Tech

Otwartość - dziś raczej wada niż zaleta

107 interakcji
dołącz do dyskusji

Szeroko pojęta otwartość przestaje być zaletą, bo przeciętny konsument średnio orientuje się o co w tym wszystkim chodzi. Chce dobrze działającego produktu końcowego. A na jakich zasadach i licencjach został stworzony? To szczegół. “W branży” z kolei otwartość powoduje nieustanne bycie pod lupą i śledzenie każdego najmniejszego kroku. Zarabianie na otwartości jest również trudniejsze. Odczuwa to przede wszystkim Google, który swój sukces oparł właśnie na niej.

Strategie Facebooka, Apple’a, Microsoftu czy Amazona są proste. Główną zasadą jest zarabianie, a czy to wychodzi, czy nie, to już inna sprawa. W przypadku Google’a, sprawa nie jest już tak oczywista, bo zamiast o zarabianiu mówi się częściej o zasadzie „don’t be evil” i szuka rozbieżności pomiędzy działaniami a 10 słynnymi zasadami. A Google przecież już dawno przerodził się w świetnie działającą i zarabiającą maszynę.

Gdy 13 lat temu powstawał Google, rynek wyglądał całkowicie inaczej. Google przetrwał bańkę dot comów, udało mu się także wkroczyć w prawie każdą dziedzinę działalności internetowej. Dzięki temu stał się jednym z najwyżej wycenianych (zaraz po Apple’u) koncernów na świecie. Rozwój w wielu kierunkach (wyszukiwarka, mobilne i desktopowe systemy operacyjne, przeglądarka, dziesiątki serwisów usługowych itp.) spowodowały zmiany w strukturze firmy. Zmiany, które nie do końca idą w parze ze sloganem „don’t be evil”, otwartością i dostarczaniem usług za darmo.

Przykładowo Android – system operacyjny open-source, który w krótkim czasie wyrósł na lidera rynku. Strategia Google była dosyć prosta – trzeba dostarczyć producentom system, który mogą wykorzystać za darmo, ba, nawet modyfikować według własnych upodobań. Producenci postarali się by dotrzeć z nim do jak największego grona konsumentów. Jednak w pewnym momencie okazało się, że pozostawienie im wolnej ręki nie jest takim dobrym pomysłem w dłuższej perspektywie. Usługi Google’a na Androidzie są stopniowo zastępowane przez autorskie – sklepy z aplikacjami, aplikacje pocztowe, serwisy geolokalizacyjne itp. – a różne wersje Androida są coraz mniej do siebie podobne.

Google zaczął więc blokować zbyt daleko idące zmiany, na co podniosło się ogromne larum. Bo to Google. Bo open-source. Bo niezgodne z podstawowymi zasadami. Racja, ale Google robi to, co dla Google najlepsze.

Podobnie jest z innymi projektami – darmowa i coraz popularniejsza przeglądarka Chrome też jest krytykowana i oskarżana o niekonsekwencje (wycofanie wsparcia dla tagu H.264 i postawienie na WebM). Ciężko oprzeć się wrażeniu, że jedynym sposobem na bezproblemowe działanie i zakończenie serii oskarżeń o hipokryzję byłoby… zamknięcie i odejście od open-source’owej ideologii w kierunku klasycznego koncernu, który nie musi przesadnie tłumaczyć się ze swoich posunięć. Oczywiście to niewykonalne, chociaż fakt faktem, że Google już dawno funkcjonuje w ten sposób.

Nie tylko Google ma ‘lekkie problemy z otwartością’. Nie tak dawno Nokia ogłosiła zaprzestanie udostępniania kodu Symbiana. Nadzieje, że inni producenci zaczną wykorzystywać system w swoich urządzeniach okazała się fałszywa. Otwartość nic nie dała, a producenci woleli wykorzystywać Androida lub… płacić za licencje na inne systemy, jak na przykład Windows Phone 7.

Otwartość ma też inne wady – dostarcza innym koncernom gotowych narzędzi, które bezpłatnie mogą wykorzystać. Już wkrótce może się o tym przekonać sam Google – udostępnienie całego kodu źródłowego może skutkować całkowitą marginalizacją twórcy, a co za tym idzie pozbawienia go wszystkich zysków ze sklepów i sprzedaży treści na urządzenie. Tak prawdopodobnie zrobi Amazon – mówi się, że jego pierwszy tablet z Androidem 3.0 wyprodukuje Samsung. Amazon wcale nie będzie potrzebował “błogosławieństwa” od Google’a – Android Market może zastąpić swoim appstore, Google eBooStore swoją aplikacją Kindle i tak dalej… Google dostarczy tylko gotowy kod. I nie będzie miał nic do powiedzenia.

Podczas gdy Google zmaga się z dziesiątkami problemów spowodowanych otwartością, inne koncerny prą szybko do przodu. Mark Zuckerberg nie musi, jeśli nie ma ochoty, tłumaczyć się ze swoich decyzji. Jeśli to robi to tylko to po, by ocieplić wizerunek Facebooka, a nie uzasadniać wybory. Apple nie tłumaczy się i robi swoje raportując kolejne świetne wyniki finansowe. Microsoft też działa i na dodatek powoduje zamknięcie portali, które upubliczniły wczesne wersje Windowsa 8 wbrew zasadom. Nikt nie robi z tego wielkiego problemu, a Microsoft nie musi się tłumaczyć.

A Google musi. Musi się tłumaczyć, musi być transparentne i uważać na każdy swój krok, by za bardzo nie odejść od idei otwartości i nie przerodzić się nagle w “evil Google”.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst