SpaceX pokazał rachunki grozy. Tyle kosztuje Starlink w strefie wojny "dla swoich"
Nie ma sentymentów. Przed SpaceX ugiąć musiała się nawet amerykańska armia. Firma Elona Muska skorzystała z tego, że jest monopolistą i zażądała od Pentagonu pięć razy więcej pieniędzy za swojej usługi. Wojsko nie miało wyjścia.

Kiedy amerykańskie drony kamikadze zaczęły uderzać w cele w Iranie, dowództwo w Waszyngtonie musiało zmierzyć się z nieoczekiwanym i bardzo kosztownym problemem. Nie chodziło o zaawansowaną obronę przeciwlotniczą przeciwnika, ale o twarde warunki biznesowe podyktowane przez SpaceX. Firma zażądała radykalnego zwiększenia opłat za łączność satelitarną Starlink, która naprowadzała maszyny na cel.
Pozbawiony alternatywy Pentagon musiał przełknąć tę gorzką pigułkę, co brutalnie obnażyło uzależnienie współczesnej armii od prywatnych korporacji technologicznych.
Tani dron, drogie połączenie
Amerykańskie drony kamikaze latające nad Iranem miały być tanim narzędziem nowoczesnej wojny. Problem w tym, że ich najważniejszy element nie znajdował się w kadłubie, głowicy ani silniku, lecz setki kilometrów nad Ziemią.
Jak wynika z ustaleń agencji Reuters, w pierwszych tygodniach kampanii bombowej między Departamentem Obrony a SpaceX wybuchł poważny spór finansowy. Poszło o drony LUCAS, stosunkowo tanie drony kamikadze, będące odpowiedzią na irańskie maszyny typu Shahed. Do nawigacji i precyzyjnego uderzania w cele bezzałogowce te wykorzystują sieć satelitarną Starlink.
Początkowo wojsko płaciło około 5000 dol. za jeden terminal, jednak firma uznała, że kwota ta jest drastycznie zaniżona względem faktycznego zużycia danych i specyfiki operacyjnej.
Kierownictwo SpaceX argumentowało, że parametry lotu i wymagania sieciowe dronów LUCAS jednoznacznie klasyfikują je w kategorii usług lotniczych (aviation-tier). To zupełnie inna półka cenowa niż standardowe plany mobilne czy lądowe.
Nowa wycena opiewała na 25 tys. dol. za terminal. Przedstawiciele Pentagonu protestowali, wskazując na absurdalność sytuacji. Z ich perspektywy płacenie tak astronomicznej kwoty miesięcznego abonamentu za sprzęt, który łączy się z siecią tylko na krótką chwilę, po czym ulega całkowitemu zniszczeniu w momencie uderzenia, mijało się z celem.
Zwykła logika finansowa musiała jednak ustąpić przed wymogami pola walki. Trwające operacje uderzeniowe nie mogły zostać przerwane, a armia nie dysponowała żadnym planem awaryjnym.
Departament Obrony ostatecznie skapitulował i zaakceptował nowy cennik. Ta jedna decyzja biznesowa wywróciła do góry nogami opłacalność całego programu. Koszt wyprodukowania jednego drona LUCAS, szacowany początkowo na około 30 tys. dol., nagle wzrósł niemal dwukrotnie, wyłącznie z powodu kosztów oprogramowania i łączności.
Więcej na Spider's Web:
Wojsko szuka wyjścia z pułapki
Zgoda na pięciokrotną podwyżkę nie zakończyła wewnętrznych tarć w Waszyngtonie. Wysocy rangą urzędnicy, w tym zastępca sekretarza obrony Steve Feinberg, nie kryli niezadowolenia z narzuconych warunków.
Gdy w kwietniu doszło do przerwy w walkach, wojsko natychmiast wykorzystało zawieszenie broni, aby wrócić do stołu negocjacyjnego. Rozmowy prowadzono z Terrence'em O'Shaughnessym, emerytowanym czterogwiazdkowym generałem Sił Powietrznych, który obecnie kieruje działem obronnym w SpaceX.
Równolegle Biuro Komercyjnej Komunikacji Satelitarnej (CSCO) przy Pentagonie gorączkowo poszukuje alternatywnych dostawców. Problem polega na tym, że na obecnym etapie rozwoju technologii kosmicznych konkurencja praktycznie nie istnieje.
SpaceX dysponuje konstelacją liczącą około 10 tys. satelitów, co stanowi ponad 60 proc. wszystkich obiektów krążących obecnie na niskiej orbicie okołoziemskiej. Konkurencyjne projekty są dalekie od zaoferowania podobnej przepustowości, globalnego zasięgu i niezawodności, jakich wymaga współczesne pole walki.
W momencie wybuchu konfliktu z Iranem, Starlink nie był już tylko eksperymentalnym dodatkiem, ale fundamentalnym elementem infrastruktury wojskowej USA. System obsługiwał nie tylko powietrzne drony szturmowe, ale też bezzałogowe jednostki nawodne używane do misji uderzeniowych i nadzoru morskiego.
Uzależnienie od jednej firmy osiągnęło poziom, który zaczął stanowić strategiczne ryzyko dla prowadzonych operacji.
Starlink, Starshield i cienka granica między biznesem a wojną
Napięcia na linii Pentagon-SpaceX wyszły na jaw bardzo szybko po rozpoczęciu amerykańskiego ataku z 28 lutego. Zaledwie dwa dni później, 1 marca, szef SpaceX odniósł się do sprawy publicznie. Elon Musk odpowiedział w serwisie X na wpis użytkownika analizującego zdjęcie drona LUCAS, na którym wyraźnie było widać zintegrowany terminal Starlink.
Miliarder przypomniał zasady gry. Podkreślił, że wykorzystywanie komercyjnych terminali do systemów uzbrojenia stanowi bezpośrednie naruszenie warunków świadczenia usług. Jak zaznaczył, zasada ta dotyczy wszystkich użytkowników, a wykryte instalacje tego typu są natychmiast odłączane od sieci.
Jednocześnie Musk wskazał rozwiązanie, które od dawna było przygotowywane na takie właśnie scenariusze - wojskową sieć Starshield.
To właśnie Starshield, specjalny system zarządzany przez rząd USA, jest docelowym środowiskiem dla operacji militarnych. Jak donoszą źródła zaznajomione ze sprawą, w momencie rozpoczęcia kampanii bombowej terminale tej dedykowanej sieci były już wykorzystywane w kilkunastu różnych systemach bezzałogowych.
Cała sytuacja pokazuje, że w erze nowoczesnych konfliktów to nie tylko dowódcy w sztabach, ale również prezesi firm technologicznych i regulaminy usług komercyjnych dyktują to, jak, gdzie i za ile toczy się wojna.



















