Tech

Oto cała prawda o "otwartości" Androida

149 interakcji
dołącz do dyskusji

Oj, będzie z tego zadyma – Peter Burrows, ceniony i jednocześnie znany z powściągliwości dziennikarz „BusinessWeeka”, przejętego nie tak dawno przez Bloomberga, popełnił tekst, który odbije się szerokim echem w internecie opisującym wydarzenia w świecie technologii. Przesłanie z kontrowersyjnego tekstu jest następujące: koniec miłości w świecie Androida, koniec z ociąganiem się z aktualizacjami, koniec z partnerstwami poza Google’em, koniec z dowolnością przy zmianach w oprogramowaniu.*

Nie będę się silił na własne komentarze, bo na to – jeśli medialna sytuacja się rozwinie – a jestem przekonany, że tak właśnie będzie – przyjdzie jeszcze czas. Spróbuję zrelacjonować najważniejsze informacje podane przez Burrowsa. Te są wystarczająco interesujące.

Od tej pory partnerzy Androida życzący sobie dostępu do najnowszej wersji systemu będą musieli uzyskać od Google’a akceptację planów dotyczących implementacji systemu. A konkretnie od wiceprezesa Google’a odpowiedzialnego za rozwój platformy Android – Andy’ego Rubina. Dotyczy to wszystkich bez wyjątku androidowych partnerów Google’a, m.in. LG, Toschiby, Samsunga, a nawet Facebooka, który według informacji Burrowsa również ma pracować nad urządzeniem z Androidem. Google, który dotychczas zachęcał i przyjmował wszystkich z otwartymi ramionami nagle zaczął zmieniać politykę w kierunku znacznie restrykcyjnej. Dotyczy to w szczególności tych, którzy chcieliby zaimplementować na swoich urządzeniach usługi wyszukiwania i map od Wielkiego G.

Kiedy Android trafił na rynek w 2008 r. Google powtarzał niczym mantrę: bierzcie i korzystajcie z niego wszyscy; Android to „open source” – my udostępnimy wam kod, a wy – producenci sprzętu i oprogramowania weźmiecie go sobie za darmo i zaimplementujecie do własnych ekosystemów. Producenci smartfonów i sieci mobilne zawyły z zachwytu. Oto bowiem jest system, który nie dość, że za darmo, to na dodatek jakże kontrastuje z zamkniętymi światami iPhone’a i BlackBerry. HTC, Motorola i Acer mogą oszczędzić miliardy dolarów na przygotowywaniu własnych systemów. W zamian – i to za darmo – mogą sobie zmieniać do woli Androida jak chcą.

Udziały Androida na rynku smartfonów skoczyły z 9% w 2009 do pozycji lidera z 31% na koniec 2010 r. W ramach postępującej dominacji Androida na rynku, coraz więcej urządzeń zalewało rynek. Niektóre z nich były smartfonami z najnowszą wersją systemu operacyjnego, niektóre niezbyt zgrabnymi tabletami z wersją systemu nieprzystosowaną na większe ekrany, jeszcze inne – przeciętnymi telefonami ze starymi wersjami Androida. Słowem – nastała era fragmentacji Androida. Przewidzieliśmy ją – mówi Google tłumacząc, że właśnie dlatego przy każdej nowej wersji systemu wybierają jednego z producentów i to na jego sprzęcie pokazują jego możliwości.

W ostatnich miesiącach Google zmienił politykę o 180 stopni. Nagle zaczął wymagać od licencjobiorców Androida przestrzeganie „antyfragmentacyjnej klauzuli”, która ponoć od początku była w zapisach licencji, ale dopiero teraz Google sobie o niej przypomniał. Według jej postanowień, to Google ma ostatnie słowo apropos tego do jakiego stopnia producenci sprzętu mogą zmieniać system. Google chciał ponoć także blokować wydanie smartfonów z Androidem w sieci Verizon, które używały konkurencyjnego silnika wyszukiwania Bing od Microsoftu.

Na koniec przytoczę krótką, ale bardzo treściwą opinię jednego z najbardziej cenionych blogerów Johna Grubera: bezwstydni, kłamiący hipokryci.

PS. Miałem ten wpis puścić jutro, czyli 1 kwietnia?, ale wtedy nikt by w niego nie uwierzył. Prawda? (<= tym pytaniem zwracam się do licznej grupy Czytelników Spider’s Web, którzy należą do zagorzałych fanów Androida?)

* źródło grafiki: BusinessWeek

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst