Maciej wdrażał narzędzia sztucznej inteligencji w swojej firmie. Na tyle skutecznie, że przez AI stracił pracę. Ale nowej szukał tylko kilka dni.
W korpo, które realizowało procesy outsourcingowe dla zagranicznych firm, spędził prawie dekadę. Dział na którego stał czele zajmował się finansami i księgowością. Prowadził rachunki, rozliczał faktury przede wszystkim dla biznesu zza wielkiego oceanu. Klientów nigdy nie brakowało, bo Kraków był opcją tańszą, szybszą, lepszą.
BPO, czyli Business Process Outsourcing (outsourcing procesów biznesowych), bo tak fachowo nazywa się branża, w której pracował Maciej jest jednym z fundamentów gospodarczych Krakowa. A jego kariera przypomina trochę gospodarczy rozwój stolicy Małopolski.
Kiedy zaczynał ponad 20 lat temu sytuacja na rynku pracy była zupełnie inna niż w ostatnich latach. Resztki wyżu demograficznego kończyło studia i szukało pracy. Choć Polska weszła już do Unii Europejskiej i sporo, także młodych zdecydowało się na wyjazd, to bezrobocie wciąż wynosiło kilkanaście procent. Dla tych, którzy zostali oznaczało to walkę. A w przepychaniu się i zaciskaniu zębów Maciej był naprawdę dobry. Najpierw wykosił konkurencję na bezpłatnym stażu, potem umiejętnie wspinał się po kolejnych szczeblach kariery. Nie chodzi o to, że był bezwzględny, lecz jak przekonuje bardzo pracowity.
– Pracowało się po 10, 12 a nieraz i 16 godzin dziennie. Człowiek był młody, to i więcej znosił. A jak był zaradny, umiał postawić na rozwój, to i nagroda musiała w końcu przyjść – opowiada Maciej.
Do niego przyszła w 2012 roku. Pierwszy raz został szefem małego zespołu. Datę pamięta doskonale, bo Polacy pierwszy raz mogli oglądać u siebie piłkarskie Mistrzostwa Europy, a on oglądał jedynie powtórki meczów, bo nadal pracował dużo. Ale zaczął też solidnie zarabiać. Ile? Wtedy kwoty dwucyfrowe. Dziś zarabia dwukrotność tej kwoty. Pozwoliło to na wcześniejszą spłatę kredytu, dwa-trzy razy do roku zagraniczne wakacje dla całej rodziny, inwestowanie w kawalerkę pod wynajem, wyjścia na miasto, po prostu komfortowe i bezpiecznie życie.
– Klasa średnia wyższa – mówi skromnie.
Ciemne chmury na tym idealnym obrazie pojawiły się pierwszy raz około dwa lata temu. Kluczowi klienci firmy, w której pracował, zaczęli próbować wdrażać narzędzia oparte na sztucznej inteligencji. Jego firma i liczący blisko 50 osób dział nadal robili wszystko, jak dawniej, ale do standardowych zadań doszły też nowe.
Kraków był tańszą opcją. Fot. Shutterstock.com/dajingjing
– Najpierw musieliśmy raportować dodatkowe rzeczy np., zgłaszać błędy w naszych procesach, czego wcześniej nie robiliśmy. A potem stało się jasne, że szkolimy narzędzie sztucznej inteligencji – mówi Maciej i dodaje, że do jego obowiązków doszły cotygodniowe spotkania online, gdzie z pracownikami klienta analizował kolejne tabele tego, co robimy i co trzeba poprawić.
– Po mniej więcej roku zaczęliśmy pracować z narzędziem otrzymanym od klienta, które miało usprawnić pracę w pobocznych zadaniach. W efekcie część zadań została zautomatyzowana, a ja musiałem zwolnić pierwsze osoby – opowiada Maciej pokazując, że pracownicy sami wyszkolili narzędzia, które zabrało część ich zajęć. A niektórym pracę w ogóle.
Z jego zespołu odeszły trzy osoby. Dwóm akurat kończyła się umowa, więc jej nie przedłużyli. Z trzecią rozwiązał umowę. W ich miejsce nie zatrudnił nikogo. Wtedy nie przyszło mu nawet do głowy, że i sam mógłby stracić pracę. Miał pod sobą ciągle ponad 40 osób.
– Było z kogo ciąć – mówi.
I faktycznie ciął. Najpierw on, a potem już zarząd. Przez kolejny rok jego zespół był ciągle redukowany metodą salami - plasterek po plasterku. Wprawdzie sporą część u największego klienta roboty faktycznie robił automat, ale narzędzie nie było doskonałe. Popełniało mnóstwo błędów, które trzeba było poprawiać. A weryfikować co wypluwa system potrafili tylko specjaliści. To kosztowało sporo czasu, jednak już wtedy ludzi było mniej.
– Jednocześnie wymagano, aby raportować korzyści: oszczędności i wzrost produktywności, bo firma chce uchodzić za lidera wdrożeń AI. Te pierwsze to łatwizna, bo było mniej etatów, a więc i kosztów, ale gorzej z drugim. Sztuczna inteligencja pomagała, ale i przeszkadzała. Żeby wykazać, że robimy więcej trzeba było dokręcić ludziom śrubę. Jak? Dołożyć zadań, zasiać strach, że będą zwolnienia, jeśli nie zrealizujemy zadań. Ludzie sami wtedy zasuwają, a ja mogłem powiedzieć, że to dzięki AI – mówi Maciej i od razu dodaje, że nie jest z tego specjalnie dumny, ale przynajmniej okazał się skutecznym managerem. Poza tym, jak tłumaczy, to była „walka o przetrwanie”.
– A na wojnie obowiązują inne zasady. Poza tym ludzie rozumieli, że wspólnie walczyłyśmy o naszą robotę. Było zrozumienie, bo nagle nikt nie przychodził wtedy po podwyżkę.
– Może ze strachu? – dopytuję.
– Może, strach to też narzędzie. Niektórzy poczuli to pierwszy raz, bo ostatnie lata to był raczej niesamowity wręcz rynek pracownika. Czasem słyszałem niemożliwe żądania. Teraz, kiedy nad głową latał miecz AI, nikt się nie wychylał – mówi.
Ostatecznie jednak jego ostrze dosięgało kolejnych pracowników. Pod koniec 2025 roku jego zespół liczył już tylko kilkanaście osób, a na początku 2026 wręczono wypowiedzenia pozostałym. Zwalniano jednak na raty, aby nie załapać się na przepisy dotyczące zwolnień grupowych.
– Wiedziałem co się szykuje i sam zacząłem pracy szukać już wcześniej. Na szczęście mam kontakty, doświadczenie, teraz to nawet we wdrażaniu AI – śmieje się Maciej.
– Rozpuściłem wici wśród znajomych managerów i nową robotę miałem po kilku dniach. Zarobki nie tak dobre, ale nie zbiednieje. Kiedy więc pyta pan, jak mi na tym bezrobociu, to muszę szczerze odpowiedzieć: nie wiem – podsumowuje.
Wiedzą to jednak tysiące tych, które w ostatnich latach stracili pracę w krakowskich korporacjach realizujących zadania dla zagranicznych klientów i firm matek mających swoje główne siedziby choćby za oceanem. Wiele z nich trafiło do Polski ze względu na koszty. Taniej było dział HR, księgowości, wsparcie techniczne czy obsługę klienta przez call center realizować z Polski. Do Krakowa przez dekady przenoszono tak wiele z nich, bo nasi pracownicy byli świetnie wykształceni i tańsi niż ich koledzy na Zachodzie. To pierwsze specjalnie się nie zmieniło, ale drugie już owszem. Wraz z rozwojem gospodarczym, wzrostem pensji przyszłość sektora, który zatrudnia tylko w Krakowie ponad 100 tysięcy osób stanęła pod znakiem zapytania.
Coraz częściej zaczęliśmy słyszeć o tym, że biznesy przenoszone są do innych, jeszcze tańszych państw. Tak było choćby w przypadku koncernu Heineken, który ogłosił zwolnienia grupowe i przenoszenie procesów finansowych do Indii, czy Electroluxa, który zapowiedział przeniesienie części zatrudnienia do Azji. Kiedy dodamy do tego presję związaną z wdrożeniami sztucznej inteligencji, która również grozi, może jeszcze nie spektakularnymi, ale stałymi cięciami, szczególnie powtarzalnych biurowych etatów, to problem wydaje się być realny. Szczególnie, że dotyka osób z tak zwanej klasy średniej. Uderza nie tylko w ich poczucie bezpieczeństwa, ale i tożsamość. W końcu stabilna, dobrze płatna praca, to też styl życia i wydawanie pieniędzy także lokalnie, co stanowi o sile gospodarki miasta a nawet całego regionu.
Zwolnienia grupowe
Na początek spójrzmy więc w statystyki. Z oficjalnych danych Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Krakowie dotyczących zwolnień grupowych wynika, że w 2024 roku ogłoszono zamiar redukcji około 3 tysięcy etatów, ale faktycznie zwolniono nieco ponad 2 tysiące osób. Rok później było to podobnie. Zgłoszono 5,3 tysiąca cięć, ale pracę straciło 3,7 tysiąca osób. Liczby spore, ale w skali całego sektora przedsiębiorstw w Krakowie, w którym pracuje około 245 tys. osób, to wciąż niewielki tylko odsetek.
Na to właśnie zwraca uwagę Jakub Witczak, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego, którzy przytacza też dane dotyczące początku tego roku. Łącznie w styczniu i lutym ogłoszono zwolnienia grupowa mające objąć ok. 1300 osób. A ile z nich faktycznie straci zatrudnienie dopiero się okaże.
– Dlatego lepiej porównać te dane z latami ubiegłymi. I w zeszłym roku, czyli 2025 w styczniu i lutym zgłoszono redukcję około 800 etatów. Jeszcze rok wcześniej w tych miesiącach 1100. Oznacza to, że nie ma specjalnych różnic względem lat ubiegłych – mówi Jakub Witczak.
Ekspert przytacza też statystyki Stowarzyszenia Dostawców Usług Biznesowych, z których jasno wynika, że wzrost zatrudnienia na przestrzeni ostatnich 9 lat jest niemal liniowy i stały.
– Nie ma spadków, wahań. Trend jest stabilny. Trudno spekulować, że coś złego w ogóle się dzieje, bo liczba zatrudnianych w tym sektorze osób rośnie średnio o 30 tysięcy pracowników w każdym roku – uspokaja Jakub Witczak.
Witczak podkreśla również to, że dotychczas realnie zwalnianych było około 70 proc. osób z puli tych, których „do zwolnień grupowych” ogłoszono.
– Oczywiście zwolnienia grupowe to zawsze przykra sytuacja i ludzkie tragedie w wymiarze indywidualnym, ale szerzej nie mamy do czynienia z niepokojącym trendem – dodaje analityk.
Fot. Shutterstock.com/ LightField Studios
Wiele wskazuje więc na to, że sensacyjne nagłówki artykułów alarmujących o zwolnieniach grupowych i snujące wizję jakoby Kraków miał stać się za „polskim Detroit” czy „Łodzią lat 90. XX” są mocno przesadzone, bo ci którzy tracą pracę zwyczajnie są po pewnym czasie „wchłaniani” przez rynek.
Kiedy jednak pytam o to ekonomistę dr Karola Wałachowskiego z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, a przy tym autora książki „Poza Największymi”, w której stawia pytania dotyczące rozwoju średnich miast, odpowiada, że głośne zwolnienia grupowe nie mówią nam wszystkiego o tym, jak naprawdę wygląda sytuacja dotycząca z pracą w stolicy Małopolski.
– Zwolnienia grupowe zgłaszane do urzędów pracy to jedno, a drugie to „ukryte” zwolnienia, które nie są rejestrowane. Chodzi o wszelkie pomniejsze redukcje etatów, brak przedłużeń umów na czas określony, zwolnienia osób, które są zameldowane poza Krakowem, wypychanie ludzi na B2B. Dlatego oficjalne dane dotyczące zwolnień grupowych są prawdopodobnie zaniżone – mówi dr Karol Wałachowski.
Szukanie pracy na cały etat
Do tych „ukrytych” zwolnionych można zaliczyć Michała, który stracił pracę, ale nie w zwolnieniach grupowych.
Jest absolwentem zarządzania na jednej z krakowskich uczelni, a ostatnie półtora roku spędził na stanowisku juniora w firmie obsługujących finanse i oferującej wsparcie techniczne dla zagranicznych podmiotów. Typowa praca biurowa, która polegała głównie na wprowadzaniu danych do systemu.
Kiedy rozmawiamy na początku marca ma 26 lat i od trzech miesięcy szuka pracy. Bezskutecznie.
– Wysłałem już 80 CV i dostałem tylko kilka odpowiedzi. Byłem na dwóch rozmowach kwalifikacyjnych, ale ani razu nie przebrnąłem nawet przez pierwszy etap – rozkłada ręce.
Przyznaje, że jest zaskoczony tym, jak trudno znaleźć mu pracę. Wcześniej myślał, że nie będzie z tym większego problemu. W końcu absolwenci miejscowych uczelni zwykle bez kłopotów dostawali pracę i to bez większego doświadczenia, które on teraz już ma. Liczył nawet, że trochę na tym bezrobociu odpocznie, wreszcie się wyśpi, nadrobi odłożone na kupce wstydu książki czy zachowane na później seriale. Tymczasem codziennie poświęca kilka godzin na szukanie ofert, modyfikowanie CV, pisanie listów motywacyjnych czy realizowanie rekrutacyjnych zadań.
Dlatego w pierwszych tygodniach ciągle odczuwał stres. Bał się o przyszłość. Miał problemy ze snem i o żadnym odpoczynku nie było mowy. Wszystko przez to, że pochodzi spod Krakowa, a czynsz za wynajęte mieszkanie wciąż trzeba było płacić. A to wydatek niemały, bo aż kilka tysięcy złotych miesięcznie. Do tego są koszty utrzymania: jedzenie, odzież, drobne rozrywki. Oszczędności topniały w zawrotnym tempie. Aby dorobić a jednocześnie zachować elastyczność i dostępność na wypadek rozmowy o pracę, zaczął nawet jeździć jako rowerowy kurier dla jednej z aplikacji. Jednak zarabiał niewiele. Nie mógł dorównać kurierom, którzy dostawy realizowali na elektrycznych rowerach. A sam w taki sprzęt inwestować nie chciał, bo to spory wydatek, który zwróciłby się dopiero po miesiącach pracy.
Wolał za namową ojca wrócić do rodzinnej miejscowości. Na taki krok zdecydował się po dwóch miesiącach. Nadal szuka pracy w Krakowie, ale nie chce być „na garnuszku rodziców”, więc pomaga ojcu w prowadzonej przez niego firmie stolarskiej.
– Desperacko szukam pracy w Krakowie, ale póki nie wygląda to dobrze. Przyznaję, że miałem już myśli, żeby w ogóle rzucić ten Kraków w cholerę, ale nie wyobrażam sobie, że zostanę w mojej mieścinie na zawsze – mówi Maciej. A kiedy pytam go o przyszłość, to nie wygląda na szczególnie optymistycznego.
– Od jednej z rekruterek usłyszałem, że kandydatów ze względu na zwolnienia jest teraz tak dużo, że trudno się przebić, szczególnie młodym. Pocieszała mnie, że w końcu coś znajdę, ale kiedy patrzę na moich znajomych, którzy też szukają roboty, to tracę nadzieję. I pewność siebie siada. Trudno się wtedy dobrze zaprezentować – mówi Maciej i po chwili dodaje: – A nawet jeśli się uda i wrócę do tego, co robiłem, to jak długo będą potrzebni jeszcze ludzie do wprowadzania danych? Jestem w momencie, że nawet sukces i znalezienie pracy może na dłuższą metę okazać się porażką, bo będę zdobywał doświadczenie w fachu, który przejmują maszyny.
Nadchodzi AI
Takie obawy nie są zresztą niczym wyjątkowym. Doskonale pokazał to badanie przeprowadzone przez Institute of Politics at Harvard Kennedy School wśród młodych Amerykanów (18-29 lat). Pokazało ono, że aż 59 proc. ankietowanych postrzega sztuczną inteligencję jako zagrożenie dla swoich perspektyw zawodowych. Mało tego, obawy te podzielali zwłaszcza absolwenci studiów wyższych.
Nic więc dziwnego, że kolejnych 44 proc. – jak wynika z innego badania Jobs for the Future – w obawie przed utratą pracy w związku z AI rozważa zmianę ścieżki kariery. Tych obaw nie mają zaś osoby o ugruntowanym dorobku zawodowym mający 55 lat i więcej. Wśród nich odsetek wyniósł zaledwie 4 procent.
Co to oznacza dla młodych? Dotychczas absolwenci studiów wyższych w Krakowie nie mieli specjalnych problemów ze znalezieniem pracy. Powszechnie wydeptaną ścieżką kariery było znalezienie pracy pod koniec studiów a po kilku latach awans lub zmiana pracodawcy.
– Ścieżki awansu były jasne. Osoba, która dużo i ciężko pracowała po 2-3 latach mogła liczyć na awans i pięciocyfrowe wynagrodzenie. Teraz ten mechanizm się kończy. Nie ma już tak dużego zapotrzebowania na młodych, bo prostsze procesy, które dawniej wykonywali juniorzy przejmują technologiczne narzędzia – mówi dr Karol Wałachowski i przytacza historię znajomego, który jest prawnikiem w korporacji.
– Kiedy zaczynał dekadę temu trafił do zespołu gdzie było 4-5 juniorów, którzy wykonywali najprostsze zadania pod okiem seniora. Teraz on jest seniorem, ale nie ma pod sobą kilku osób, bo są ci juniorzy są nieprzydatni. Wiele co z tego, co robili zostało przerzucone na technologie. Sztuczna inteligencja "naładowana" informacjami z firmy potrafi lepiej niż młodzi pracownicy pisać maile do klientów, przygotowywać zestawienia i robić researche. Perspektywa młodych na rynku pracy mocno się utrudniła. Z jednej strony przez izolację w pandemii mają słabe kompetencje miękkie, a z drugiej kiedy wchodzą na rynek pracy to mają utrudniony start, bo pierwsze szczeble w drabinie kariery odcina AI – dodaje.
– Młodzi pracownicy z krótkim stażem oraz absolwenci uczelni będą pierwszymi ofiarami tej transformacji, dlatego kluczowe jest inwestowanie w rozwój ich kompetencji. W przypadku tych pierwszych warto zadbać o specjalizację w stronę zaawansowanych procesów, a czasem o wsparcie w tzw. „reskillingu”. W przypadku absolwentów należy natomiast skupić się na nauczaniu praktycznym, współprowadzonym przez specjalistów z branży i uzupełnionym o cykl praktyk lub staży – mówi Tomasz Brzostowski, ekspert rynku pracy specjalizujący się w sektorze usług dla biznesu.
To kluczowe ze względu na wpływ sztucznej inteligencji. Wdrożenie narzędzi opartych o AI może w przyszłości z jednej strony odbierać pracę (rzadziej), a z drugiej zmieniać jej charakter (częściej). Takie wnioski płyną chociażby z analizy opracowanej przez Międzynarodową Organizację Pracy oraz NASK. Jej twórcy wyliczyli, że w Polsce aż 71 procent pracowników biurowych pracuje w zawodach, które są eksponowane na sztuczną inteligencję. Ale „eksponowane” nie znaczy od razu, że za chwilę ich zawody i praca zniknie.
Fot. Shutterstock.com/ Anton Vierietin
Tłumaczy to Jakub Witczak: – Oni są zagrożeni utratą pracy, ale większa szansa jest na to, że ich praca po prostu zmieni się gdy pojawi się w niej sztuczna inteligencja – mówi Jakub Witczak i tłumaczy, że każdy zawód, według teorii ekonomisty Davida Autora z Massachusetts Institute of Technology, składa się z różnych zadań: kluczowych, które są dla niego charakterystyczny oraz zadań dodatkowych. Kiedy automatyzujemy te drugie, to specjalizacja rośnie.
– W przeszłości było tak chociażby z zawodem księgowych. Jeszcze przed erą komputeryzacji księgowi poza swoją główną pracą, gdzie wykorzystywali znajomość przepisów, mieli też pracę poboczną, czasochłonną polegającą na ręcznym liczeniu w księgach, zapisywaniu tych kwot. Ta część pracy została zautomatyzowana, więc oni mogli skupić się na zadaniach trudniejszych, ich praca stała się mniej rutynowa i lepiej płatna. Ale jednocześnie spadło zapotrzebowanie na księgowych, bo jeden był w stanie wykonać więcej pracy – tłumaczy Witczak.
Podobnie może być z wieloma zawodami biurowym, ale na pewnie nie ze wszystkimi. Przewidywania ekspertów sugerują bowiem, że fala automatyzacji związana ze sztuczną inteligencją w pierwszej kolejności obejmie prace składające się z zadań bardziej rutynowych. Jeśli więc nasza praca polega na wykonywaniu sekwencji czynności, które łatwo można opisać formułą „jeśli wydarzy się A, zrób B”, a do tego jest powtarzalna, bo zajmujemy się np. wprowadzaniem danych do tabeli, pisaniem powtarzalnych raportów czy analizą prostych dokumentów, to jesteśmy w grupie wysokiego ryzyka.
– Zadania rutynowe, powtarzalne zwyczajnie będzie dało się łatwiej zautomatyzować, a one częściej przypadają pracownikom mniej doświadczonym. A więc wejście na rynek pracy młodych w branżach silnie eksponowanych np. w pracy biurowej, może być utrudnione – zauważa Jakub Witczak.
Tłuste koty
Co to wszystko oznacza dla miasta? Stolicy regionu, która przestaje dawać szansę młodym, a klasę średnią doświadcza niepewnością. Tomasz Brzostowski uważa, że proces utrudnionego startu dla młodych i blokowania szans awansu dla pracowników z kilkuletnim doświadczeniem, może w dłuższym terminie negatywnie odbić się na gospodarce Krakowa.
– To może być duże wyzwanie, bo nawet jeśli saldo likwidowanych i nowo otwieranych stanowisk wychodzi na zero, to tracimy potencjał tych, którzy mogliby wzrastać zawodowo, a miasto razem z nimi. Jeśli mamy teraz juniora księgowego, który po 2-3 latach staje się analitykiem finansowym, a później kontrolerem, wspina się od spodu, a wraz z nim jego zarobki, to on to oddaje miastu, czy też w postaci lokalnych wydatków, czy też zapłaconego PIT-u – tłumaczy Brzostowski i dodaje, że kiedy te dolne szczeble drabiny zostaną ścięte (przez AI, czy też offshoring do tańszych lokacji), to powstaje pytanie: kto będzie za kilka lat robił u nas te zaawansowane procesy? – Kogo awansujemy? Skąd weźmiemy specjalistów, którzy będą stanowili trzon biznesu, na wyższych szczeblach tej samej drabiny? Blokując rozwój młodych dziś, ucinamy gałąź rozwoju na przyszłość – tłumaczy Brzostowski.
Ekspert przyznaje, że kilka lat temu sam porównywał Kraków do Detroit. Chciał w ten w sposób wstrząsnąć włodarzami miasta, aby się obudzili i zaczęli mocniej wspierać transformację sektora, który jest fundamentem gospodarczym miasta.
– Kraków padł ofiarą własnego sukcesu. Byliśmy jak te tłuste koty, którym ten biznes się zwyczajnie przydarzył. Miasto ani nie przeszkadzało, ani nie wspierało rozwoju branży, po czym uzależniło się od niej. Jeśli branża usług dla biznesu tąpnie i zaczną się duże zwolnienia, to będziemy mieli ogromny problem – mówi Brzostowski.
Podkreśla przy tym, że dziś zbyt mocno przebija jednak się narracja o zwolnieniach grupowych. – To sianie paniki. Słyszymy, że „Kraków się zwija” i to może stać się samospelniającą się przepowiednią, szczególnie gdy nie widzimy drugiej strony medalu. Fakt, że powstają nowe miejsca pracy w działających od lat centrach, czy że powstają nowe centra usług dla biznesu (m.in. Rolls-Royce, Huntsman, Mercedes-Benz), rzadko przebija się w mediach — bo jest mniej „klikalny”. Obecna sytuacja to nie zwijanie się branży, ale dynamiczna transformacja, która może, ale nie musi być zagrożeniem dla miasta. Saldo zatrudnienia jest więc pewnie na zero, ale musimy działać, bo jeśli nic nie zrobimy, to za kolejne pięć lat faktycznie będzie minus 25 tysięcy etatów – dodaje.
Co więc mogą zrobić włodarze zasiadający w ratuszu? W jego ocenie kluczowe jest wypromowanie nowej, pozytywnej narracji biznesowej dla miasta, podkreślanie kulturowej zbieżności z inwestorami z Zachodu oraz faktu, że żadne inne miasto w regionie nie ma 30 lat doświadczenia w branży.
– Mamy szereg firm, które wywodzą się z Krakowa. Mają tutaj siedziby główne, zatrudniają specjalistów na zaawansowanych stanowiskach. Miasto powinno je wspierać np. w globalnej ekspansji, ale tak aby core biznesu pozostawał tutaj. Może powinna powstać jedna organizacja parasolowa, która będzie zbierać potrzeby biznesu i próbować na nie odpowiadać, bo kiedy jest ich więcej, to mało kto z biznesu umie się w tym gąszczu urzędów poruszać – mówi Brzostowski.
Zaś dr Karol Wałachowski zaleca wspieranie inwestycji, które pozwoliłyby zmniejszyć zależność zatrudnienia od swoistej monokultury gospodarczej miasta, bo dziś blisko połowa pracujących w sektorze przedsiębiorstw jest zatrudniona w centrach usług dla biznesu.
– Mamy już solidne odnogi wokół medycyny, biochemii, gemedevu czy przemysłu lekkiego, gdzie pracują tysiące osób, ale to wciąż za mało. Dobrze byłoby wspierać te sektory, aby miasto tak mocno nie stało na jednej branży – zaleca dr Wałachowski.
Z kolei Jakub Witczak podkreśla, że kluczowe są inwestycje w kapitał ludzki oraz badania i rozwój. I to inwestycje prywatnego biznesu.
– To elementy, które są konieczne do wybicia się ponad przeciętność i zajęcia bardziej złożonych ról w łańcuchach wartości niż wykonywanie taniej pracy, bo w jej przypadku zawsze będą istniały obawy, że zostanie przeniesiona w tańsze miejsce – podsumowuje.
Kraków, turystyczna mekka, stolicy kultury i kurczące się dziś centrum tanich usług dla Zachodu, może się zmienić. Miasto może przestać być Dublinem południa, a może stanie się miejscem, gdzie tworzy się realne technologie a nie tylko im służy.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-13T09:00:08+02:00
Aktualizacja: 2026-04-13T08:16:28+02:00
Aktualizacja: 2026-04-13T08:09:19+02:00
Aktualizacja: 2026-04-13T07:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-13T06:18:50+02:00
Aktualizacja: 2026-04-13T06:16:11+02:00
Aktualizacja: 2026-04-13T06:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-13T06:05:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-13T06:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T16:20:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T16:10:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T16:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T09:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T09:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T08:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T08:16:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T08:01:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T07:31:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T07:16:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T07:01:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T16:50:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T16:40:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T16:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T16:20:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T16:10:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T16:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T09:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T09:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T08:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T08:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T08:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T07:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T07:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-11T07:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T21:56:43+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T20:45:14+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T19:33:02+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T19:23:28+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T19:14:59+02:00
Aktualizacja: 2026-04-10T18:33:08+02:00