaletą, jak i wadą. Bo skoro jego cena nie jest wyższa, to nie jest też niższa. A to prowadzi mnie do tego, że subiektywnie nie znalazłem w Xiaomi Mi 10 ani jednego konkretnego elementu, który pozwoliłby mi go z czystym sumieniem polecić zamiast np. iPhone’a 11 czy Samsunga Galaxy S20. O OnePlusie 7T Pro nie wspominając.

Xiaomi jednak trochę porwało się z motyką na słońce, próbując nagle przeskoczyć z kategorii „dobre, bo tanie” do „dobre, ale drogie”.

I normalnie mógłbym powiedzieć, że w tej sytuacji po telefon sięgną tylko fani marki, ale… tutaj jest dokładnie na odwrót. Fani są rozczarowani. I mają do tego pełne prawo.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst