Tech  / Felieton

3 razy TAK i jedno wielkie NIE. Samsung Galaxy S20 - pierwsze wrażenia

444 interakcji
dołącz do dyskusji

Nowe Samsungi Galaxy S20, Galaxy S20+ i Galaxy S20 Ultra zostały oficjalnie zaprezentowane. Miałem okazję spędzić z nimi kilka chwil i doliczyłem się co najmniej trzech rzeczy, które w nich uwielbiam, oraz jednej, która doprowadza mnie do białej gorączki.

Testami nowych Galaxy zajmie się Marcin Połowianiuk, który był obecny na ich premierze. Ja miałem zaś przyjemność wziąć udział w zamkniętym pokazie dla prasy, gdzie spędziliśmy trochę czasu przygotowując materiały przed oficjalną premierą urządzeń.

To, co mogę stwierdzić z całą mocą nawet po tak krótkim kontakcie, to fakt, że Galaxy S20 robi fantastyczne pierwsze wrażenie. Subiektywnie podoba mi się mniej od pięknego Galaxy S10, ale obiektywnie trudno powstrzymać westchnienie zachwytu widząc jego cudowny ekran, dopracowaną konstrukcję i czując solidność wykonania.

Są co najmniej trzy rzeczy, które urzekły mnie w nowych Galaxy od pierwszych chwil.

Samsung Galaxy S20 – 3x TAK

Pierwsze TAK – ekran

Nowe ekrany Dynamic AMOLED w Galaxy S20, Galaxy S20+ oraz Galaxy S20 Ultra są prześliczne. Tego jednak spodziewamy się po topowych Samsungach od lat, więc to nic dziwnego. Tutaj jednak w parze z pięknem idzie niespotykana wcześniej w Samsungach płynność 120 Hz. Ktoś może powiedzieć, że to zbędny bajer, który tylko drenuje akumulator. I będzie miał rację.

Tylko co z tego, skoro podniesienie częstotliwości odświeżania sprawia, że i tak potężne, szybkie urządzenie sprawia wrażenie jeszcze szybszego. 120 Hz sprawia, iż czujemy się tak, jakbyśmy dotykali nie szklanego ekranu, a oglądanej treści.

W kwestii ekranu na ogromny plus zasługuje też zredukowanie jego krzywizny. W Galaxy S10 ekran był aż nadmiernie zakrzywiony. Telefon łatwo wyślizgiwał się przez to z dłoni, a też łatwo było o przypadkowe dotknięcia ekranu, zwłaszcza gdy próbowaliśmy sięgnąć kciukiem w poprzek wyświetlacza lub podczas oglądania wideo w pozycji poziomej.

Tutaj krzywizna jest subtelna i w niczym nie przeszkadza. Wiele osób pewnie uzna to za wizualny regres, ale moim zdaniem to użytkowy progres.

Drugie TAK – niewielkie różnice między poszczególnymi wersjami

Samsung Galaxy S20, Galaxy S20+ i Galaxy S20 Ultra łączy znacznie więcej niż dzieli. Nie licząc rozmiaru, drobnych zmian w specyfikacji i innych matryc w S20 Ultra, każdy ze smartfonów jest jednakowo kapitalny.

Jeśli więc ktoś zażyczy sobie urządzenia o poręcznych gabarytach, nie straci nic na wydajności i możliwościach względem większych modeli. Mały Galaxy S20 nie jest już „ubogim malcem”, jak ubiegłoroczny Galaxy S10e, lecz równie topowym smartfonem, co jego dwaj więksi bracia.

Trzecie TAK – aparat, zwłaszcza w wideo

Już Galaxy S10 i Note 10 nagrywały świetne wideo, ale nie tak świetne jak iPhone 11. Samsung Galaxy S20, przynajmniej w pierwszym kontakcie, nagrywa wideo równie świetne, jeśli nie lepsze od topowych iPhone’ów.

Przede wszystkim usprawniono stabilizację obrazu. Ta działa z niesamowitą dokładnością, a nagrany smartfonem obrazek sprawia wrażenie nagranego na gimbalu. Wideo możemy nagrywać w zawrotnej rozdzielczości 8K, co nawet jeśli jest niepraktyczne dziś, za dwa/trzy lata może się okazać przydatne (a nie ma wątpliwości, że tyle lat ten smartfon spokojnie pożyje).

Samsung naprawdę postarał się, by tegoroczny Galaxy przenosił nas do innej fotograficznej galaktyki. Oczywiście dopiero pełne testy wykażą, czy w istocie mamy do czynienia z najlepszym z najlepszych, ale w pierwszym kontakcie Galaxy S20 spisuje się w tej materii fenomenalnie.

Choć… trudno nie odczuć, że Samsunga nieco poniosło. Co prowadzi mnie do w zasadzie jedynej krytycznej uwagi, jaka przyszła mi do głowy po kilku chwilach z nowymi Galaxy.

Wielkie NIE – zbędne bajery

Pierwszym absolutnie zbędnym bajerem jest tryb „Single Take”. Ot, taka popisówka Samsunga, żeby mógł pokazać, co potrafi jego sztuczna inteligencja. Działa to mniej więcej w ten sposób: chodzimy z telefonem przez 10 sekund, umieszczając w kadrze różne rzeczy, a po tym czasie telefon sam wybiera najlepsze zdjęcia i cztery klipy wideo.

Brzmi ciekawie, ale we wstępnych testach działa… nieszczególnie dobrze. Trzy razy przetestowałem tryb „Single Take” i trzy razy byłem rozczarowany wyborem AI Samsunga, która wybrała bodajże najmniej reprezentacyjne ujęcia.

To jednak nic na tle koronnego zbędnego bajeru – cyfrowego zoomu. „Space Zoom”, jak Samsung nazwał to rozwiązanie, ma dwojaką formę – zoomu hybrydowego oraz zoomu cyfrowego.

W Galaxy S20 i S20+ możemy przybliżyć obrazek 3x hybrydowo i 30x cyfrowo. W Galaxy S20 Ultra zoom hybrydowy przybliża aż 10x, a cyfrowy aż 100x.

O ile hybrydowy zoom prezentuje w miarę używalne rezultaty, tak zoom cyfrowy jest absolutnie, totalnie, bezbrzeżnie bezużyteczny. Tak samo zresztą, jak bezużyteczny był wcześniej 50-krotny zoom w Huaweiu P30 Pro (żeby nie było, że krytykuję tylko Samsunga).

Jeśli nie zamierzamy go używać do podglądania sąsiadów, zoom cyfrowy w Galaxy S20 produkuje kompletnie nieużywalne rezultaty. Zdjęcia są paskudne, rozpikselizowane i zwykle ruszone, wszak przy 100- a nawet przy 30-krotnym powiększeniu obraz drży tak bardzo, że bez statywu trudno będzie uchwycić stabilne ujęcie. Cóż więc z tego, że możemy zrobić zdjęcie obiektowi znajdującemu się 9,1 km od nas (tyle dzieliło nas od wieży kościoła widocznej na zdjęciu poniżej), skoro wyglądać będzie ono jak zrobione 10-letnią Nokią?

Szanuję inżynieryjny kunszt. Rozumiem marketingowy magnes na klientów. Ale w praktyce „Space Zoom” równie dobrze mógłby mieć nazwę „symulacja pralki”.

„NIE” miało być więcej. Ale nic więcej nie umiem wymyślić.

Pierwotnie myślałem, że będzie to tekst w stylu „3x TAK, 3x NIE”, jakie często pisałem na Spider’s Web. Jednak spędziłem z Galaxy S20 zbyt mało czasu, by znaleźć coś konkretnego, do czego mógłbym się przyczepić.

Ten telefon niemal wszystko robi dobrze, a wręcz najlepiej. Trudno znaleźć choć jedną obiektywną wadę, nie poużywawszy go wcześniej przez dłuższy czas.

Mam obawy o żywotność akumulatora, nawet w Galaxy S20 Ultra – w końcu potężne podzespoły, modem 5G i ekran 120 Hz na pewno będą potrzebowały mnóstwo prądu.

Nie do końca popieram usunięcie złącza słuchawkowego. Osobiście go nie potrzebuję, ale wiem, że dla wielu konsumentów był to jeden z istotnych argumentów, by sięgnąć po Galaxy.

Absolutnie nie mogę patrzeć na wystającą wyspę z aparatami, która jest jeszcze brzydsza niż ta w nowych iPhone’ach. Front urządzenia podoba mi się jednak na tyle, że nie potrafię przyznać mu ujemnych punktów za wygląd.

Jedynym „NIE”, jakie mogę zatem wytknąć po tak krótkim kontakcie z urządzeniem, są zbędne bajery bez których Galaxy S20 we wszystkich odmianach nadal byłby fantastycznym telefonem. A czy pojawi się więcej uwag? O tym przekonamy się dopiero wtedy, gdy sprzęt trafi do nas na dłuższe testy.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst