Gry  / Recenzja

Nie wystarczy wcisnąć Zeldy do gry wideo, aby mieć hit. Hyrule Warriors: Definitive Edition - recenzja

Minął niespełna kwadrans od rozpoczęcia misji, a licznik pokonanych wrogów przekroczył zawrotną liczbę dwóch tysięcy. Z każdym kolejnym cięciem padało kilku kolejnych przeciwników. Link masakrował w pojedynkę całą demoniczną armię. Hyrule Warriors: Definitive Edition pozwala graczowi poczuć potęgę, ale zdecydowanie nie jest to tytuł równy wybitnej serii The Legend of Zelda.

Oryginalne Hyrule Warriors to gra na wyłączność dla Wii U z 2014 roku. Tytuł jest azjatycką wariacją gatunku hack’n’slash. Gra z gatunku Musou polega na szatkowaniu dziesiątków przeciwników jednocześnie, kątem oka kontrolując taktyczną mapę pola bitwy. Na niej znajdują się bazy i przyczółki, które trzeba zdobywać, bronić i odbijać z rąk przeciwnika. Słowem - gra nie ma nic wspólnego z przygodową serią The Legend of Zelda, chociaż są w niej wszyscy najciekawsi bohaterowie uniwersum.

Za Hyrule Warriors: Definitive Edition odpowiadają producenci wiekowej serii Dynasty Warriors.

Nintendo oddało w 2014 roku własną markę zaprzyjaźnionemu studio. Cztery lata później robi to ponownie, tym razem z myślą o Switchu. Definitive Edition to wersja gry z (nieco) ulepszoną grafiką, (znacznie) lepszą wydajnością oraz wszystkimi grywalnymi postaciami z DLC. Jeżeli nie graliście w edycję na Wii U, dosyć powiedzieć, że zawartości wystarczy na dziesiątki, o ile nie setki godzin. Jeżeli graliście… cóż, trudno mi znaleźć przekonujący powód, aby za Hyrule Warriors płacić podwójnie.

Już podstawowa wersja gry na Wii U była nieco powtarzalna i monotonna. Switch w żaden sposób jej nie urozmaica. Siekanie setek wrogów ma swój urok, ale od 2014 roku wiele się zmieniło. Azjatycki hack’n’slash poszedł do przodu, czego najlepszym przykładem jest zaskakująco dobre Fire Emblem Warriors, od tego samego producenta. Hyrule Warriors nie jest tak ciekawe i tak grywalne, ale nadrabia to stosunkiem ceny do zawartości. Mało która gra starcza na tyle godzin.

Fabularna kampania to banalna przygoda na 5-7 godzin, którą każdy z czytelników Spider’s Web napisałby na kolanie.

Jadąc rowerem. Pod prąd. Na autostradzie. Pradawne zło, fuzja światów, zagłada całego królestwa, księżniczka w tarapatach… przerabialiśmy to setki razy. Po poznaniu historii gracz powinien wziąć głęboki oddech, zapomnieć o naiwnej narracji, a następnie skierować się do trybu Adventure Mode. To właśnie on jest prawdziwym sercem i prawdziwym skarbem Hyrule Warriors. Tutaj odblokowuje się nowych herosów, stroje, bronie i tak dalej.

W Adventure Mode gracze otrzymują gigantyczne retro-plansze wzorowane na kultowych odsłonach Zeldy dla konsol NES oraz SNES. W ten sympatyczny sposób zrealizowano aż osiem światów, każdy składający się z kilkunastu bitew do rozegrania. Eksploracja retro-plansz wiąże się z koniecznością prowadzeniem walk, co znacząco wydłuża rozgrywkę. Co kilka kroków rozpoczyna się kolejny podbój. Każda plansza jest więc zabawą na kilka, kilkanaście godzin. Świetny wynik. Gorzej, że sama rozgrywka już taka świetna wcale nie jest.

W Hyrule Warriors: Definitive Edition cały czas robi się jedno i to samo.

Przez większość czasu wymachujemy mieczem na lewo i prawo, wyrzucając w powietrze kolejne fale wrogów.  W Hyrule Warriors wymiana ciosów jest z kolei co najwyżej poprawna. Efekciarskie kombinacje dają frajdę, ale tylko przez kilka pierwszych godzin. Zachowanie wrogów woła o pomstę do nieba, a typów przeciwników jest śmiesznie mało.

W Hyrule Warriors: Definitive Edition brakuje uczucia rywalizacji. Na średnim poziomie trudności można grać w zasadzie na ślepo. Więcej emocji od katowania dwóch przycisków ataku daje reagowanie na zmienne wydarzenia z pola bitwy. Czasami trzeba gdzieś dobiec, innym razem kogoś eskortować, a jeszcze kiedy indziej obronić dany przyczółek. To najlepsze momenty gry, nadające jej sens oraz celowość.

Dziwi za do kompletna niedbałość o balans rozgrywki. Hyrule Warriors dzieli grywalne postaci na lepsze i gorsze. Cześć herosów posiada kilka stylów walki i kilka rodzajów broni, gdy inni z trudem wyciskają jedno ciekawe combo. Producent poszedł na ilość. Zamiast chwalić się aż 29 grywalnymi postaciami, można by pozostać przy połowie bohaterów, ale dopracować ich ruchy oraz kombinacje. Dawno nie miałem do czynienia z tak źle wyważonym produktem.

Hyrule Warriors: Definitive Edition nie wprowadza przesadnie wielu nowych elementów.

Większość ulepszeń, takich jak natychmiastowa zmiana grywalnej postaci czy drużynowe wzmocnienia podczas walk z wielkimi bossami, pojawiły się już w konwersji HW dla przenośnego 3DS-a. Switch jest pierwszą konsolą, która umożliwia uruchomienie gry w 1080p, lecz nawet w FHD nie ma co liczyć na wodotryski. Hyrule Warriors: Definitive Edition to tytuł, w którym jednocześnie na ekranie znajduje się kilkadziesiąt jednostek. Przy takich założeniach rozgrywki grafika nie może powalać. Większość zasobów pochłania tłum przeciwników do ubicia.

Najciekawszą wartością dodaną jest dla mnie możliwość kooperacyjnej rozgrywki na jednym ekranie przy pomocy połówek Joy-Conów. Nawet w mobilnym trybie tabletu. Niestety, poziomy podział wyświetlacza sprawia, że gra radykalnie traci na czytelności. Do tego zasięg widzenia odczuwalnie maleje, a płynność rozgrywki nie jest już na takim poziomie jak podczas rozgrywki solo.

Największe zalety:

  • Zawartość na 50-100 godzin
  • Kooperacyjna zabawa na podzielonym ekranie, również w trybie tabletu
  • Mocny fan service skierowany w stronę fanów The Legend of Zelda
  • Wszystkie DLC, kostiumy i ulepszenia z poprzednich lat w pakiecie
  • Nie tak dobre jak Fire Emblem Warriors, ale lepsze od większości Dynasty Warriors

Największe wady:

  • Wielka powtarzalność i monotonia
  • Wielki recykling zawartości
  • Wielkie problemy z balansem rozgrywki
  • Nieczytelny interfejs na podzielonym ekranie
  • Banalna, naiwna, głupiutka kampania
  • Kolejny port z Wii U w zabójczej cenie
  • Bardzo skromny bestiariusz

Mimo tych mankamentów, Hyrule Warriors: Definitive Edition rozgrywane ramię w ramię ze znajomym to masa frajdy. Producenci pozwalają przejść KAŻDY moduł w trybie kanapowej kooperacji. To wielka zaleta tej gry. Niestety, jej kupno w pełnej stawce to coś, co bym raczej odradzał. Lepiej rozejrzeć się za Fire Emblem Warriors, które mogło już znacząco spaść z ceny. Sam z Hyrule Warriors: Definitive Edition bawiłem się dobrze, ale to jedna z tych pozycji, które trudno polecić czytelnikowi.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst